Oddaj klucz do naszego mieszkania
Z tatą już wszystko ustaliliśmy powiedziała Jolanta, kładąc dłoń na ręce syna. Sprzedajemy działkę. Dwa miliony złotych damy wam na wkład własny i koniec z tułaczką po wynajmowanych kątach.
Tomek zastygł z filiżanką w połowie drogi do ust. Maria, jego żona, również przestała żuć, i kawałek szarlotki został jej na widelcu.
Mamo, co Ty? Tomek ostrożnie odstawił filiżankę. Jaka działka? Przecież tradycyjnie każde lato tam spędzacie
Przeżyjemy. Marek, powiedz im.
Ojciec, do tej pory skupiony na wydłubywaniu konfitur z słoika, podniósł głowę.
Mama ma rację. Działka swoje lata ma, dach cieknie, płot gnije. Tylko kłopot. A wam mieszkania potrzeba.
Tato, sami uzbieramy kręcił głową Tomek. Jeszcze z dwa, może trzy lata
Trzy lata! Jolanta klasnęła w dłonie. Trzy lata na cudzych stancjach, dziecko zaraz w drodze? Marysiu, powiedz coś!
Maria niepewnie zerknęła na męża, potem na teściową.
Pani Jolanto, to ogromne pieniądze. Nie możemy tak po prostu
Możecie urwała Jolanta. Tematu nie ma. Z agentką już rozmawiałam, w sobotę pokaz.
Tomek chciał coś powiedzieć, ale Jolanta była szybsza.
Synku. My młodsi nie będziemy. Twój ojciec trzeci rok z nadciśnieniem się męczy, mnie w przyszłym roku sześćdziesiątka. Po co mi ta działka? Pomidory? Na targu kupię. A wnuki niech dorastają w porządnym mieszkaniu. Swoim, rozumiesz?
Zapadła cisza. Maria ścisnęła pod stołem rękę Tomka. Tomek potarł nasadę nosa, jak zwykle, gdy nie wiedział co powiedzieć.
Mamo Oddamy wszystko. Stopniowo, ale każdą złotówkę.
Daj spokój Marek machnął ręką. Oddasz, nie oddasz. Ważne, by wnuki miały gdzie się uczyć raczkowania.
Po półtora miesiąca działka była sprzedana. Jolanta sama jeździła załatwiać dokumenty, sama policzyła pieniądze, sama przelała dwa miliony na konto syna. Po trzech kolejnych miesiącach Tomek z Marią wprowadzili się do dwupokojowego mieszkania na ul. Syrence nowe osiedle, dziewiąte piętro, okna na park.
Na parapetówce tłum, ze czternaście osób. Rodzice Marii przywieźli naczynia, koleżanki obdarowały ręcznikami, koledzy Tomka z pracy zrzucili się na ekspres do kawy. Jolanta chodziła po pokojach, dotykała ścian, zaglądała do szaf, kiwała głową trudno stwierdzić: z aprobatą czy z oceną.
Gdy goście rozeszli się po mieszkaniu, Jolanta zagarnęła syna do przedpokoju.
Tomku, na dwa słowa.
Odciągnęła go do drzwi wejściowych, z dala od innych.
Klucz daj.
Tomek przez moment nie rozumiał.
Jaki klucz?
Do mieszkania. Zapasowy. Różnie bywa Jolanta ściszyła głos. Przecież wam pomogliśmy, rozumiesz. Jakby coś się stało, a my bez wejścia. Poza tym normalni ludzie dają rodzicom klucz.
Tomek przenosił ciężar z nogi na nogę. Po minie widać było, iż chce zaprzeczyć, ale słów nie umiał dobrać. Albo się bał.
Mamo, ale to Maria
Co Maria? Maria przeciw? Jolanta lekko zmrużyła oczy. Mieszkanie kupiliśmy wam, a ona nie może dać klucza?
Nie o to chodzi
To dawaj. Nie rób z siebie dziecka.
Tomek sięgnął do kieszeni dżinsów, wydobył pęk kluczy. Odpiął jeden, nowy, jeszcze błyszczący.
Proszę.
Jolanta wzięła, obejrzała. Wyciągnęła własny pęk i starannie dołączyła klucz między domowym a do garażu. Zabrzęczały klucze.
No i dobrze pogłaskała syna po policzku. Chodź na tort, bo bez nas wszystko zjedzą.
Wieczór był udany.
Jolanta dokładnie oglądała materiał, obracała poduszkę, sprawdzała szwy. Aksamit miły w dotyku, musztardowy kolor ciepły, przytulny, pasuje do szarej kanapy Marii. Druga taka sama, tylko terakotowa. W głowie już układała obraz: poduszki po bokach, między nimi koc, który wypatrzyła tydzień temu.
W trolejbusie Jolanta przytulała torbę do piersi. Za oknem migały podwórka, place zabaw, stojące auta. Ul. Syrenki, jej przystanek.
Klatka pachniała świeżą farbą niedawno było malowanie. Jolanta wspięła się na dziewiąte piętro, wyjęła klucze, znalazła adekwatny. Zamek gładko, cicho ustąpił.
Cisza. Nikogo.
Jolanta zdjęła buty, przeszła do salonu. Rzeczywiście: kanapa goła, nijaka. Rozłożyła poduszki, rozmieściła po rogach, cofnęła się, oceniła. Świetnie wyszło. Zupełnie inny klimat.
Ale zaraz rzucił się w oczy kurz na półce. I kubek nieumyte na parapecie. Jolanta pokręciła głową, ale nie ruszyła. Nie jej sprawa. Nie na razie.
Wieczorem, około dziewiątej, zadzwonił telefon.
Mamo, byłaś u nas?
Głos Tomka był niecodzienny, spięty.
No tak. Przyniosłam poduszki, widziałeś? Ładne, prawda?
Mamo chwila ciszy. Mogłabyś uprzedzić. Maria weszła do domu i wszystko poprzekładane, poduszki jakieś
Jakieś? Jolanta parsknęła. Kosztowały półtora tysiąca każda. I powiedz Marii, żeby zabrała się za sprzątanie. Wszędzie kurz, brudne kubki. A do lodówki zajrzałam w połowie pusta. Głodujecie? Nie po to wam pieniądze dałam, żebyście jak studenci żyli.
Mamo, tylko uprzedzaj następnym razem, dobrze? Zadzwoń chociaż
Oj, Tomku Jolanta przewróciła oczami, chociaż syn tego nie widział. Muszę kończyć, tata woła.
Rozłączyła się, nie czekając na odpowiedź.
Tydzień później Jolanta przywiozła im zestaw pościeli. Dobrej, satynowej. Maria była w domu, ale pod prysznicem Jolanta słyszała szum wody. Zostawiła torbę na łóżku i wyszła cicho, bez kartki. Po co? Przecież zrozumieją.
Trzy dni później zestaw garnków. Młodzi mieli chińszczyznę z odrapanymi powłokami, aż żal patrzeć.
W sobotę Tomek z Marią przyszli na kolację. Siedzieli przy stole, jedli pierogi, rozmawiali o pogodzie i remoncie u sąsiadów z góry. Słowa płynęły spokojnie, grzecznie, bez życia.
Maria odłożyła widelec.
Pani Jolanto
Tak?
Mogłaby pani Maria zawahała się, zerknęła na męża. Zanim pani przyjdzie, uprzedzać wcześniej? Żebyśmy byli przygotowani.
Jolanta powoli wytarła usta serwetką.
Marysiu. Z tatą daliśmy wam dwa miliony złotych. Dwa miliony. Mam prawo wejść, kiedy zechcę. To przecież też nasze mieszkanie.
Mamo próbował wtrącić Tomek.
Co mamo? Nie mam racji?
Cisza. Marek z namaszczeniem rozgrzebywał pieroga, nie patrząc na nikogo.
Dziękujemy za kolację Maria wstała. Tomku, idziemy.
Szybko się zebrali, z nerwowym pośpiechem. Uśmiechy przy pożegnaniu krzywe, wymuszone. Jolanta zamknęła za nimi drzwi i wróciła sprzątać do kuchni. Coś ją tknęło podeszła do okna, właśnie gdy młodzi wychodzili z klatki.
Okno było uchylone. Głos Marii dotarł wyraźnie, ostro:
albo oddamy ten dług, albo rozwód. Dłużej tak nie mogę.
Jolanta zastygła z talerzem w dłoni.
Jaki dług? O co jej chodzi?
Na dole Tomek odpowiedział, ale słów nie było słychać. Zamknęły się drzwi auta, zaryczał silnik.
Jolanta powoli odstawiła talerz do zlewu.
Nie. To jej się nie podobało.
Jolanta przekręciła klucz w zamku, pchnęła drzwi i o mało nie weszła na Tomka. Stał w przedpokoju, jakby czekał. Maria wyszła z kuchni, wycierając ręce w ręcznik.
O, jesteście w domu Jolanta przez moment była zbita z tropu, ale gwałtownie odzyskała pewność siebie. Przyniosłam wam
Mamo, poczekaj.
Ton głosu syna kazał jej zamilknąć. Tomek sięgnął do kieszeni kurtki na wieszaku, wyciągnął biały, gruby kopertę.
Chcę wam coś oddać.
Jolanta odruchowo wzięła. Zajrzała do środka aż ugięły się jej kolana.
Pieniądze. Dużo.
To co to?
Dwa miliony Maria podeszła bliżej do męża. Wzięliśmy kredyt.
Wy Jolanta uniosła wzrok. Zwariowaliście? Po co kredyt?
Po to, żebyśmy nie byli od was zależni Maria już nie odwracała oczu, mówiła spokojnie, stanowczo. Pani Jolanto, jesteśmy zmęczeni. Wizytami. Kontrolami. Tym, iż przychodzi pani kiedy chce i przestawia nasze rzeczy.
Nic nie przestawiałam! Poduszki przyniosłam! Pościel! Garnki!
Mamo Tomek położył rękę na ramieniu Marii. Zmieniamy zamki. Jutro przyjdzie ślusarz.
Jolanta mrugnęła. Raz, drugi. Chwilę minęło, nim dotarło.
Zamki?
Tak. Nie będziesz już miała klucza.
Cisza zapadła gęsta, duszna. Jolanta patrzyła raz na syna, raz na synową. W gardle ścisnęło, policzki zapiekły.
Wy wy przełknęła ślinę. Jesteście mali. Mali i niewdzięczni. Działkę sprzedaliśmy dla was! A wy traktujecie mnie jak złodziejkę!
Nie wyrzucamy Maria pozostała spokojna. Po prostu chcemy waszej prywatności.
Jolanta zacisnęła pęk kluczy w dłoni. Palce zdrętwiały.
Tomek, synku. Pozwolisz jej tak do mnie mówić?
Tomek spuścił głowę, milczał. Potem spojrzał matce w oczy.
Mamo. Razem podjęliśmy tę decyzję.
Jolanta gwałtownie się wycofała, wyszła bez pożegnania.
Całą drogę do domu w myślach ćwiczyła, co powie, gdy Tomek zadzwoni przeprosić. Jutro, najdalej pojutrze. Przemyśli, zrozumie, iż przesadził.
Minął tydzień. Telefon milczał.
Jolanta wiele razy miała ochotę sięgnąć po słuchawkę, ale za każdym razem rezygnowała. Nie. Oni pierwsi muszą. Sami przyjść, sami przeprosić. W końcu jest matką. Nic złego nie chciała.
Po miesiącu Marek przy kolacji niepewnie spytał, czy się już pogodzili. Jolanta wzruszyła ramionami i zmieniła temat.
Po dwóch miesiącach przestała podskakiwać przy każdym telefonie.
Gdy minęły trzy wszystko zrozumiała.
Syn nie zadzwoni. Ani jutro, ani za tydzień, ani za rok.
Jolanta siedziała w kuchni, patrzyła na pęk kluczy. Domowy, garażowy. Między nimi ten, którym otwierało się kiedyś mieszkanie na Syrenki.
Chciała pomóc. Naprawdę chciała. Poduszki, garnki, pościel to przecież troska, czyż nie? Czy nie tak być powinno? Rodzice wspierają dzieci, dzieci są wdzięczne, wszyscy szczęśliwi.
A coś się w tym wszystkim zepsuło. I ile nie przewracała w pamięci rozmowy, wizyty nie mogła znaleźć momentu, kiedy.
Może wcale nie chciała go znaleźć.
Naprawiać już nie miała jak.











