Nowa Miłość po Pięćdziesiątce. Marzenie o Domu, Który Wspólnie Budowaliśmy: Marina, Dwóch Kandydatów…

polregion.pl 2 dni temu

Ziemię wyrównał. Zrobił Halinie grządki na kwiaty. Postawił altanę. W domu wyraźnie czuć było silną, męską rękę. Nie, Halina miała nosa do wyboru męża. Całkiem dobrze. Do tego jeszcze Jan zarabiał pieniądze i co tylko mógł, sprawiał Halinie euforia prezentami.

Przecież mnie nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Teraz odejdziesz, kiedy zachorowałem…

Nigdy nie odejdę! odpowiedziała Halina, obejmując Jana. Jesteś najlepszym mężem na świecie! Nie zostawię cię nigdy

Nie mógł uwierzyć, iż to prawda. Jan miał ostatnio kiepski nastrój…

Halina przeżyła w małżeństwie dwadzieścia pięć lat i przez cały ten czas wciąż podobała się mężczyznom. Już jako młoda panna była obiektem westchnień większości chłopaków.

I nie tylko w młodości! W podstawówce niemal wszyscy chłopcy biegali za Haliną. Przy tym wszystkim nikt by jej nie nazywał klasyczną pięknością.

Nie rozstała się ze swoim mężem, mimo iż był dość specyficznym człowiekiem.

Nie, Halina została z Wiesławem do jego śmierci. Wychowali wspólnie córkę, wydali ją za mąż. Ich ukochana córka, Dorota, wyjechała wraz z mężem do Włoch. Teraz wysyłali piękne zdjęcia i zapraszali ją do siebie. Ostatecznie Halina nie zdecydowała się pojechać, a Wiesław… jego już nie było.

Wiesław zginął w wypadku samochodowym. Bezsensownie… Później Halinie powiedziano, iż najpewniej źle się poczuł za kierownicą. Serce, dezorientacja, nie opanował auta.

Może stracił przytomność? zgadywała Halina.

Teraz już się nie dowiemy westchnęła przyjaciółka lekarz, Alicja. Diagnoza: rozległe obrażenia, nie do uratowania.

Halinę ogarnął szok. Alicja pomogła wszystko zorganizować.

To ona dowiedziała się o wszystkim przez swoje kontakty. Wiesława pochowano, a Halina została sama w dużym domu, który razem latami budowali.

Nie, dla dwóch osób dom wcale nie wydawał się za duży, a gdy przyjeżdżali goście wręcz w sam raz. Ale dla jednej kobiety ogromny, ciężki do ogarnięcia.

Dom to dom. Potrzeba w nim męskiej ręki…

Dorota wróciła na pożegnanie ojca. Zaczęła rozmowę z matką o sprzedaży domu, kupnie mieszkania, o ewentualnym przeprowadzeniu się mamy do nich.

Ani myślę! oburzyła się Halina. Nie po to przez lata ten dom budowałam, żeby sprzedać. I do waszych Włoch też nie pojadę. Widziałam je już

Mamo!

Oj, Dorotko, taka ciemna jesteś! Halina uśmiechnęła się smutno przez łzy. Żartuję przecież.

Skoro żartujesz, to może jeszcze nie jest tak źle.

Wszystko było bardzo niejednoznaczne. Takie, jak sam zmarły Wiesław. Z jednej strony czuły, opiekuńczy mąż.

Z drugiej człowiek mocno zmienny. Było, iż w złym humorze potrafił Halinie nieźle napsuć krwi. Potem przepraszał, rozpamiętywał. Halina umiała puścić wszystko w niepamięć nie przywiązywała się do urazy. Tak żyli. Dwadzieścia pięć lat! Można oszaleć

Dorota po krótkich odwiedzinach wróciła do męża ten dużo pracował, więc Dorota spieszyła z powrotem utrzymywać rodzinne ognisko. Halina została sama.

Znając siebie, Halina wiedziała nie potrwa to długo.

I rzeczywiście. Po pół roku smutku, otarła łzy i zobaczyła wokół siebie krąg adoratorów.

Nawet jej mama zawsze się dziwiła tej popularności córki.

No powiedz, co oni w tobie widzą? Leżysz, a oni stosami pod nogi! Przecież nie jesteś jakaś wielka piękność… czy ja czegoś nie pojmuję?

Dobra jesteś, mamo. Halina uśmiechała się, malując sobie usta. Uroda nic nie znaczy. Kobieta musi mieć wdzięk, charakter, tę iskierkę.

Dobra już, idź, kobieto, zabaw się trochę śmiała się mama. Bo narzeczony ci się jeszcze znudzi, pójdzie.

Przyjdzie inny wzruszała ramionami Halina.

Minęło już prawie trzydzieści lat od tej rozmowy z matką, a kilka się zmieniło. Kobiety narzekają, iż nie ma wolnych mężczyzn, nie ma za kogo po czterdziestce wyjść.

Halina tej trudności nie znała. Miała czterdzieści sześć lat, a dwóch adoratorów i to obaj porządni.

Serce Haliny rwało się do Pawła. Bardzo jej odpowiadał i z wyglądu, i w rozmowie. Sympatyczny, kulturalny, błyskotliwy. I można się z nim pokazać, i pogadać ciekawie.

Ale Paweł był mistrzem głównie w gadce. Halina jego przemówieniami się zachwycała, ale z wiekiem, nabrawszy doświadczenia, wiedziała już, iż to nie jest człowiek do życia. Nie do jej wielkiego domu.

Drugi zalotnik, Jan, był prostym solidnym mężczyzną. Jeden z tych, co to na weselu potrafią wypić beczkę, ale jak trzeba pracują do upadłego. Porządny chłop, złota rączka, łagodny, choć zdecydowany.

Dla żony taki będzie łagodny jak baranek, ale jak trzeba, to i góry przeniesie. Tyle iż podobał się Halinie mniej taka kobieca logika.

Nie mówił jej pięknych słów. Jan na co dzień kilka rozmawiał, a jeżeli już wypił, to i żart powiedział, i dowcip rzucił, i do tańca ruszył.

Pić Jan faktycznie potrafił, ale następnego dnia już zakasywał rękawy i brał się do roboty nie narzekał, robił, co do niego należało. Jego Halina wybrała.

Paweł się obraził, iż jego przemowy spełzły na niczym, i odszedł.

Halina wyszła za Jana, co dla niego było spełnieniem marzeń. Na weselu wypił, śpiewał, tańczył do upadłego.

No nieźle, Halinka! śmiała się Alicja. Rok ledwie minął od śmierci Wiesława, a już masz męża. Nic się u ciebie nie zmienia! Kobiety z latarką nie mogą znaleźć faceta, a tobie wystarczy wyjść z domu, a już stoją w kolejce!

Powiedz jeszcze: I co oni w tobie widzą? Nie jesteś przecież pięknością!

Tego nie powiem. Ale muszę przyznać zawsze byłaś podejrzanie popularna.

choćby nie wiem, Alicjo, czemu tak. Spytaj mamę moją, może ona wie.

Halina mrugnęła do przyjaciółki i poszła tańczyć z mężem. Gdy tańczyli, ostatnie wątpliwości się rozwiewały.

No i co, iż Jan prostolinijny? Za to silny. Złota rączka. Wygląda przez cały czas przyzwoicie. A iż woli milczeć niż gadać, to może wcale nie jest złe.

No i co, gdyby wybrała Pawła? Od pięknych słów gulaszu nie zrobisz.

Po kilku miesiącach Jan zamienił podwórko Haliny w bajkowy ogród. Wszystko wykarczował, ziemię wyrównał, stworzył jej rabaty na kwiaty. Postawił altanę. W domu zapanował porządek, wszędzie czuć było męską rękę.

Całkowicie Halina dobrze wybrała męża. Bez wątpliwości.

Jan nie tylko zajmował się domem, ale i zarabiał dobre pieniądze. Starał się jak mógł, by sprawić Halinie przyjemność drobnymi prezentami.

Porównując krótki okres drugiego małżeństwa z dwudziestoma pięcioma latami pierwszego, Halina naprawdę pożałowała, iż nie trafiła na Jana wcześniej. Złoty człowiek!

Latem wieczorami grillowali w ogrodzie i jedli obiadokolację w altanie, gdzie Jan postawił ładny, dębowy stół i ławki.

Halina, po obfitej kolacji, mrużyła się jak najedzony kot. Jan patrzył na nią z uśmiechem.

O co chodzi, Janku?

Nic, cieszę się.

Jego pierwsza żona była marudą. Nie przypuszczał, iż jeszcze spotka kobietę tak cudowną jak Halina.

Cieszyli się tym szczęściem przez cztery lata, aż Jan zaczął się coraz gorzej czuć.

Szybko się męczył, chudł mimo tego, iż dobrze jadł. A jak już wypił, to już zupełnie na drugi dzień nie domagał.

Janku, powinieneś iść do lekarza! martwiła się Halina. Na co czekasz? Na pewno coś się dzieje!

Daj spokój, Halinko! Przejdzie samo!

Co za starodawność? A jeżeli nie przejdzie? Boisz się lekarzy, jak większość facetów?

Skądże.

Jan nie chciał przyznać się Halinie, czego się naprawdę boi. Bał się tylko jednego. Że jeżeli zachoruje naprawdę, Halina zostawi go samego. Nie będzie chciała żyć z chorym mężczyzną.

Jan nie był głupi. Wiedział, iż Halina wyszła za niego raczej z rozsądku niż z wielkiej miłości. Ale on ją kochał! Na przekór wszystkiemu.

Zobaczył kiedyś w sklepie zdezorientowaną kobietę, która zgubiła portfel w torebce, i natychmiast… zakochał się totalnie. Ta niezdarność była jakoś rozczulająca.

Od razu miał ochotę podejść, przytulić i przez całe życie chronić. Choć jego mama, Zofia, mówiła tajemniczo, patrząc na wybrankę syna:

Tobie żyć, synku. Ale co w niej widzisz nie wiem. Nie jest pięknością. Nie najmłodsza. A ty mógłbyś mieć każdą. Za tobą każda młoda dziewczyna by poszła!

Jan nikogo innego nie potrzebował, tylko Halinę. A teraz, jeżeli naprawdę zachorował, czy będzie jej dalej potrzebny?

Halina nie namówiła Jana na lekarza. W sobotę mieli gości, Alicję z mężem Wojtkiem. Jan z Wojtkiem pili piwo i smażyli kiełbaski. W kuchni, przygotowując sałatkę, Alicja spytała Halinę:

Jan chyba nie domaga, co?

Sama nie wiem! w nerwach zawołała Halina. Proszę go pójść do lekarza, a on uparcie nie chce! Ty jesteś lekarzem, co myślisz? Przecież Jan jest chory?

No… szczerze, wygląda źle. Schudł. Skóra mu pojaśniała z lekko żółtym odcieniem.

O Borze zielony! Alicjo, namów go, błagam. Może ciebie posłucha?

Alicja przypatrzyła się przyjaciółce.

Halinko ty go kochasz? Pytam, bo pamiętam, iż się wahałaś…

Halina przygryzła wargę i zamilkła.

Alicja nie zdążyła już go przekonać Jan stracił przytomność przy stole. Wezwali karetkę. Halina pojechała z nim. Przez cały czas trzymała go za rękę i modliła się.

Operowali go niemal natychmiast.

Guz wątroby.

Rak?! przestraszyła się Halina.

Czekamy na wyniki badań.

Okazało się, iż guz był łagodny, ale rósł już od dawna i był duży.

Lekarze zakazali praktycznie wszystkiego i powiedzieli, iż rekonwalescencja potrwa bardzo długo i niepewne, czy wróci całkiem do zdrowia.

Jan zupełnie się załamał. W szpitalu odwiedziła go jego mama.

Halina była wtedy w pracy, mama przyniosła dla syna coś do jedzenia z krótkiej listy dozwolonych rzeczy.

Synku, nie poznaję cię! mówiła Zofia. Powinieneś się cieszyć, iż żyjesz! Raka nie ma. To cud, a ty się smucisz. Zjedz te klopsiki.

Nie chcę

Ale musisz! Co się dzieje? Halina przychodzi?

Przychodzi… na razie. Jan westchnął.

Czego się boisz? Że cię zostawi? Byłaby głupia!

Jestem już wrak. Nic nie mogę. choćby do pracy nie wolno mi wracać. Pięćdziesiąt lat dopiero w czerwcu, a ja kaleka. Komu taki potrzebny?

O co tu chodzi? zdziwiła się Halina, wchodząc. Słychać was na pół szpitala! Dzień dobry pani Zofio!

To ja już pójdę. Cześć, Halino.

Co się u was dzieje?

Mama Jana machnęła ręką i wyszła. Halina umyła ręce i podeszła do łóżka męża.

Dobra, trochę cię poniosło, kaleka z ciebie żadna. Ręce, nogi całe! Reszta się zregeneruje. Wiesz, co przeczytałam o wątrobie?

Co?

To narząd, co się sam regeneruje. Jak zostanie pięćdziesiąt jeden procent, odrasta! Ty masz jeszcze sześćdziesiąt. Daj jej czas, wszystko się ułoży.

Ale czy ja mam ten czas?

Co?

Czas.

Janku, czy chcesz mi coś powiedzieć? Powiedziałeś lekarzom, żeby coś ukrywali?

Nie o to chodzi…

Wypisali go, i zaczęła się najgorsza część życia Jana. Ledwie poruszył się, od razu był zmęczony, a to go dobijało najbardziej.

Zbliżały się urodziny i już na samą myśl o nich Ogarniała go melancholia. Nic jeść nie można, pić nie wolno. I co to za radość?

Halina, zdawało się, nie zauważała, iż Jan gwałtownie się męczy i z entuzjazmem jadła razem z nim dietetyczne rzeczy.

Halinko… zebrał się w sobie. Powiedz, co teraz z nami będzie?

Jak to? nie zrozumiała.

No… bardzo powoli dochodzę do siebie. Zostawisz mnie, tak? Powiedz teraz.

Czemu miałabym? Bardzo dobrze mi z tobą.

Tak było, kiedy wszystko robiłem i pracowałem, było ci dobrze. Teraz co tu dobrego? Sam ze sobą mam problem.

Daj spokój. Weź się w garść!

Staram się! Ale co to za życie? Dwa razy młotkiem machnąłem zmęczony jak pies.

Halina podeszła, objęła go od tyłu i przytuliła policzek do jego szyi.

Kocham cię. I nigdy nie zostawię. Nie spieszy się z powrotem do zdrowia. Wszystko przyjdzie z czasem.

Kochasz? Naprawdę?

Na pewno.

Halina nie zostawia Jana. Powoli, ale wraca on do sił.

Halina wyprawiła mu urodziny bez alkoholu, żeby nie cierpiał, iż nie pije sam.

Przyszło paru przyjaciół, posiedzieli w altanie, pograli w planszówki.

Fart ci się trafił z żoną, Janku mówili przyjaciele, wychodząc.

Pewnie teraz pójdziecie się napić za moje zdrowie? zażartował Jan.

Pośmiali się. Wieczorem z Haliną siedzieli na schodkach, patrzyli w gwiazdy. Szczęśliwi. Tego wieczoru Jan po raz pierwszy od miesięcy poczuł się lepiej.

Uwierzył, iż jeszcze wraca do życia. I iż żona nie odejdzie od niego. Przytulił Halinę mocniej.

Co tam, Janku?

Wszystko dobrze! odpowiedział.

No, wreszcie. parsknęła Halina i pocałowała go w policzek.

Byli szczęśliwi.

Bo szczęście to nie tylko piękna miłość, pełnia sił czy uroda. Szczęście to także lojalność, dobro, obecność drugiego człowieka, który nie odchodzi nawet, gdy jest trudno. Czasem to właśnie wtedy kochamy najgłębiej i najprawdziwiej.

Idź do oryginalnego materiału