Robisz przecież tyle pieniędzy, prawda? Siostra mojej żony pożyczyła ode mnie pieniądze i pojechała nad morze.
To lato na długo zapadnie mi w pamięć. U nas w Warszawie gościła siostra mojej żony, Klementyna. W rodzinie wszyscy mówią na nią złotko, bo przy każdej okazji mama, tata i cała rodzina nie szczędzą zachwytów świetnie się uczyła, ukończyła studia, znalazła pracę w urzędzie po prostu córka idealna.
A tymczasem najstarsza córka, czyli moja żona, choćby nie skończyła studiów, ale wyszła za mąż. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, bo byłem raczej dobrze ustawiony, prowadziłem własną firmę, miałem mieszkanie na Ochocie, jeździłem nową Skodą i nie narzekałem na brak złotówek. Mimo to tytuł ulubionej córki wciąż należał do Klementyny.
I tak się złożyło, iż w tym roku Klementyna odwiedziła nas w Warszawie i poprosiła mnie o pożyczkę, tłumacząc, iż zbiera na wkład własny do kredytu hipotecznego i brakuje jej kilku tysięcy złotych. Kwota nie była dla mnie jakaś szalona, więc bez wahania się zgodziłem. Zapewniała mnie, iż ma stabilną pracę w państwowej instytucji i odda wszystko co do grosza, regularnie, co miesiąc.
Pożyczyłem jej pieniądze, a ona niemalże przysięgała, iż zawsze oddaje na czas. Ledwo minął tydzień, a dowiaduję się, iż Klementyna jest już nad Bałtykiem, chwali się zdjęciami spod sopockiego molo. Szczerze mówiąc, był to dla mnie spory szok osoba, która miała problem ze zgromadzeniem wkładu własnego, nagle znajduje fundusze na tygodniowe wakacje.
Oczywiście mówiła rodzinie, iż oszczędzała na wyjazd cały rok, ale jedno mnie zastanawiało: cały czas nie wzięła żadnego kredytu mieszkaniowego. Zapytałem więc rozbrajająco, czy zamierza kupić te swoje wymarzone mieszkanie, na co ona spokojnie: Zmieniłam zdanie.
Wtedy poprosiłem ją, żeby oddała mi pożyczone pieniądze. Odpowiedziała, iż już nic nie ma, bo wszystko jej poszło na morze. W tej chwili zrozumiałem, iż zakup mieszkania był tylko wymówką.
Poprosiłem ją uprzejmie, by oddała dług jak najszybciej, bo jednak pożyczyłem na mieszkanie, a nie na urlop. Odpowiedź totalnie mnie rozbroiła:
Zarobię jeszcze duże pieniądze, możesz poczekać, teraz nie mam z czego oddać.
Jak się ta historia skończyła? Dokładnie tak, jak przewidywałem: Klementyna poszła z płaczem do teściowej i opowiedziała, iż żądam zwrotu pieniędzy przed czasem i iż tak się nie postępuje z rodziną. Efekt? Młodsza córka wróciła na piedestał jako aniołek, a my, ci bogacze, wyszliśmy na potworyNa następnej rodzinnej kolacji, przy stole z domowym sernikiem i kompotem z wiśni, atmosfera była napięta jak nigdy. Klementyna siedziała ze spuszczoną głową, a teściowa rzucała mi spojrzenia, które mogłyby topić szkło. W końcu, po długiej ciszy, mama mojej żony zaciągnęła mnie do kuchni na rzekome słowo na osobności.
Synku, nie rób wstydu rodzinie. Przecież to tylko pieniądze, Klementynka odda ci, jak będzie mogła. Ty jesteś bogaty, a ona dopiero zaczyna życie.
Wyjątkowo tego dnia się nie uśmiechnąłem. Zamiast przytaknąć, wróciłem do stołu i spojrzałem na wszystkich obecnych. Postanowiłem, iż nie wyduszę z siebie ani jednego słowa żalu, nie będę robił burzy o sprawę kilku tysięcy ale już nigdy nie pożyczę Klementynie ani złotówki, choćby na bilet autobusowy.
Wieczorem, kiedy wychodziliśmy, żona szepnęła, nie przejmuj się, karma wraca. A to proste zdanie okazało się prorocze.
Kilka miesięcy później zadzwoniła do mnie podekscytowana Klementyna. Okazało się, iż owszem, zarobiła duże pieniądze wreszcie dostała upragniony awans i bonus w pracy. Poprosiła o numer konta, by oddać mi wszystko co do grosza, a choćby dodać odsetki za zwłokę.
Nie trzeba, Klementyno, odpowiedziałem z uśmiechem. Mam nadzieję, iż wyjazd nad morze był tego wart. Czasem najcenniejsze lekcje kosztują najwięcej.
I mimo iż pieniądze już dawno przestały mieć znaczenie, w rodzinie znana jestem teraz jako ten, który umie szanować swoje granice i, ku mojemu zaskoczeniu, choćby teściowa zaczęła patrzeć na mnie z odrobiną szacunku.
A Klementyna? Cóż, na następne wakacje już sama musiała sobie oszczędzić i chyba wyszło jej to na dobre.














