Nieprzyjemny posmak: Jak smród skarpetek i bałagan w mieszkaniu Iłka przekreśliły plany na idealny ślub Mariny – szczera rozmowa z mamą, rozczarowanie i decyzja, która zmieniła wszystko

newsempire24.com 10 godzin temu

Nieprzyjemny posmak

To koniec, żadnego ślubu nie będzie! krzyknęła Zuzanna, jej głos drżał od napięcia.

Zaczekaj, co się stało? zdezorientowany Bartosz spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami przecież wszystko było w porządku!

W porządku? prychnęła Zuzanna z ironią tak, oczywiście Było w porządku. Tylko, iż urwała na chwilę, próbując znaleźć adekwatne słowa. Po chwili wyrzuciła z siebie nagą prawdę: Twoje skarpetki śmierdzą! Ja nie chcę oddychać tym zapachem przez całe życie!

Naprawdę mu to powiedziałaś? jęknęła matka Zuzanny, gdy dowiedziała się, iż córka zamierza wycofać wniosek z urzędu. Nie do wiary!

Dlaczego? wzruszyła ramionami niedoszła panna młoda przecież taka jest prawda. Nie mów mi, iż sama tego nie zauważyłaś.

Zauważyłam wyznała speszona mama ale to przecież wstydliwe! Myślałam, iż go kochasz. To porządny chłopak. Skarpetki to można zmienić.

A niby jak? Nauczyć go myć nogi? Przebierać skarpetki? Używać dezodorantu? Mamo! Posłuchaj siebie Ja przecież chciałam wyjść za mężczyznę, a nie adopotować wiecznego chłopca!

To po co zaszłaś z nim aż tak daleko? Po co w ogóle ten wniosek w USC?

A to wszystko przez ciebie, mamusiu! Bartek to bardzo dobry chłopak. Bardzo mi się podoba czyje to były słowa? Albo to: Masz już dwadzieścia siedem lat, najwyższy czas wyjść za mąż i obdarować mnie wnukami. No i co teraz powiesz?

Dobrze, Zuziu, nie sądziłam, iż jeszcze się wahasz. Myślałam, iż to między wami naprawdę poważne odparowała mama. Ale w sumie, cieszę się, iż potrafisz podjąć adekwatną decyzję. Tylko, córeczko, z tymi śmierdzącymi skarpetkami to przesada. Zupełnie nie jesteś sobą.

Celowo tak powiedziałam, mamo. Żeby miał jasność. Żeby nie było powrotu.

***

Na początku Bartosz był dla Zuzanny zabawny i może trochę niezdarny. Zawsze chodził w tych samych dżinsach i wyblakłej koszulce. Nie przechwalał się, nie cytował Szymborskiej, za to potrafił godzinami opowiadać o starych polskich komediach. W takich chwilach jego oczy błyszczały jak u dziecka.

Z nim było lekko, bezpiecznie.

I właśnie za tę zwyczajność, za spokój, Zuzanna go polubiła zmęczona burzliwymi związkami i wiecznym szukaniem tego jedynego.

Po niespełna dwóch miesiącach spotkań w kinie Wisła i w kawiarniach na Nowym Świecie, Bartosz zaproponował, nieśmiało:

Może wpadniesz do mnie? Nakarmię cię pierogami. Sam lepiłem!

Zabrzmiało to ciepło, tak zwyczajnie domowo, iż Zuzannie serce zabiło mocniej. A słowa sam lepiłem trafiły prosto w punkt.

Zgodziła się.

***

Mieszkanie Bartka natychmiast wywołało w niej zniechęcenie.

Nie było brudno, ale wszędzie panował chaos, bezgust i jakieś zaniedbanie. Szare ściany bez tapet, stary, wytarty tapczan z jednym wałkiem zamiast poduszki. Na podłodze stosy pudełek, gazet, książek, stare magazyny Polityka. W centralnym punkcie rozrzucone tenisówki.

A do tego ten duszny, zatęchły zapach kurz zmieszany z czymś trudnym do określenia.

Pokój przypominał tymczasową przystań, którą zaraz ktoś opuści ale jeszcze nie ruszył w drogę.

No i jak ci się podoba moja twierdza? zagadnął Bartosz z rozbrajającym uśmiechem, bez śladu skrępowania. Był przekonany, iż nie ma powodów do wstydu.

Zuzanna zmusiła się do odwzajemnienia uśmiechu, nie chciała psuć atmosfery, Bartosz naprawdę jej się podobał.

Przeszli do kuchni. Tam było jeszcze gorzej: stół pokryty warstwą kurzu, w zlewie stos brudnych talerzy, kubki z osadem po herbacie. Na kuchence doświadczony przez lata garnek. Wzrok Zuzanny zatrzymał się na czajniku.

Ciekawe, jaki miał kiedyś kolor? pomyślała ze zrezygnowaniem.

Humor znikł.

Zuzanna słuchała już tylko jednym uchem Bartosz, z wielkim zapałem, opowiadał kawały, próbując ją rozbawić. Ale gdy podał jej talerz pierogów, wykręciła się, mówiąc, iż jest na diecie

Nie wyobrażała sobie, by włożyć do ust cokolwiek przygotowanego w tej kuchni.

Będąc z powrotem w domu, rozpamiętywała swoją wizytę u Bartosza.

Na pierwszy rzut oka mieszkanie nie było najgorsze typowy kawaler, trochę zaniedbany, to przecież nic wielkiego. A jednak za tym wszystkim kryło się coś więcej, jakaś ogromna, trudna do nazwania obcość: Jak można TAK mieszkać? Nie chodzi o lenistwo z myciem naczyń bardziej o to, iż dla niego to całkowicie normalne!

Ostał się niesmak, krótko mówiąc.

***

Potem Bartosz przyszedł do niej oficjalnie się oświadczył, podarował pierścionek. Złożyli wniosek w urzędzie. Rodzina rozpoczęła przygotowania do wesela.

Bycie panną młodą było miłe. Ale gdy Zuzanna zostawała sama i zastanawiała się nad Bartoszem, tym, który dla niej starał się być miły, lepił pierogi, opowiadał historie, przed oczyma pojawiał się czajnik nieznanego koloru.

I rozumiała, iż to nie tylko czajnik. To symbol. To mówi coś o podejściu Bartka do życia. Do domu. Do siebie. I pewnie do niej.

Wyobraziła sobie ich wspólny poranek i przeszył ją strach.

Ona wstaje, idzie do kuchni, wszędzie niedopita herbata, okruszki po kanapce. Mówi: Kochanie, posprzątaj to proszę, a Bartosz spogląda zdziwiony jak wtedy, gdy patrzył na własne mieszkanie i nie rozumie, o co chodzi. Nie będzie się kłócił, nie będzie protestował, on po prostu nie zrozumie.

A jej każdego dnia przyjdzie tłumaczyć, prosić, sprzątać, przypominać. Miłość będzie umierała powoli, dławiąc się tysiącem drobnych ukłuć, których on choćby nie zauważy.

A mama cieszyła się, iż córka wychodzi za mąż.

***

Ślub

Cała lekkość i ciepło, które Zuzanna czuła z Bartoszem, zaczęły znikać, ustępując ciężkiemu niepokojowi.

Zuziu pytał Bartosz niemal codziennie, zaglądał jej głęboko w oczy z lękiem wszystko między nami w porządku? Kochamy się, prawda?

Jasne odpowiadała, a w jej sercu coś pękało.

W końcu nie wytrzymała i zwierzyła się przyjaciółce.

I co z tego? zdziwiła się bardzo Kinga. Kurz, czajnik Mój mąż zostawia po sobie istny czołg w kuchni i choćby nie zauważy. Faceci takich rzeczy nie widzą!

No właśnie! Oni nie widzą wyszeptała Zuzanna. A Bartek nie zobaczy nigdy. A ja będę widzieć. Całe życie. I to mnie zniszczy, powoli, ale skutecznie.

***

Nie miała pretensji. Bartosz był szczery. Nie okłamywał jej. On po prostu żył w innym świecie, gdzie brudny talerz w zlewie to norma, a dla niej to sygnał obcości i braku zainteresowania.

Rozumiała, iż nie chodzi o porządek. Tu chodzi o to, iż patrzą na świat całkiem inaczej. Pęknięcie w jej głowie w końcu zamieniłoby się w przepaść między nimi.

Lepiej skończyć to teraz niż obudzić się na dnie tej przepaści za kilka lat gdy będzie już za późno.

Pozostawało poczekać na moment

***

Zuzannę i Bartosza zaproszono na domówkę.

Przyszli, rozebrali się w przedpokoju, zdjęli buty

Przeszli do salonu

Ohydny zapach podążał za nimi krok w krok.

Zuzanna z początku nie wiedziała skąd się bierze, ale gdy zobaczyła, iż inni też go zauważyli zapłonęła ze wstydu.

Bez słowa wybiegła do przedpokoju, ubrała się i wyszła.

Bartosz ruszył za nią, dogonił ją na chodniku. Złapał za rękę. Zuzanna obróciła się gwałtownie i rzuciła mu w twarz z niemalże nienawiścią:

Koniec! Żadnego ślubu nie będzie!

***

Ślubu rzeczywiście nie było.

Zuzanna wie, iż podjęła dobrą decyzję, nie żałuje.

A Bartosz? Do dziś nie rozumie, w czym był problem. Ach, te skarpetki! Przecież mógł je po prostu zdjąćKilka miesięcy później, siedząc w ulubionej kawiarni, Zuzanna z uśmiechem obserwowała przez okno ludzi spieszących się w jesiennym deszczu. Nagle poczuła lekkość, jakby zrzuciła z ramion plecak pełen kamieni. Obok niej parował kubek latte, a na stoliku leżała nieotwarta jeszcze książka.

W myślach wróciła do tamtych dni, do Bartosza i słynnych skarpetek, do nocnych rozterek, do tego dusznego zapachu własnych wątpliwości. Zamiast żalu, poczuła wdzięczność za odwagę, za decyzję, za to, iż wybrała siebie.

Przy stoliku obok dwoje obcych śmiało się głośno, droczyło się, a jeden z nich opowiadał właśnie kolejny stary dowcip. Zuzanna uśmiechnęła się do nich z czułością do życia, które toczyło się dalej, mimo wszystkiego.

W tej zaczarowanej chwili zrozumiała, iż nie szuka już ideału, wybawcy, ani choćby pierogów z domowej kuchni. Pragnęła tylko harmonii własnej przestrzeni, spokoju w duszy i… czajnika w znanym kolorze.

Świat za oknem kręcił się dalej, parzył skarpetki, pudrował wspomnienia. Zuzanna westchnęła z ulgą, wyprostowała się, gotowa na nowy dzień czysty, świeży, pachnący dobrą kawą.

W końcu zrozumiała: najcenniejszy smak to ten, który zostaje po podjęciu dobrej decyzji.

Idź do oryginalnego materiału