Niech leci sama. Może ją tam porwą zmarszczyła się teściowa.
Duszne czwartkowe popołudnie tuż przed urlopem powinno być pełne radosnej ekscytacji i miłego zamieszania.
Ale w mieszkaniu Antoniego i Wioletty atmosfera aż iskrzy. W samym środku salonu, niczym pomnik niepokoju, stoi Helena Pawłowska. W ręku trzyma pilot od telewizora.
Ja się na to nie zgodzę! W ogóle rozum wam odebrało?! jej głos, zahartowany przez lata pracy nauczycielskiej, rozbrzmiewa z groźną stanowczością.
Na ekranie wciąż zatrzymany kadr z kolejnego alarmującego reportażu: ponury prezenter przed mapą Azji tym razem, wskazując groźne czerwone strzałki na Tajlandię.
Wioletta, która pakowała walizkę ze zdumiewającym spokojem, tylko westchnęła.
Znała ten scenariusz doskonale. Antoni, na którego twarzy widać już było zmęczenie i rezygnację, próbował wtrącić słowo.
Mamo, daj spokój, to przecież bzdury! Jedziemy normalnie, wszystko przez biuro podróży…
Bzdury?! Helena Pawłowska aż rzuca ręką, a pilot prawie uderza w ścianę. Antoni, otwórz oczy! Ona cię tam wpakuje! W Tajlandii… co drugi to handlarz żywym towarem! Wyślą cię po piwo do jakiejś zaułka, więcej cię nie zobaczę! Zabiorą nerki, wątrobe i wywiozą! A ją… teatralnie wskazała Wiolettę ją sprzedadzą do burdelu albo w niewolę! Ja widziałam reportaż w Uwadze!
Wioletta na chwilę przerywa układanie rzeczy w walizce. Patrzy na Helenę Pawłowską spokojnym, zaskakująco opanowanym wzrokiem, wytrzymując milczenie lepiej niż jej mąż.
Pani Heleno odzywa się cicho, ale wyraźnie. Pani naprawdę w to wierzy? Że każdy Taj to mafiozo z dyplomem transplantologa albo alfons w jednym?
Ty się nie naigrawaj! Fakty mówią same za siebie! W telewizji pokazywali! Jedziecie za tanim egzotycznym rajem, a potem rodzina dostaje nerkę pocztą w słoiku!
Antoni przemyka dłonią po twarzy.
Mamo, to programy dla emerytów, żeby się nie nudzili. Chcą, żeby ludzie się bali i dalej oglądali. Tam co roku setki tysięcy turystów…
I tysiące przepadają bez śladu! przerywa Helena Pawłowska. A ty, Wioletta, już bilety masz? Oddasz je?
Mam. Nie oddam odpowiada Wioletta spokojnie. Przez dwa lata odkładaliśmy na ten wyjazd. Sprawdzałam opinie, czytałam fora, brałam wszystko z dobrego biura. Nie będziemy chodzić po slumsach nocą. Zwiedzimy miasta, poleżymy na plaży w Pattayi, zjemy tom yum…
Jeszcze was tam otrują, Bóg wie, co do tych zup pakują… mamrocze Helena. Antoni, synku, proszę, opamiętaj się. Niech leci sama, jak tak chce. Ryzyko należy do niej. Ty zostaniesz żywy i zdrowy. Serce matki wyczuwa nieszczęście.
Zapada długa, ciężka cisza. Wreszcie Wioletta decyduje się powiedzieć coś, co pewnie zbierało się w niej od miesięcy.
Dobrze mówi, zatrzaskując walizkę. Okej, pani Heleno. Ryzyko jest szlachetne. Polecę sama.
Wioletta! Co ty wygadujesz?! Antoni nie może uwierzyć.
Słyszałeś mamę. Jej serce wyczuwa tragedię. Nie mogę brać odpowiedzialności za twoje nerki i wątrobę. Ani ryzykować, iż cię porwą. Zostaniesz w domu. Będziesz pił z mamą herbatę i oglądał spiski na świecie. A ja… uśmiecha się lodowato ja polecę sama do piekła.
Helena Pawłowska wygląda naraz na triumfującą i zszokowaną.
Osiągnęła swój cel, ale determinacja synowej zbiła ją z tropu.
I bardzo dobrze mówi, już bez wcześniejszego zapału. Sama chciałaś.
Antoni próbuje przekonywać i namawiać, ale Wioletta jest niezmienna. W noc przed wylotem leżą w łóżku tyłem do siebie.
Może zmienisz zdanie? pyta cicho mąż.
Nie odpowiada Wioletta stanowczo.
*****
Samolot ląduje w Bangkoku, a fala wilgotnego, pachnącego ciepła otula Wiolettę jak koc.
Strach? Nie czuje go. Jest tylko zmęczenie i gorąca ciekawość. Przez pierwsze dni, zgodnie z planem, spaceruje po tętniących życiem ulicach, podziwia błyszczące świątynie, je fenomenalne jedzenie z ulicznych budek.
Nikt nie próbuje choćby ukraść jej portfela, nie mówiąc o porwaniu. Sprzedawcy na bazarach tylko zawstydzeni uśmiechają się i chcą się potargować o kilka bahtów.
Wysyła zdjęcie na wspólny czat do Antoniego i Heleny Pawłowskiej (bo nalegała): uśmiechnięta Wioletta z koktajlem owocowym nad turkusowym morzem. Podpis: Organy na miejscu, niewolnictwa nie proponowali. Czekam na dalsze atrakcje.
Antoni wysyła serca. Helena Pawłowska czyta, ogląda milczy.
Następnie Wioletta rusza na północ, do Chiang Mai. Tam, w małym rodzinnym guesthousie, starsza Tajka imieniem Nook uczy ją gotować prawdziwy pad thai.
Nook, mówiąca łamanym angielskim, zadziwiająco przypomina Helenę Pawłowską.
Przeżywa dokładnie tak samo z powodu swojej córki, która wyjechała do pracy w Seulu.
Tam jest zimno, nikt się nie uśmiecha, a jedzenie dziwne narzeka Nook, mieszając makaron. W telewizji mówi, iż same nieszczęścia, dużo promieniowania i ludzie nieprzyjaźni!
Wioletta patrzy na nią twarz pełna troski. Nagle wybucha śmiechem. Śmieje się, aż łzy napływają jej do oczu.
Nook patrzy zdezorientowana. Wtedy Wioletta, korzystając z gestów, zdjęć w telefonie i kilku prostych słów, opowiada o Helenie Pawłowskiej, telewizyjnych sensacjach, organach i porwaniach.
Nook słucha, rozszerza oczy, a potem sama zaczyna się śmiać dźwięcznie jak dzwoneczek.
Ach, te matki! woła. Wszędzie takie same! Boimy się nieznanego. Telewizja opowiada głupoty i tu, i w Tajlandii!
Tamtego wieczoru, siedząc na werandzie pod niebem pełnym gwiazd, Wioletta decyduje się zadzwonić na wideo nie do męża, ale bezpośrednio do Heleny Pawłowskiej.
Teściowa wygląda na zmęczoną i podejrzliwą.
No co tam? Żyjesz? pyta bez ogródek.
Mam się świetnie i wszystko na swoim miejscu, pani Heleno. Popatrz.
Wioletta obraca kamerę, pokazuje Nook wychodzącą z herbatą i owocami. Tajka śmieje się, widząc surową twarz Polki.
Dzień dobry! woła Nook po angielsku. Twoja synowa jest dzielna! Gotuje wyśmienicie! Nie bosie się ja ją pilnuję! Niewolnictwo? Phi! i obejmuje Wiolettę.
Helenie brakuje słów. Patrzy na uśmiechniętą Tajkę, potem na spokojną, opaloną twarz synowej.
A… organy? stęka już nie tak pewnie jak wcześniej.
Wszystko w komplecie śmieje się Wioletta. choćby apetyt wrócił. Pani Heleno, tu jest pięknie, a ludzie serdeczni. Nook też się boi, iż jej córce w Seulu zimno, bo w telewizji mówią, iż tam wszyscy są niemili.
Zapada dłuższe milczenie.
Daj tę… Nook rzuca nagle Pawłowska. Wioletta oddaje telefon. Kobiety przez dziesięć minut rozmawiają nie rozumieją słów, ale gesty, uśmiechy i spojrzenia mówią wszystko. Nook kiwa głową, śmieje się, a surowy wyraz twarzy Heleny w końcu łagodnieje.
Pod koniec rozmowy choćby próbuje się uśmiechnąć nieporadnie, ale szczerze.
Po zakończeniu rozmowy Antoni wysyła SMS: „Mama właśnie wyłączyła telewizor. Powiedziała: 'Ileż można się zamartwiać. Kiedy wracasz?'”
Wioletta jeszcze nie odpisuje. Patrzy na gwiazdy nad Chiang Mai. Robi zdjęcie: dwie kobiety, ona i Nook, objęte, śmieją się do kamery, i wysyła do czatu.
Podpis: Mam wspólniczkę. Jutro latam na paralotni. Póki co nerki bez zarzutu. Całusy.
Lot powrotny jest lekki. Na lotnisku czeka Antoni, trochę dalej Helena Pawłowska z bukietem jaskrawych astrów.
Nie rzuca się do uścisków, ale i nie robi awantury. Chrząka, wręczając kwiaty:
No i co, cała wróciłaś?
Jak widać. I żadnych nowych właścicieli…
Dobra już, burknęła teściowa. Opowiesz mi o tej… Nook.
W drodze do domu Wioletta opowiada o świątyniach, kuchni, uprzejmości ludzi i śmiesznych sytuacjach.
Helena Pawłowska słucha, czasem dopyta. Telewizor w salonie milczy.
W jego ciemnym ekranie odbijają się trzy postaci: mąż obejmuje żonę, a teściowa, przez chwilę choć, próbuje spojrzeć na świat nie przez pryzmat telewizyjnych sensacji, ale przez oczy kogoś, kto przeżył piekło i wrócił szczęśliwszy.
A wieczorem, przy herbacie, Helena Pawłowska, niby przypadkiem, rzuca:
W przyszłym roku… jeżeli zechcecie… może i ze mną pojedziecie? Tylko nie w takie zupełne dzicz…
Antoni i Wioletta wymieniają spojrzenia, zadowoleni uśmiechają się. To było zaskoczenie, iż Helena gotowa spojrzeć na świat inaczej.
Jednak po paru dniach staje w drzwiach, czerwona, wzburzona i mówi:
Jednak nigdzie nie jadę! Wioletta, po prostu ci się poszczęściło! W telewizji mówili, jak ludzi z niewoli wyciągali. Ja nie ryzykuję!
Jak sobie pani życzy wzrusza ramionami Wioletta.
Antoni, ty też nie masz tam czego szukać. Polska też jest piękna oświadcza z powagą Helena Pawłowska.
Syn tylko kręci głową i nie dyskutuje, wiedząc, iż nie ma sensu.













