Zmiany zmiany zmiany, niektórzy piszą, iż lubią zmiany, niektórzy nic nie piszą, niektórzy mówią ‚lubię zmiany’ z zaciśniętymi zębami, a inni lubią zmiany, bo w ogóle lubią porzucać ludzi i rzeczy, jak zużyte podpaski. (I z ręka na sercu nie piję tutaj do żadnych blogów, więc proszę się nie obrażać, bo to nie było o nikim z was!)
Ja myślę sobie – zależy jakie zmiany – jeżeli podwyżka w pracy, to witam z otwartymi ramionami, ale jeżeli to nagły znienacka plaskacz, to hmmm… dziękuję, nie zamawiałam.
Podobno otwartość na nowości to dość stabilna cecha charakteru, jedna z tak zwanej Wielkiej Piątki (czy można zrównać ‚lubienie zmian’ z otwartością na nowe doświadczenia?), w dodatku spokrewniona z kreatywnością, zainteresowaniem sztuką, odpornością psychiczną, co interesujące jest również dodatnio powiązana ze stresującymi wydarzeniami w życiu, no proszę, tego bym się nie spodziewała. Otwarci ludzie wolniej się starzeją- albo może Ci, co się nie starzeją to są otwarci? Może po prostu otwartość to cecha młodości? Otwartość maleje z wiekiem.
Ale na razie trochę mnie mieli, nie mogę spać na przykład, wczoraj wystrzeliło mnie w kosmos i spałam tylko trzy godziny, a dziś raniutko do studentów, tak bywa, na szczęście w tym roku mam takie przedmioty, iż mogę z zamkniętymi oczyma i palcem w …
Teatru się pyta, co terapeuta robi jak go coś filcuje, i to jest dobre pytanie, hehe. Po pierwsze, najpierw się wstydzi ‚to ja jestem terapeutą, a tu mnie coś tak filcuje, tak znienacka z kapcia dostałem’, po drugie, oczywiście rozumie, iż życie będzie filcować każdego, niezależnie od zawodu, powołania, płci i kasy, każdy dostanie plaskacza z kapcia, nie dziś to jutro. Oczekiwanie, iż oto się będzie zawsze jako ten kwiat lotosu jest nierealne, maniakalne, niektórzy by powiedzieli, iż choćby psychotyczne, zaprzecza bowiem naturze rzeczywistości i prawdzie psychiki ludzkiej. Bo życie mieli, filcuje i wałkuje całkiem rzeźko każdego i naprawdę dziwne, powtarzam DZIWNE BYŁOBY gdyby nie. Dla mnie sekret polega chyba na tym paradoksie właśnie – na rozumieniu, iż jestem taka jak inni, iż to normalne, iż każdego życie boli czasem o 5 rano. Oprócz tego myślę też sobie, iż mam wrażliwy układ współczulny i muszę tego małego wariata jakoś uspokoić. Masaż by pomógł, seks pomaga (ale ile można ;D, nie wiem – może sztuka? ale nie każda, i choćby nie chodzi tu żeby sztuka była jakoś wyjątkowo łagodna czy spokojna, tylko raczej żeby wyrażała prawdę wewnętrzną i pomagała sobie jakoś ułożyć coś w głowie. Dlatego już się cieszę na pójcie na kolejny teatr, kolega obiecał bilety na Sarah Kane, 4.48 Psychosis, to coś akurat dla mnie, prawdziwa godzina szaleństwa. A po trzecie, i ostatnie, młody (no nie przesadzajmy hehe) terapeuta ma jeszcze często własną terapię, co oczywiście pomaga.
Pomaga jeszcze poznanie siebie, pewne rzeczy mogą z czasem złagodnieć, ale ogólne tendencje się diametralnie nie zmieniają, temperament, sposób reagowania, pomaga znajomość własnych ograniczeń (oraz oczywiście gotowość pracy z nimi, o co jest zawsze najtrudniej, hehe) i oczywiście pamiętanie o nich w chwilach największej zadymy. Ale wiadomo, iż o to trudno.
U mnie stres się zaczyna w ciele i musi trochę czasu upłynąć, żebym mogła z nim jakoś pracować, żeby zaczął przenikać do snów i żebym mogła go sobie jakoś w głowie obracać. Wtedy już jest łatwiej, wtedy można by powiedzieć z górki. Czasem pomaga zanurzenie się, popłynięcie z prądem strachu, kiedy człowiek przestaje się opierać i nie zgadzać na to, żeby było tak jak jest, nagle robi się tak dziwnie łatwiej. Tak, jest trudno, tak, niepewność to trudna perspektywa do utrzymania, nikt nie lub niepewności – chyba bardziej choćby niż niefajnej pewności.
A poza tym w szkole dobrze, szkoła to moja strefa komfortu obecnie, to jest bardzo śmieszne zważywszy, jak bardzo to było dla mnie trudne.
Noga też dobrze, nagle poczułam, iż naprawdę mniej mnie boli, to już taki ból bardziej jak się coś przetrenuje, niż złamie. Pan fizjo wczoraj był bardzo zadowolony i powiedział, iż za miesiąc, jak dalej będę grzecznie ćwiczyć, zaczniemy na niej skakać. To znaczy jak zacznę, a on mi będzie kibicował. A za parę miesięcy może… może.. może BĘDĘ MOGŁA BIEGAĆ! To wracanie do zdrowia jest naprawdę dziwne, bo nie jest to proces linearny, tylko skokowy, nomen omen.
I tak to już jesień, oczywiście.












