Pielęgniarka Kaja Mazur od dziesięciu lat pracowała w szpitalu powiatowym w Radomiu na oddziale neurologicznym. Nie znosiła tego miejsca. Zapach chlorheksydyny mieszał się tam z wonią parzonej kawy z automatu na drugim piętrze i nigdy nie dawało się ustalić, który jest silniejszy. adekwatnie to kochała swoją pracę — kochała pacjentów, ich historie, ten moment, kiedy po tygodniach ćwiczeń ktoś pierwszy raz zgina palec. Nie znosiła za to ordynatora.
Doktor Ireneusz Wrona wywołał ją do gabinetu w środę, tuż po obchodzie.
— Siadaj — rzucił, choćby na nią nie patrząc. Przekładał papiery na biurku, jakby szukał czegoś, czego tam dawno nie było.
Kaja usiadła na brzegu krzesła. Kolanem uderzyła w szafkę z kartami pacjentów.
— Trzecia skarga w tym miesiącu — powiedział Wrona. — Pacjent po udarze twierdzi, iż przez cały dyżur nie podniosłaś wzroku znad telefonu.
— Bo sprawdzałam wiadomości od opiekunki — powiedziała Kaja spokojnie. — Moja córka ma szesnaście lat i cukrzycę typu pierwszego. Pompę insulinową. Czasem muszę wiedzieć, iż zjadła obiad.
Wrona uniósł dłoń.
— Nie obchodzi mnie twoja córka. Od jutra schodzisz do salowych. Będziesz myć pacjentów i zmieniać baseny. Albo sama składasz wypowiedzenie.
Kaja zacisnęła zęby. Mogła odejść. Powinna odejść. Ale w Radomiu pielęgniarka z dziesięcioletnim stażem nie znajdzie pracy w tydzień, a rata kredytu za mieszkanie na osiedlu Południe wynosi dwa tysiące trzysta złotych. Przełknęła ślinę.
— Dobrze — powiedziała.
Zaczęła w czwartek o szóstej rano. Salowa o imieniu Halina wręczyła jej plastikowy fartuch i listę pokoi. Pod siódemką ktoś dopisał ołówkiem: „kąpiel całkowita, pacjent leżący".
— To ten młody — mruknęła Halina, wskazując brodą drzwi na końcu korytarza. — Adam Wysocki. Leży u nas jedenasty rok, od wypadku na quadzie. Tylko szyja i oczy mu działają.
Kaja weszła do pokoju z wózkiem pełnym ręczników. Nad łóżkiem wisiał telewizor z wyłączonym dźwiękiem — leciała jakaś powtórka „Rancza". Na parapecie stał kubek z zimną herbatą, w którym pływał martwy owad. To właśnie zapamiętała najmocniej: ten owad, bo ona nigdy by nie pozwoliła, żeby przy pacjencie stało coś takiego.
Adam Wysocki wyglądał na zmęczonego. Włosy miał ciemne, przylepione do czoła. Poruszał tylko gałkami ocznymi.
— Dzień dobry — powiedziała Kaja. — Jestem Kaja, dzisiaj pomogę panu z kąpielą. Wszystko w porządku?
Pacjent mrugnął raz. Głowa nie drgnęła.
Halina pomogła jej przenieść go na krzesło kąpielowe. Kaja naszykowała wannę, sprawdziła temperaturę łokciem — tak jak uczyła ją matka, gdy kąpała młodszego brata. Dolała pianki, która pachniała malinami. Była to jedyna przyjemna woń na całym oddziale.
Zaczęła myć twarz Adama miękką gąbką. Młody mężczyzna patrzył w sufit. Jego twarz nie wyrażała nic. Kaja myślała wtedy o córce, o tym, iż powinna była kupić insulinę na weekend, ale zapomniała. Kiedy przesuwała myjkę po obojczyku, usłyszała cichy dźwięk. Jakby ktoś gwałtownie wciągnął powietrze.
Spojrzała w dół.
Dłoń Adama — ta, która od jedenastu lat rzekomo nie miała czucia — leżała na jej udzie. Palce były napięte, jakby chwytały czegoś z całej siły.
Kaja zamarła. Gąbka wypadła jej z ręki i z pluskiem zniknęła pod pianą. W pierwszej sekundzie pomyślała o tym, co myślałaby każda kobieta. W drugiej — o medycynie.
— Adam — powiedziała, a głos jej drżał. — To pan. To pan mnie dotknął.
— Nie — wyszeptał. Usta prawie się nie poruszyły. — Ja nic nie czuję.
— Czuje pan. Proszę na mnie spojrzeć.
Adam obrócił oczy w jej stronę. Było w nich coś, czego Kaja nie zapomni: panika zmieszana z błaganiem. Jakby prosił, żeby nikomu nie mówiła.
Kaja odepchnęła krzesło do tyłu i wyszła na korytarz. Halina słuchała radia w dyżurce, leciała akurat jakaś stara składanka z lat dziewięćdziesiątych. Kaja minęła ją bez słowa i zapukała do gabinetu Wrony.
— Proszę — burknął ordynator.
Weszła w mokrym fartuchu. — Pacjent Wysocki chwycił mnie za udo. Świadomie.
Wrona najpierw zmarszczył brwi. Potem wstał tak gwałtownie, iż fotel odjechał za jego plecami i uderzył w szafkę.
— Niemożliwe — powiedział. — Dziewięć lat temu przez miesiąc sprawdzałem przewodnictwo nerwowe. Wszystko martwe. Nie ma mowy.
— To proszę iść i sprawdzić. Albo pójdę do dyrektora.
Wrona rzucił jej takie spojrzenie, jakby chciała powiedzieć, iż świeci słońce w środku nocy. Ale przeszedł obok niej na korytarz. Kaja szła pół kroku z tyłu, zostawiając mokre ślady na wykładzinie.
W łazience Adam przez cały czas siedział w wannie. Piana zaczęła opadać. Jego ręka znów spoczywała na poręczy krzesła kąpielowego — nieruchoma, sina, martwa.
Wrona pochylił się i chwycił go za nadgarstek. Potem nacisnął kciuk w okolicy łokcia, tam gdzie przebiega nerw łokciowy. Adam syknął. Wrona cofnął dłoń.
— Czuje pan? — zapytał.
Adam zagryzł wargę. Kaja widziała, iż jego palce lekko podskoczyły. Ordynator powtórzył badanie. Trzeci raz. Za czwartym palce Adama zwarły się w pięść.
— Matko boska — wyszeptał Wrona.
Nie modlił się. To było powiedzenie. Ale w jego tonie było coś, czego Kaja nie słyszała nigdy: strach zmieszany z ekscytacją.
— Jedenasty rok — powiedział tak cicho, jakby mówił do siebie. — Jedenaście lat nikt tego nie sprawdzał.
Potem umył ręce w tej samej wannie, w której leżał Adam, i wyprostował się.
— Mazur — powiedział. — Ty dzwonisz do rehabilitacji. Ja wzywam neurologa. Ten człowiek ma szansę wstać.
Kaja nie rozpłakała się. Wytarła pianę z kluczyków od dyżurki, bo sama nie wiedziała, po co je trzyma w kieszeni. Wieczorem opowiedziała córce przez telefon, iż dostała nowe obowiązki. Nie dodała, iż o mały włos straciłaby pracę.
Rehabilitacja Adama zaczęła się po dwóch tygodniach. Codziennie o siódmej Kaja pomagała fizjoterapeucie z Pionek ćwiczyć jego dłonie. Po miesiącu Adam zgiął palec wskazujący. Po trzech — podniósł szklankę z wodą, rozlał połowę i zaśmiał się tak, iż Kaja usłyszała go po drugiej stronie korytarza.
Wrona teraz codziennie zaglądał do pokoju. — Postępy? — pytał od progu. I za każdym razem notował coś na kartce.
Widziała, jak Adam ćwiczy sam wieczorami, gdy myślał, iż nikt nie patrzy. Napinał palce i opuszczał je, jedna po drugiej. Dziwne, jaki upór potrafi obudzić jeden dotyk.
Kaja nie wróciła do ambulatorium. Wrona nie zaproponował. I powiedziała głośno, iż nie chce. Pracowała jako salowa do końca kwietnia. Dwa razy próbowała policzyć, ile zarabia mniej — wyszło osiemset złotych. Potem przestała liczyć. Wieczorami myślała o tym, co stało się w wannie, i o tym, iż skarga pacjenta po udarze była prawdą: faktycznie za często patrzyła w telefon. Tylko nikt jej nie zapytał wtedy, czy córka już kupiła pieczywo.
Na początku czerwca Adam usiadł o własnych siłach. To było we wtorek, około dziewiątej rano. Wrona akurat przechodził korytarzem z kubkiem kawy. Zatrzymał się i patrzył przez szklane drzwi. Kaja widziała jego plecy i to, iż przez dłuższą chwilę nie podniósł kubka do ust.
Powiedziała wtedy do Haliny: — Pamiętasz, co było w tamtej herbacie?
Halina nie odpowiedziała. Patrzyła na Adama.
Kaja poszła do szatni i wyjęła z portfela karteczkę, na której od pierwszego dnia trzymała numer telefonu do poradni rehabilitacyjnej przy ulicy Słowackiego. Włożyła ją do kieszeni fartucha. Potem wróciła do pokoju Adama.
— Ma pan kogoś, kto pomoże panu po wyjściu? — zapytała.
Adam obrócił dłoń — tę samą, która kiedyś chwyciła ją za udo — i oparł ją płasko na kołdrze.
— Nie mam nikogo — powiedział. — Od jedenastu lat wszyscy umarli, zapomnieli albo zmienili numer.
Kaja zapisała mu swój prywatny telefon długopisem na okładce karty informacyjnej. Podała mu kartkę.
— Dzwoni pan. Pomogę załatwić transport. Tylko nie czekaj pan, aż znowu będzie pan leżał.
Adam wziął kartkę. Zgiął ją wpół, a potem wsunął pod poduszkę. Kiwnął głową.
Kaja wyszła na korytarz. Na ścianie, obok tablicy ogłoszeń, wisiał plakat z prośbą o oddawanie krwi. Ktoś przekreślił flamastrem datę i dopisał u dołu: „w tym tygodniu przyjmujemy tylko do trzynastej". Poprawiła plakat, bo wisiał krzywo, i poszła do wyjścia. Nie czuła się ani potrzebna, ani zbawiona. Czuła się jak człowiek, który przez przypadek odnalazł coś, co zgubił w cudzym pokoju.












