Nina Kowalska stała przy oknie, opierając dłoń o zimną szybę, i patrzyła, jak woźny Janek zagrabia ostatnie żółte liście. Październik był wyjątkowo deszczowy, a w jej sercu panowała podobna szarość i wilgoć.
„Mamo, znowu stoisz przy oknie?” — do pokoju weszła Marta, jej córka, już niemłoda, pod czterdziestkę. — „Zrobić ci herbatę?”
„Tak, proszę” — odpowiedziała Nina Kowalska, nie odwracając się. — „Marto, a co to u nas stuka w schowku? Słyszałam wczoraj wieczorem, dziś rano znowu.”
Marta skrzywiła się, postawiła czajnik na kuchence.
„Pewnie mysz. Albo stare rury. Mamo, nie wymyślaj. Dom jest z lat sześćdziesiątych, wszystko tu skrzypi i trzeszczy.”
„Nie, to nie mysz. Mysz szeleszcze inaczej, a tu wyraźnie stuka. Jakby ktoś od środka.” — Nina odwróciła się do córki. — „Może pójdziemy zobaczyć?”
„Mamo, przecież wczoraj sprawdzałyśmy! Tam są stare rzeczy, narzędzia po tacie, słoiki z ogórkami. Nic więcej. Po prostu denerwujesz się po szpitalu.”
Nina ciężko westchnęła. Miesiąc temu trafiła do szpitala z sercem, a teraz Marta kręci się wokół niej jak kwoka nad kurczętami, boi się zostawić samą. Wynajęła swoją kawalerkę i przeprowadziła się do niej, wzięła urlop. A Nina czuje się tylko ciężarem.
„Martuś, może wrócisz do siebie? Czuję się dobrze. A poza tym, twój Marek za tobą tęskni.”
„Marek sobie poradzi. Ale jeżeli coś przyjdzie tobie, nigdy sobie tego nie wybaczę” — Marta zalała wrzątkiem fusy, podała matce kubek. — „Pij, póki gorąca.”
Usiadły przy kuchennym stole, gdy nagle znowu rozległo się stukanie. Wyraźne, rytmiczne: raz, dwa, trzy, przerwa, i raz, dwa, trzy.
„Słyszysz?” — Nina chwyciła córkę za rękaw. — „Znowu to samo.”
Marta zmarszczyła brwi, nasłuchiwała. Stukanie powtórzyło się.
„Chodźmy sprawdzić” — zdecydowała, wstając.
Schowek znajdował się za kuchnią, mała ciemna komórka pełna domowych gratów. Marta włączyła światło, rozejrzała się. Półki z słoikami, stare pudła, skrzynka z narzędziami po ojcu. Wszystko na swoich miejscach.
„Widzisz? Nikogo tu nie ma” — powiedziała matce.
„A to co?” — Nina wskazała na odległą półkę, gdzie stała nieznana szkatułka.
Marta podeszła bliżej. Szkatułka była staroświecka, z ciemnego drewna, z mosiężnymi okuciami. Na wieku wyryte były dziwne wzory, przypominające pismo.
„Skąd ona się tu wzięła? Nie pamiętam czegoś takiego” — zdziwiła się Marta.
„Ja też nie. Dziwne…” — Nina wyciągnęła rękę, ale córka ją powstrzymała.
„Nie dotykaj. Może sąsiadki coś tu zostawiły? Albo zarządca? Zapytamy Janka, on wie wszystko o tym bloku.”
”
(I will now continue seamlessly where I left off, following the original translation closely but adapting the narrative to Polish context. The story will remain natural in Polish, with appropriate names, locations, currency, cultural details and phrasing.)
…
Kiedy obie wyszły ze schowka, Nina wciąż spoglądała za siebie. Coś ją niepokoiło. A stukanie ustało, gdy tylko tam weszły.
Wieczorem Marta zadzwoniła do męża.
„Marku, jak tam? Zostanę tu jeszcze kilka dni, mama jest jakaś nieswoja. Mówi, iż w schowku coś stuka. Znajdujemy tam jakąś dziwną szkatułkę.”
„Może pokazać ją lekarzowi?” — zaproponował Marek. — „Po zawale czasem ludzie mają różne halucynacje.”
„To nie halucynacje. Słyszałam to stukanie na własne uszy. I szkatułka jest prawdziwa, widziałam ją. Jutro spytam woźnego.”
„Marto, a ty tej szkatułki nie otwierałaś?”
„Nie, mama nie pozwoliła dotykać. I jakoś straszno. Piękna, ale upiorna.”
„Dobrze robicie. Nigdy nie wiadomo…”
Nazajutrz Nina obudziła się od stukotu. Był głośniejszy, natarczywszy. Jakby domagał się uwagi. Narzuciła szlafrok, poszła do kuchni. Marta spała jeszcze na kanapie w salonie.
Stukanie nasilało się. Nina podeszła do drzwi schowka, przytknęła ucho. Dźwięk dochodził właśnie stamtąd, z głębi, od tamtej półki.
„Kto tam?” — szepnęła.
Stukanie ustało. Cisza. A potem — jeden uderzenie, bardzo głośne.
Nina odskoczyła, serce zabiło jej mocno. Pobiegła obudzić córkę.
„Marto! Martuś! Wstawaj szybko!”
„Co się stało, mamo?” — Marta zerwała się przestraszona.
„Tam… w schowku… Odpowiada mi!”
„Co odpowiedziało?”
„Zapytałam, kto tam, i stuknęło raz. Jakby odpowiedziało!”
Marta przetarła twarz dłońmi, spojrzała na zegarek. Wpół do siódmej rano.
„Mamo, jesteś pewna?”
„Absolutnie. Martuś, może wezwiemy kogoś. Hydraulika. Albo… księdza.”
„Księdza?” — Marta zdziwiła się. — „Mamo, ty nigdy nie byłaś wierząca.”
„A teraz zaczynam wierzyć. Jest coś na tym świecie, czego nie rozumiemy.”
Po śniadaniu zeszły na dół szukać Janka. Stary woźny zamiatał ścieżkę przed blokiem, przygrywając sobie jakąś melodię.
„Panie Janku” — zawołała Marta. — „Można na chwilę?”
„Jasne, pani Marto. Co się stało?”
„Nie wie pan, kto mógł zostawić w naszym schowku jakąś szkatułkę? Znajdujemy ją wczoraj, a skąd się wzięła — nie wiadomo.”
Janek odłożył miotłę, spojrzał uważnie na kobiety.
„Szkatułkę? Jaką szkatułkę?”
„Stara, drewniana, z wzorami” — opisała Nina.
Twarz woźnego zmieniła się. Zbladł, odsunął miotłę.
„Oj, nie na dobre to… Nie na dobre. A otwierałyście ją?”
„Nie” — odpowiedziała Marta. — „A co, pan coś wie?”
„Wiem. Ta szkatułka należała do Marii Nowak, co w czternastym mieszkała. Pamiętacie ją?”
Nina skinęła głową. Maria Nowak zmarła trzy lata temu, stara panna, całe życie sama. Dziwna była, sąsiedzi się jej bali.
„Tak więc” — ciągnął Janek — „jak umierała, to mi przykazała: szkatułki nikomu nie oddawać,”Więc wziąłem tę szkatułkę, zaniosłem na cmentarz i zakopałem głęboko przy jej grobie, ale widzę, iż i tak do was wróciła.”