Nie rozumiałem, gdzie znika jedzenie, które przygotowywała moja żona. Potem teściowa wyznała nam prawdę.
Na początku cieszyłem się, iż teściowa jest z nami, bo naprawdę bardzo nam pomagała. Nasz syn często choruje, więc postanowiliśmy, iż nie pójdzie jeszcze do przedszkola. Moja żona poprosiła swoją mamę, żeby opiekowała się wnukiem.
Jadwiga zgodziła się, ale pod warunkiem, iż codziennie będzie wracać do siebie. Chce mieć spokój i odpoczywać w swoim mieszkaniu.
Czasami mamy coś do załatwienia wieczorami albo po prostu chcemy gdzieś wyjść wtedy prosimy sąsiadkę o pomoc, a teściowa idzie do siebie, żeby się nie przemęczać.
Na początku wszystko było w najlepszym porządku. Spieszyliśmy się z pracy, wracaliśmy do domu, dziecko było najedzone i zadbane. Potem jednak Jadwiga przestała na nas czekać, wychodziła zanim wróciliśmy.
Żona zawsze gotuje na dwa dni, żeby łatwiej było ogarnąć dom. Każdego miesiąca wręczamy teściowej kopertę z pieniędzmi. Doceniamy, iż poświęca nam czas i w ten sposób jej dziękujemy.
Zauważyłem jednak, iż jedzenie, które żona przygotowuje, znika niesamowicie szybko. Teściowa je bardzo mało, a nasz syn jeszcze mniej… Postanowiłem zapytać ją o to wprost. Odpowiedziała, iż po południu przychodzi jej mąż. Daje mu coś do jedzenia, bo ona już nie ma siły gotować kolacji w domu. Tak więc teść stołuje się również u nas.
Szczerze mówiąc, nie wiem, co o tym myśleć. Przecież teściowa wieczorem wraca do siebie, czy to aż taki problem ugotować coś prostego? Moim zdaniem teść mógłby przychodzić na kolację raz w tygodniu, a nie dzień w dzień!
Problem w tym, iż potem sami nie mieliśmy czego zjeść na kolację. Żona nic nie mówi. Policzyłem nawet, iż taniej wyszłoby zatrudnić nianię.
Nie podoba mi się zachowanie teściów. Żona namawia mnie, żebym to przemilczał. Ale nasuwa się kolejne pytanie czy oni nie rozumieją, iż my też musimy liczyć się z pieniędzmi? Co miesiąc płacimy teściowej za opiekę nad dzieckiem, a mimo to jeszcze codziennie jedzą u nas obiady. Czy ktoś był w podobnej sytuacji?








