Nie przeznaczenie… Pociąg sunął przez drugi dzień, a ludzie już zdążyli się poznać, wypić morze …

twojacena.pl 20 godzin temu

Nie przeznaczenie

Pociąg sunął już drugi dzień przez całą Polskę. Ludzie zdążyli się poznać, wspólnie wypić kilka herbat, rozwiązać parę krzyżówek i rozpocząć te słynne rozmowy o życiu. Syndrom współpasażera szczególnie objawia się właśnie w pociągach wtedy ludzie dzielą się historiami, jakich nie usłyszysz nigdzie indziej.

Ja siedziałam na bocznym siedzeniu, a w sąsiednim przedziale trzy starsze panie, takie polskie ciocie-klotki, wymieniały się przepisami na drożdżowe ciasto i patentami na robienie skarpet na drutach. Pociąg właśnie wjechał na most, z którego rozpościerał się piękny widok: błękitne niebo, pogodne słońce, szeroka rzeka, a na wzgórzu obrosłym miękką trawą biały kościół z pozłacanymi kopułami.

Kobiety nagle zamilkły. Jedna z nich przeżegnała się.

O, zaraz wam opowiem pewną historię zaczęła jej towarzyszka. Chcecie, to wierzcie, nie chcecie nie wierzcie.

Zdarzyło się to kilka lat temu, na wiosnę. Mieszkam sama, dzieci brak, męża już dawno pochowałam. Nasza wioska niby mała, ale rozwleczona na dwa brzegi rzeki. Żeby dotrzeć do sklepu i na pocztę, trzeba dreptać przez mostek na drugą stronę. Tego dnia z samego rana zadzwonił mój brat mówi, iż jedzie służbowo i celowo nadrobi trasy, by do mnie wpaść. Nie widzieliśmy się z pięć lat, bo mieszka daleko.

Ucieszyłam się jak dziecko! Pomyślałam trzeba wyskoczyć do sklepu, kupić trochę mąki i cukru, upiec jakieś ciasto, godnie ugoszczić gościa. Wskoczyłam w kożuszek, choćby go nie zapięłam, tylko zarzuciłam, na nogi filcowe kapcie i biegiem nad rzekę.

Dobiegam, staję i myślę: Do mostu kawałek, a po lodzie bliżej będzie. Niby zrobiło się już cieplej, ale nocami jeszcze łapał mróz. Dalej siedzieli rybacy, nieopodal mostu no więc skoro oni, tacy konkretni chłopy, siedzą i się nie zapadają, to chyba i ja dam radę. Jestem mała, lekka, może się uda.

Ostrożnie schodzę do rzeki. Krok, drugi lód nie trzeszczy. Myślę, będzie dobrze. Rzeka w tym miejscu zawija, nie jest szeroka, to może szybciutko przelecę.

Uwierzcie lub nie, ja choćby od razu się nie zorientowałam, iż się zapadłam pod lód ciągnie dalej kobieta. Jakby mnie ktoś oblał zimnym rosołem, powietrze mi się wyrwało z piersi i tyle. Szarpię się do góry, a kożuch ściąga mnie na dno. Całe szczęście, iż go nie zapięłam! Zrzuciłam go w wodzie, to łatwiej mi było się wynurzyć. Strach jest taki, iż zrywasz się na krawędź lodu, a on z trzaskiem się łamie i znowu wpadasz pod wodę. Chciałam krzyczeć, ale głos uwiązł.

Widzę sąsiadka stoi na brzegu i się we mnie gapi. Rękę do góry podniosłam, macham jej, mając nadzieję, iż zawoła rybaków. A ona cofa się tyłem i sobie idzie! No to pięknie myślę po mnie. Utonę, brat przyjedzie, choćby nie znajdzie.

Ostatni zryw znów się lód załamuje. Nagle widzę jakiś mężczyzna biegnie do mnie. Dopiero co nikogo nie było, a tu wyskoczył jak spod ziemi. Jak mnie wypatrzył?

Kładzie się na brzuchu, wyciąga rękę, krzyczy:

No dawaj! Uda ci się!

Nie wiem, skąd nagle wzięłam siły. Ale zaraz lód pod nim też zaczyna trzeszczeć. Facet pognał do brzegu, wyrwał z ziemi młodą brzozę i znów przypełzł do mnie. Kładzie się, sunie tą brzozę po lodzie i krzyczy:

Chwytaj za pień! Za pień!

Chwyciłam za korzeń i on mnie jak rzepę z tej wody wyciągnął. Leżę na lodzie, łzy marzną. Pochyla się nade mną.

No, żywaś tam, kobieto? pyta.

Kiwnęłam głową, ale słowa nie mogłam wydusić.

To się ciesz, idź do domu, nic ci nie będzie.

Wytarłam łzy, stanęłam na nogi. Oglądam się a faceta już nie ma. Gdzie się podział? Przecież całą rzekę jak na dłoni widać, choćby do zakrętu kawał drogi, a ja widziałam, iż rybacy dopiero biegną.

Jeden rybak pomógł mi wrócić do domu. Przebrałam się, napiłam gorącej herbaty. Siedzę i rozważam nie ma co, do sklepu musi się jednak pójść.

Poszłam, przez most przeszłam na drugą stronę. Podchodzę pod sklep, a tu ta sąsiadka stoi u schodów. Patrzy na mnie jak na zjawę, żegna się.

To ty nie utonęłaś?!

A czemuś pomocy nie wołała? pytam ją z irytacją.

Bo pomyślałam, iż razem wpadniemy, a do rybaków i tak nie zdążę dobiec. No, jak już toniesz, to widocznie taki twój los. Ale nie ty się wykaraskałaś. To dobrze, iż szczęśliwie wyszło.

Brat zabawił u mnie tylko jeden dzień, nie opowiadałam mu nic o tym zdarzeniu. Jak wyjechał, przeszłam się po wsi, pytając, do kogo wczoraj mógł przyjechać ten facet bo na pewno nie nasz, nie stąd, i ubrany był dziwnie czy to płaszcz z kapturem, czy peleryna jakaś.

Wioska mała, obcych się zna choćby gości rodziny sąsiadów. Jego niby gdzieś już widziałam, ale nie mogłam skojarzyć gdzie. Ale nikt go nie widział, nikt nie słyszał, żeby ktoś przyjeżdżał.

Pojechałam do sąsiedniej miejscowości, do kościoła, postawić świeczkę za swoje ocalenie. Wchodzę i osłupiałam z obrazu spogląda na mnie dokładnie ten sam mężczyzna. To był święty Mikołaj! Uklękłam pod obrazem i popłakałam się ze wzruszenia. Potem długo jeszcze rozmawiałam z księdzem.

Ot, takie to cuda! I naprawdę, od tego dnia choćby lekko się nie przeziębiłam kończy pani swoją opowieść. Chcecie, to wierzcie, nie chcecie nie wierzcie.

Idź do oryginalnego materiału