Nie przeznaczenie… Pociąg sunął drugi dzień przez Polskę. Ludzie zdążyli się już poznać, wypić niejedną herbatę, rozwiązać kilka krzyżówek i zacząć rozmowy o życiu. Syndrom podróżnego w pociągu objawia się wyjątkowo silnie — opowieści, których nigdzie indziej się nie usłyszy. Siedziałam na bocznym siedzeniu, a w sąsiednim przedziale trzy starsze panie dzieliły się przepisami na ciasto i sposobami na robienie skarpetek na drutach. Pociąg wjechał na most, z którego rozpościerał się przepiękny widok: błękitne niebo, słoneczny dzień, szeroka Wisła z delikatnymi falami, a na wysokim, soczyście zielonym brzegu unosił się biały kościół z pozłacanymi kopułami. Panie zamilkły. Jedna z nich przeżegnała się. – Opowiem wam teraz historię – odezwała się jej towarzyszka. – Chcecie wierzcie, chcecie nie. Stało się to kilka lat temu, wiosną…

newsempire24.com 5 godzin temu

Nieprzypadkowość

…Pociąg sunął już drugi dzień. Wszyscy zdążyli się sobie przedstawić, podzielić kanapkami i wypić kilka herbat, rozwiązywać krzyżówki do utraty tchu. Rozmowy o życiu kleiły się coraz lepiej, bo właśnie w wagonach najłatwiej wyłapuje się ten dziwny syndrom towarzysza podróży ludzie otwierają się i opowiadają rzeczy, jakich nigdzie indziej nie usłyszysz.

Siedziałam z boku, a obok w przedziale trzy wiekowe sąsiadki wyciągały z głowy przepisy na ciasto i sposoby dziergania skarpet na drutach. Pociąg wtoczył się właśnie na most, z którego rozpościerał się widok zapierający dech czyste niebo, słońce przemykało się leniwie, szeroka rzeka falująca przy brzegu, a na wzgórzu rósł biały, kamienny kościół, którego złote kopuły błyszczały jak sny o dzieciństwie, których się nie pamięta.

Kobiety zamilkły. Jedna przeżegnała się nagle.

Opowiem wam zaraz historię powiedziała druga. Wierzcie lub nie, ale tak było.

Wydarzyło się to kilka lat temu, wiosną. Mieszkam sama, dzieci nie mam, mąż już dawno śpi pod polską ziemią. Moja wioska niewielka, ale podzieliła się nad Wisłą, a jedyny sklep i poczta są po drugiej stronie. Trzeba więc przejść mostem zniszczonym śmiechem dzieci. Tamtego ranka zadzwonił brat, iż przyjedzie służbowo, a specjalnie nadłoży drogi, by się u mnie zatrzymać. Nie widzieliśmy się od pięciu lat, bo mieszka daleko, jeszcze dalej niż księżyc od Ziemi.

Serce mi się rozhuśtało jak dzwon na niedzielę. Myślę sobie do sklepu polecę po mąkę i cukier, upiekę kołacz i przywitam gościa jak należy. Narzuciłam kożuszek na ramiona, choćby nie zapięłam, tylko opięłam rękami, włożyłam walonki i pędem wyskoczyłam z domu.

Dobiegłam do rzeki, patrzę: Most? To kawał drogi. Może przejdę po lodzie?. Chociaż już ciepło, nocami mroziło jeszcze. Na odległym brzegu siedzieli wędkarze męscy jak cienie w sennym lesie, z wędkami i sprzętem. Pomyślałam, skoro oni się nie łamią, to ja też przejdę. Jestem lekka, szybka uda się, jak w bajce.

Ostrożnie stąpnęłam na lód. Jeden krok, drugi nic nie pęka. Już czuję pierwsze zwycięstwo, bo rzeka tu ma zakręt, a przejście krótkie.

Uwierzcie lub nie, choćby nie od razu zrozumiałam, iż lód się pode mną załamał ciągnęła kobieta. Jakby mnie ogień przeszył, powietrze z piersi wyrwało się tylko w krótkim krzyku i już. Szarpię się w górę, a kożuszek ściąga mnie na dno. I dobrze, iż go nie zapięłam! W wodzie go zrzuciłam, łatwiej było się wynurzyć. Strasznie to jest, gdy trzymasz się lodu, a on chrzęści pode mną i znowu pod wodę. Krzyczeć nie mogę głos się zawiesił gdzieś na gałęzi.

Patrzę, a na brzegu sąsiadka. Wgapiona we mnie jak w zjawy. Uniosłam rękę, pomachałam, iż niech zawoła wędkarzy. A ona, jakby mnie nie widziała, odwróciła się i odeszła! No to po mnie pomyślałam ostatni moment. Szkoda, brat przyjedzie, a mnie tu nie znajdzie.

Ostatni raz spróbowałam lód się znowu łamie, i wtedy widzę biegnie ku mnie mężczyzna. Dopiero co go nie było, zjawił się jak z mgły. Jak mnie dojrzał, kto go tu przywiał?

Położył się na brzuchu, rękę wyciągnął, krzyczy:

No chodź! Dasz radę!

Nie wiem, skąd się we mnie wzięła siła. Ale wtedy pod nim lód też zaczął trzeszczeć. Pobiegł ku brzegowi, w oka mgnieniu wyrwał młodą brzozę i znowu wraca. Położył się na lodzie, podsunął mi drzewko.

Łapię się gałęzi nie mogę, bo zamarzły na lodzie, ślizgają się palce. On ściąga brzozę do siebie, obraca ją korzeniem w moją stronę. I znowu podsuwa, krzyczy:

Za korzeń łap się! Za korzeń!

Chwyciłam. I wyciągnął mnie jak rzepę z ogródka. Leżę na lodzie, łzy zamarzają. On pochyla się nade mną.

No i co, żyjesz, matulu? pyta.

Kiwam głową, mówić nie potrafię. On na to:

No, dzięki Bogu. Idź do domu, nic ci nie będzie, nie bój się.

Starłam łzy, podniosłam się. Obejrzałam nie ma go nigdzie. Dokąd odszedł? Rzeka na wylot widoczna, do zakrętu daleko. Pamiętam tylko, iż rybacy wtedy dopiero zaczęli biec w moją stronę.

Jeden z nich odprowadził mnie do domu. Przebrałam się, wypiłam gorącą herbatę. Ale co robić do sklepu trzeba.

Przeszłam przez most, weszłam do sklepu, a tam pod schodami stoi sąsiadka. Patrzy na mnie jak na umarłą, żegna się.

To ty nie utonęłaś?

A czemu pomocy nie zawołałaś? ja na to.

Bo pomyślałam, iż jak podejdę, to razem się zapadniemy, a do wędkarzy bym nie zdążyła. Utoniesz to taka twoja dola. Ale ty nie utonęłaś. Dobrze się wszystko skończyło.

Brat został tylko jeden dzień, nic mu nie powiedziałam. Kiedy wyjechał, zaczęłam chodzić po wsi, pytać do kogo przyjechał ten mężczyzna? Na pewno nie nasz, ubrany dziwnie, jak w pelerynę z kapturem czy jakiś płaszcz. Mamy wioskę małą, tu każdego gościa poznasz z kilometra. On wyglądał znajomo, ale nie pamiętam skąd.

Przyjechałam do sąsiedniej wsi, poszłam do kościoła, postawiłam świeczkę za uratowanie. I kiedy weszłam, aż mnie zamurowało. Z ikony na mnie patrzy mój wybawca, ten sam mężczyzna święty Mikołaj. Osunęłam się pod obrazem. Potem długo rozmawiałam z księdzem.

To są cuda. I naprawdę nie chorowałam. choćby przeziębiona od tamtego czasu nie byłam zakończyła starsza pani. Wierzcie lub niePrzedział zatrząsł się lekko na kolejowym zakręcie, a wszyscy milczeli jeszcze przez chwilę, jakby nie chcąc zniszczyć delikatnej nici, którą snuła opowieść. Jedna z kobiet przełknęła ślinę i niezdarnie poprawiła apaszkę.

Każdy chyba ma takiego swojego świętego odezwała się z zadumą druga. Tylko czasem go nie poznaje, bo życie pędzi jak ten pociąg, co zaraz minie stację przeznaczenia.

Stary zegar na ścianie wagonu zadzwonił cienkim głosem, jakby przytakiwał. Za oknem kościół zniknął za linią lasu, a rzeka rozlanej pamięci zlała się z niebem.

Pasażerowie odetchnęli cicho. Starsza pani zerknęła przez szybę, uśmiechając się do samej siebie, a potem do nas wszystkich już nie obcych, ale na kilka chwil właśnie rodzinnych towarzyszy tej podróży.

W ciszy rozległ się stukot kół, prosto przez ciała, aż do serc, bo przecież niespodziewani wybawcy pojawiają się wtedy, gdy najmniej ich wyczekujemy. I czasem właśnie w drodze najbardziej rozumiemy, co naprawdę jest nieprzypadkowe.

Gdzieś daleko zabrzmiał dzwon kościoła, a w przedziale zapanowało to wyjątkowe uczucie iż nigdy nie jesteśmy zupełnie sami, choćby jeżeli wokół tylko obce twarze i szum pociągu.

Idź do oryginalnego materiału