Pamiętasz, jak kiedyś w młodości wpadłaś na ten hałaśliwy jarmark w Krakowie? Cyganka o oczach jak nocny bezkres chwyciła Cię za rękę i zaśpiewała:
Kochana, czeka cię słoneczna kraina, gdzie woda pachnie morzem i winogronami.
A Ty, śmiejąc się, odpowiedziałaś:
Bzdury! Nie opuszczę nigdy mojego miasta!
Tak minęło kilka lat małżeństwo z miłością, narodziny córeczki Jagody, plany o drugim dziecku. Zanim jednak podjęłaś pracę, żeby nie stracić umiejętności, myślałaś: Pracuję pięć, sześć lat, a potem może spróbuję zostać mamą.
Wszystko się zmieniło, kiedy dostałaś delegację. Zadzwoniła sąsiadka, pielęgniarka:
Jasiu, twojego męża przywieźli do szpitala! Karetka przyjechała pod nieznany adres po drugiej stronie ulicy.
Nikt nie wie, gdzie chowają się rodzinne tajemnice. Powrót do domu był jak kiepski thriller. Już pierwszego wieczoru
Jedziesz do szpitala, serce wali w gardle. Mąż blady, z opatrunkiem na ręce, unika Twojego wzroku.
Skąd cię zabrali? zapytałaś cicho.
Milczenie mówiło więcej niż słowa. Okazało się, iż w tej kamienicy mieszka samotna kobieta, koleżanka Twojego męża, której przyjaźń trwa już ponad rok.
Każdy ma swój charakter. Jedni zamykają oczy, inni wywołują kłótnie, potem zaciśnięci zębami podają zmiennikowi talerz zupy. Ty jednak byłaś inna. Nie czekałaś na męża w szpitalu, bo miałeś kogo przytulić.
Spakowałaś najpotrzebniejsze rzeczy do starej walizki, wzięłaś przerażoną Jagodkę za rękę i wyszłaś z mieszkania, nie odwracając się.
Zaczynamy nowy rozdział, córeczko szepnęłaś, ściskając małą dłoń.
Mama przyjęła Was na jakiś czas, potem rozwiodłaś się, podzieliłaś metraż z byłym i wzięłaś kredyt hipoteczny. Żyłaś na autopilocie, starając się zapewnić sobie i córce przyszłość.
Po latach, wykołowana pracą i samotnością, poleciałaś do Włoch, do przytulnego domu przyjaciółki mamy, Olgierdej, zaledwie godzinę drogi od Rzymu. Długo się pakowałaś, szczerzyłaś się, iż nie stać Cię na wakacje, a potem nagle kupiłaś bilety stało się nie do zniesienia. Miałeś nadzieję, iż włoskie słońce rozpuści lód w Twojej duszy.
Olgierd, słuchając Twoich gorzkich wyznań Już nigdy nie nauczę się ufać, Miłości już dla mnie nie ma nie wytrzymał. Po cichu zadzwonił do właściciela lokalnej winnicy:
Giovanni, znajdź mi Łukasza, natychmiast! Powiedz, iż mam dla niego narzeczoną.
Twoje myśli nie były romantyczne. Leżałaś już w miękkim szlafroku, czytałaś książkę, by odgonić smutki. Na dworze panowała ciemna, południowa noc.
Nagle pukał w drzwi. Po minutę do Twojej sypialni wpadła Olgierd, promieniując:
Lena, wstawaj! Twój narzeczony już jest!
Co za brednie? rozbawiłaś się, ale włożyłaś szlafrok i wyszłaś do salonu.
Na progu stał on wysoki, z siwą kreską przy skroniach i rozbawionymi oczami. Łukasz trzymał kask, a za nim przy ścianie stał podniszczony motocykl. Przejechał dwadzieścia kilometrów po górskich serpentynach pod gwiazdami, żeby zobaczyć nieznajomą.
Olgierd mówiła jesteś rosyjską księżniczką? wymamrotał po łamanym angielsku, z akcentem jak melodia.
Zaskoczona wyciągnęłaś rękę na przybicie. Łukasz jednak objął Cię ciepłymi, dużymi dłońmi i nie puścił. Usiedliście razem na kanapie, trzymając się za ręce. Nie znał angielskiego, Ty nie znałaś włoskiego, ale gesty, uśmiechy i spojrzenia stworzyły szybki, porywający dialog, a Olgierd, uśmiechnięty, odszedł, zostawiając was przy nowym cudzie.
Rankiem Łukasz odjechał na swoim stalowym rumaku. Później dowiedziałaś się, iż jego życie przed tą nocą było pasmem niepowodzeń dwa nieudane małżeństwa, brak dzieci, brak domu. Mieszkał w małym mieszkaniu nad garażem brata i prawie przestał wierzyć w szczęście.
Dziesięć dni przed wyjazdem ustaliliście wszystko. Wrócę odpowiedziałaś, gdy zaproponował wspólne życie.
Następne miesiące w Polsce były szaleństwem: zwolnienie z pracy, pakowanie, trudne rozmowy z rodziną, która nie rozumiała Twojej szaleństwa. Telefon codziennie eksplodował od wiadomości.
Moje słońce, co słychać? Tęsknię. Łukaszu.
Nasze nowe okno wychodzi na oliwkowy gaj. Twój pokój czeka. Twój Łukasz.
Nie przeszkadzał mu siedmioletni różnica wieku (byłaś starsza) ani dwunastoletnia córka, którą miał pokochać.
Pewnego popołudnia, siedząc na tarasie nowego domu, zalanym słońcem, objąłeś ją ramieniem i zapytałeś:
Łukaszu, dlaczego od razu uwierzyłeś w nas? Dlaczego nie bałeś się?
Odwrócił się i w jego oczach odbijało się morze Toskanii:
Stary winiarz kiedyś powiedział, iż spotkam kobietę ze wschodu, z duszą burzliwą i sercem szukającym spokoju. Powiedział, iż przyniesie mi szczęście, które całe życie pielęgnuję w winnicach, a nie mogę go znaleźć. To jesteś ty, Lena.
I co? szepnęłaś, czując łzy. Czy w końcu znalazłeś to szczęście?
Nie odpowiedział. Po prostu przyciągnął Cię do siebie i pocałował, jakby to był nasz jedyny i ostatni pocałunek. Potem, z promiennym uśmiechem, rzekł:
Ona sama mnie znalazła! Jestem szczęśliwy po uszy.
I życie naprawdę się ułożyło. Znalazłaś świetną pracę, wzięliście kredyt na domek z widokiem na wzgórza. Łukasz pokochał Twoją pasierbicę Jagodę, która z zapałem uczy się włoskiego. Rano przynosi Ci do łóżka kawę z cynamonem, wieczorami dom wypełnia zapach domowej pasty, którą gotuje jakby był mistrzem. Jego miłość widać w bukietach dzikich kwiatów na stole, w delikatnych dotykach, w troskliwym spojrzeniu, którym budzisz go każdego ranka.
Rozkwitłaś, Lena. Nie wierzyłaś długo, iż wspólne szczęście istnieje. Teraz wiesz: szczęście nie jest mitem. naprawdę wędruje po świecie i upartym krokiem szuka drugiej połówki. Gdy je znajdzie, łączy ich tak mocno, iż żadne burze już ich nie przerażają.









