„Nie patrz na mnie tak! Nie potrzebuję tego dziecka. Weź to!” – rzuciła mi nieznajoma kobieta chustę do noszenia dzieci. Nie miałem pojęcia, co się dzieje.

twojacena.pl 3 godzin temu

Pamiętam, jak nieznajoma kobieta rzuciła mi nosidełko w dłonie i wykrzyknęła: Nie patrz na mnie tak! Nie chcę tego dziecka, jeżeli nie będzie ze mną. Weź je stąd! niczym szalona, palcem wskazując w stronę mojego męża. Stałam tam, nie pojęta, co się dzieje.

Mój mąż, Jan Nowak, i ja, Maria Kowalska, prowadziliśmy życie w zgodzie. Nigdy nie spieraliśmy się ostro, a ja starałam się być dobrą żoną i gospodynią. Połączyliśmy losy na Uniwersytecie Jagiellońskim, a niedługo potem przyszły nam na świat bliźniaczki Zofia i Helena. Gdy rosły, otworzyliśmy mały warsztat w Krakowie, w którym Jan zajmował się produkcją, a ja pomagałam okazjonalnie, bo priorytetem były dzieci i dom. Najbardziej cieszyło mnie gotowanie pierogi, bigos, placki ziemniaczane a Jan zawsze czekał na weekendowe śniadanie pod gwiazdami.

Nie zwracałam uwagi, co Jan robi poza domem. Nie sądziłam, iż mógł mnie zdradzić. Ostatni rok był jednak trudny: firma nie przynosiła zysków, oszczędzaliśmy każdy grosz, a Jan musiał podróżować po całej Polsce, podpisując nowe umowy kupna. Dzieci uczęszczały do pierwszej klasy, więc byłam z nimi w domu.

Pewnego popołudnia, wracając z pracy, zatrzymał nas piękny samochód. Z niego wyszła nieznajoma kobieta, podeszła do mnie i wcisnęła w moje ręce nosidełko. Nie patrz na mnie tak! Nie chcę tego dziecka, jeżeli nie będzie ze mną! Weź je! krzyczała, wskazując na Jana. Stałam nieruchomo, nie rozumiejąc, co się dzieje. Obiecałaś zostawić go i być ze mną! jeżeli tego nie zrobisz, nie chcę tego dziecka! wykrzyczała, po czym odwróciła się na wysokich obcasach i odeszła.

Po kilku minutach zrozumiałam, iż trzymam w rękach nosidełko. Nie pytałam Jana, bo jego wyraz twarzy mówił wszystko wiedziałem, kim była i iż serce mu pękało. Milcząco weszliśmy do mieszkania, gdzie w przewijaku leżał chłopiec nie starszy niż dwa tygodnie.

Zabierz dzieci ze szkoły i kup wszystko, co napiszę, na tego malucha powiedział Jan, skinął głową. Od tamtej chwili minęło osiemnaście lat. Znajomi potępiali mnie, nie rozumiejąc, dlaczego wychowuję dziecko nie moje, gdy już mam dwie córki. Nie pytałam Jana o tę kobietę. Wychowałam chłopca jak własnego syna. Zosia i Helena cieszyły się, iż mają młodszego brata. Nie ukrywaliśmy prawdy przed nim, a gdy dorósł, wyjaśniliśmy całą historię. Ku naszemu zdumieniu przyjął to spokojnie i nie pytał o swoją prawdziwą matkę. Byłam szczęśliwa mieliśmy troje cudownych dzieci, które nas kochały. Relacje z Janem nieco się pogorszyły, ale on usiłował je naprawić, jak tylko mógł.

Z okazji osiemnastego urodzin syna, Michała, postanowiliśmy świętować w gronie rodziny. Córki, już zamężne, przyjechały ze swoimi mężami. Gdy mieliśmy usiąść przy stole, zadzwonił dzwonek. Nie spodziewaliśmy się gości, więc poczułam niepokój. Coś dręczyło mnie od rana i okazało się, iż miałam rację. Na korytarzu stała szczupła kobieta, przypominająca tę, co oddała mi dziecko. Chcę porozmawiać z moim synem! odezwała się. Tu nie ma twojego syna! odparliśmy jednocześnie, Jan i ja.

Michał zamknął drzwi przed nieznajomą, zaprosił wszystkich do stołu i w moich oczach pojawiły się łzy. Byłam wdzięczna losowi, iż mam tak wspaniałego syna, choć nie jest moim biologicznym dzieckiem.

Idź do oryginalnego materiału