A ty nie musisz siadać do stołu. Powinnaś nam podawać! oznajmiła teściowa.
Stałam przy kuchence w ciszy poranka cała w pogniecionej piżamie, z włosami związanymi byle jak. W powietrzu unosił się zapach świeżo palonej kawy i tostów.
Na stołku obok stołu siedziała moja siedmioletnia córka, Lena, i z nosem wtulonym w blok rysunkowy z zapałem bazgrała kolorowe esy-floresy flamastrem.
Znów te twoje dietetyczne bułki? rozległ się za mną głos.
Podskoczyłam.
W drzwiach stała teściowa mina jak z granitu, ton nieznoszący sprzeciwu. Szlafrok porządnie zawiązany, włosy zaplecione w ciasny kok, usta zaciśnięte jak słoik ogórków.
A ja, tak w ogóle, wczoraj na obiad zjadłam co się nawinęło! ciągnęła dalej, trzaskając ściereczką o blat stołu. Ani zupy, ani porządnego jedzenia. Potrafisz zrobić jajka? Takie normalne, a nie te twoje nowoczesne pomysły!
Wyłączyłam kuchenkę i zajrzałam do lodówki.
We mnie zacisnęła się spirala złości, ale przełknęłam ją. Nie przy dziecku. No i nie na terytorium, gdzie każdy centymetr ściany jakby wypluwał: Jesteś tu tylko na chwilę.
Zaraz będą wycedziłam i odwróciłam się, żeby nie zdradzić drżącego głosu.
Lena nie odrywała wzroku od flamastrów, ale ukradkiem zerkając na babcię cichutko, podskórnie czujna.
Przeprowadzka do mamusi
Kiedy mąż, Wojtek, zaproponował, żebyśmy wprowadzili się do jego mamy, brzmiało to całkiem sensownie.
Zamieszkamy u niej tylko na chwilę. Maksymalnie dwa miesiące. Blisko do pracy, zaraz nam dadzą kredyt. Mama nie ma nic przeciwko.
Zawahałam się. Nie dlatego, iż byłam skonfliktowana z teściową. Skąd! Utrzymywałyśmy wzorowe, polsko-uprzejme stosunki. Ale znałam prawdę dwie dorosłe kobiety w jednej kuchni to jak pas drogowy w Warszawie w godzinach szczytu zaraz coś wybuchnie.
A teściowa miała prawdziwą obsesję na punkcie porządku, kontroli i moralnych osądów.
Ale nie było za bardzo wyboru.
Stare mieszkanie sprzedaliśmy w trzy dni, nowe choćby jeszcze nie widziało tynku. Więc całą trójką trafiliśmy do jej dwupokojowego mieszkania.
Tylko na chwilę.
Kontrola weszła nam w krew
Pierwsze dni minęły spokojnie. Była uprzejma aż do przesady, choćby dostawiła dziecięcy stołek i częstowała szarlotką.
Ale już trzeciego dnia pojawiły się zasady.
W moim domu jest porządek oświadczyła przy śniadaniu. Pobudka o ósmej. Buty do szafki. Zakupy konsultować. I ciszej z tym telewizorem, bo mam wrażliwy słuch.
Wojtek machnął ręką i się uśmiechnął:
Mamo, to tylko na chwilę. Wytrzymamy.
Przytaknęłam, dusząc replikę.
Słowo wytrzymamy zaczęło mi brzmieć w głowie jak wyrok.
Zaczęłam znikać
Minął tydzień. Potem jeszcze jeden.
Reżim się nasilał.
Teściowa zdjęła rysunki Leny ze stołu:
Przeszkadzają.
Sprzątnęła moją ulubioną kraciastą serwetę:
Niepraktyczna.
Moje płatki kukurydziane przepadły z półki:
Leżały zbyt długo, musiały się zepsuć.
Szampon wyniosła do szafki:
Niech mi się nie plątają pod nogami.
Czułam się nie jak gość, a raczej jak cień, który nie ma prawa głosu.
Moje jedzenie dziwactwo.
Moje nawyki zbędne.
Moje dziecko za głośne.
A Wojtek powtarzał tylko:
Daj spokój. To mieszkanie mamy. Zawsze taka była.
Ja dzień po dniu siebie traciłam.
Coraz mniej było ze mnie tej spokojnej, stanowczej kobiety.
Teraz tylko niekończące się dostosowania i milczenie.
Życie według cudzych zasad
Codziennie wstawałam o szóstej, żeby zdążyć do łazienki przed teściową, nastawić owsiankę, wyprawić dziecko cała strategia unikania babcinego gniewu.
Wieczorami robiłam dwie kolacje.
Jedną dla naszej trójki.
Drugą po bożemu dla niej.
Bez cebuli.
Potem z cebulą.
Potem tylko w jej garnku.
Potem wyłącznie na jej patelni.
Przepraszam, ja naprawdę nie chcę dużo wzdychała z wyrzutem. Tylko po ludzku. Tak jak trzeba.
Dzień, w którym wszyscy byli świadkami upokorzenia
Pewnego ranka zdążyłam wypłukać twarz i nastawić czajnik, gdy do kuchni wmaszerowała teściowa jakby to była jej siedziba królewska.
Dzisiaj przychodzą moje koleżanki. O czternastej. Ty jesteś w domu, więc przygotujesz stół. Ogóreczki, sałatka, coś do herbaty tylko tak, po prostu.
Po prostu u niej znaczyło: uczta dla plutonu wojska.
A nie wiedziałam. Nie mam produktów
Pójdziesz na zakupy. Zrobiłam ci listę. Nic trudnego.
Ubrałam się i pobiegłam do sklepu.
Kupiłam wszystko:
kurczaka, ziemniaki, koperek, jabłka na szarlotkę, herbatniki
Wróciłam. Gotowałam bez wytchnienia.
Na czternastą stół uginał się od jedzenia:
kurczak upieczony, sałatka świeża, szarlotka złocista.
Przyszły trzy emerytki każda w lekkiej trwałej i z nutą perfum, których już od lat nie ma na półkach.
Pierwsza minuta i już wszystko jasne: nie jestem w towarzystwie.
Jestem obsługą.
No chodź usiądź tu z nami uśmiechnęła się teściowa. Ale żebyś nam podawała.
Mam podawać? powtórzyłam.
Co się tak dziwisz? My już wiekowe. Dla ciebie to nic trudnego.
No i znowu:
z tacą, z łyżkami, z chlebem.
Podaj herbatę.
Dosyp cukru.
Sałatka się skończyła.
Kurczak wyszedł trochę za suchy burknęła jedna z pań.
Szarlotka przepieczona dodała druga.
Zaciskałam zęby. Uśmiechałam się. Zbierałam talerze. Dolewałam herbaty.
Nikt nie pytał, czy chcę usiąść.
Albo chociaż odetchnąć.
Jak to dobrze, iż jest młoda gospodyni! rzuciła teściowa udając serdeczność. Wszystko się na niej trzyma!
I wtedy coś we mnie pękło.
Wieczorem powiedziałam prawdę
Gdy goście wyszły, umyłam wszystkie naczynia, pochowałam resztki, wyprałam obrus.
Usiadłam na końcu kanapy z pustą filiżanką w dłoni.
Na dworze zapadał zmrok.
Lena spała skulona jak jeż.
Wojtek, jak zwykle, wgapiony w telefon.
Słuchaj zaczęłam cicho, ale stanowczo. Ja tak dłużej nie dam rady.
Uniósł wzrok, wyraźnie zaskoczony.
My tu mieszkamy, jakbyśmy byli obcy. Czuję się tu jak służąca. A ty ty to widzisz?
Nie odpowiedział.
To nie jest dom. To życie, w którym ciągle się dostosowuję i milczę. Jestem tu z dzieckiem. Nie chcę już ciągnąć tego miesiącami. Mam dość bycia wygodną i niewidzialną.
Kiwnął głową powoli.
Rozumiem Wybacz, iż nie dostrzegłem tego wcześniej. Poszukamy mieszkania. Wynajmiemy choćby klitkę, ważne, iż będzie nasze.
I już tej samej nocy zaczęliśmy szukać.
Nasz dom choćby i mały
Mieszkanie było malutkie. Właściciel zostawił stare meble. Linoleum skrzypiało.
Ale kiedy przekroczyłam próg poczułam, jakby wrócił mi głos.
No, jesteśmy westchnął Wojtek, odkładając torby.
Teściowa nie powiedziała ani słowa. choćby nie starała się nas zatrzymać.
Nie wiem, czy się obraziła, czy zrozumiała, iż przesadziła.
Minął tydzień.
Poranki zaczęły się od muzyki.
Lena rysowała na dywanie.
Wojtek nastawiał kawę.
A ja patrzyłam na nich i się uśmiechałam.
Bez napięcia.
Bez pośpiechu.
Bez wytrzymasz.
Dziękuję ci powiedział pewnego ranka, przytulając mnie. Za to, iż nie przemilczałaś.
Spojrzałam mu w oczy:
Dzięki, iż mnie usłyszałeś.
Teraz nasze życie dalekie było od ideału.
Ale to był nasz dom.
Z naszymi zasadami.
Z naszym hałasem.
Z naszym chaosem.
I to było prawdziwe.
A ty jak myślisz: na miejscu tej kobiety, wytrzymałabyś na chwilę, czy zwiała już w pierwszym tygodniu?












