Pani Walentyno, czy może pani pilnować chłopców? Czy możemy na panią liczyć? Jadwiga błagalnie patrzy na teściową.
Walentyna uśmiecha się, spoglądając na wnuków siedmioletniego Artura i pięcioletniego Dymka, którzy już zrzucają buty przy drzwiach.
Oczywiście, Jadziu. Nie martw się. Będziemy się świetnie bawić.
Jadwiga kiwa głową, całuje synów w czapki i wychodzi. Walentyna przeciera siwe włosy zebrane w kok i zwraca się do wnuków. Artur ciągnie Dymka do pokoju, w którym stoi telewizor.
Babciu, można obejrzeć bajki? krzyczy młodszy.
Można, kochanie. Najpierw ręce umyjcie i jedzcie. Upiekłam naleśniki, wasze ulubione, z twarogiem.
Chłopcy radośnie podskakują i biegną do łazienki. Walentyna przechodzi do kuchni, gdzie na kuchence leży talerz złocistych naleśników. Gotowanie dla wnuków daje jej poczucie przydatności i znaczenia. Po przejściu na emeryturę trzy lata temu często przyjmowała chłopców, kiedy Jadwiga i Paweł pracowali lub mieli własne sprawy.
Rozkładając jedzenie, Walentyna przypomina sobie wczorajszą rozmowę telefoniczną z przyjaciółką Bogną. Bogna przeprowadziła się cztery lata temu do Gdańska, bliżej morza, a warszawskie mieszkanie zostawiła córce Alicji. Walentyna nie przepada za Alicją dziewczyna wyrosła kapryśna, rozpuszczona. Ma dwadzieścia dwa lata, pracuje jako blogerka lub coś podobnego w internecie, zarabia przyzwoicie, co widać po drogich ciuchach i częstych wyjazdach za granicę.
Babciu, jest śmietana? zagląda Artur do kuchni.
W lodówce, słoneczko. Sam ją wyciągniesz, czy pomogę?
Sam! dumnie otwiera lodówkę.
Jedzą naleśniki z obficie posmarowaną śmietaną, a Walentyna opowiada o jesiennym lesie i o tym, jak w dzieciństwie szła z dziadkiem po grzyby. Dymek słucha otwartą buzią, Artur zadaje pytania. Po śniadaniu wnukowie uciekają po bajki, a Walentyna zabiera się za mycie naczyń.
Dzwoni telefon. To Bogna.
Walencjo, cześć! Jadę do Warszawy na trzy dni. Przyjdź jutro do Alicji, pogadamy, pośmiejemy się. Tęsknię mocno!
Walentyna cieszy się nie widziała przyjaciółki od roku, rozmawiały tylko wideo.
Boganko, chętnie, ale mam wnuki w gościach. Jadwiga zostawiła ich na weekend.
Weź ich ze sobą! Mieszkanie duże, każdy znajdzie miejsce.
Walentyna rozważa. Z jednej strony bardzo chciałaby zobaczyć przyjaciółkę, z drugiej nie chce ciągnąć dzieci w podróż.
Dobrze zgadza się w końcu. Powiem im, żeby zachowali się przyzwoicie.
Następnego dnia ubiera wnuki w ładniejsze ubrania Artura w niebieski sweter z samochodzikiem, Dymka w zieloną bluzę z dinozaurem. Sama narzuca najcieńszy płaszcz w kolorze kawy z mlekiem, który trzymała na specjalne okazje.
Chłopcy, jedziemy do przyjaciółki. Tam mieszka jej córka, pani Alicja. Ma dużo drogich rzeczy, więc nie dotykajcie niczego bez pozwolenia, dobrze?
Dobrze, babciu! wołają jednocześnie.
Mieszkanie wita ich zapachem drogich perfum i bielą ścian. Bogna przytula przyjaciółkę, całuje w oba policzki. Wygląda szczuplej, opalona południowe słońce jej bardzo przydaje.
Boże, Walencjo, jesteś świetna, iż przyjechałaś! Wejdźcie, wejdźcie. Alicja właśnie ma jakieś sprawy.
Wchodzą do kuchni ogromnej, z wyspą na środku i krzesłami barowymi. Wnukowie przytulają się do Walentyny, rozglądając się wokół. Wszystko wydaje się kruche i kosztowne szklana zastawa, ceramiczne wazony, biała sprzętowa technika.
Chłopcy, oto sok i ciastka kładzie Bogna na stole. Możecie w salonie obejrzeć telewizję, jest kablówka, mnóstwo kanałów dla dzieci.
Artur i Dymek wymieniają spojrzenia, biorą po szklance soku i ruszają do wskazanego pokoju. Walentyna patrzy im w oczy.
Nie martw się, tam nic nie zepsujesz macha ręką Bogna. Opowiedz, co u ciebie.
Kobiety rozmawiają o zdrowiu, rodzinie i cenach. Bogna narzeka, iż w Gdańsku latem jest zbyt gorąco, Walentyna mówi, iż kolano boli przy deszczu. To zwykłe rozmowy kobiet po sześćdziesiątce.
Nagle z pokoju dobiegł huk, a zaraz potem przerażony płacz Dymka. Walentyna podskakuje, przewracając kubek z herbatą. Biegnie do salonu i zatrzymuje się. Na podłodze leży laptop cienki, srebrny, z połamanym na pół ekranem. Artur stoi blady jak kreda, Dymek ryczy, ocierając łzy po policzkach.
Chcieliśmy włączyć bajki zaczepia Artur. Leżał na kanapie, pomyśleliśmy, iż możemy go użyć
W tym momencie wchodzi Alicja. Widząc laptop, twarz jej zamiera z wściekłości.
Co się stało?! To mój komputer MacBook! Wszystkie moje projekty!
Alicjo, uspokój się, dzieci nie zrobiły tego celowo Bogna próbuje stanąć między córką a przerażonymi chłopcami.
Celowo? Nie obchodzi mnie to! To najnowszy model, kupiłam go miesiąc temu za dwieście pięćdziesiąt tysięcy zł! Dwie! Pięćdziesiąt! Tysięcy!
Alicja krzyczy tak, iż Walentynie zaczyna zwijać uszy. Dymek przytula się do babci, płacząc. Artur opuszcza głowę, chowając łzy.
Pokryję szkodę szepcze Walentyna. Przepraszam, proszę. Dzieci nie chciały niczego złego.
Pokryjesz? Naprawdę? Alicja patrzy na nią z pogardą od stóp po głowę. A kiedy? Mam czekać dziesięć lat, aż z emerytury po pięć tysięcy wypłacisz?
Alicjo, przestań! próbuje Bogna, ale Alicja odwraca się do niej.
To ty przestań! Przyniosłaś tu tych małych wandali! Mam terminy, a teraz wszystko zniszczone!
Walentyna obejmuje wnuki, przyciska je do siebie.
Idziemy mówi, zachowując godność. Przeleję pieniądze, jak tylko będę mogła. Podaj numer konta.
Alicja wzdycha, podaje numer. Walentyna zapisuje cyfry w telefonie drżącymi palcami. Bogna odprowadza ich do drzwi, szepcząc na pożegnanie:
Nie gniewaj się, Walu. Ona jest po prostu spięta, praca trudna.
Walentyna kiwa głową, choć wewnątrz pali ją wstyd i gniew. W metrze wnukowie milczą, przytuleni po obu stronach. W domu podaje im zupę, kładzie spać.
Wieczorem przychodzą dzieci. Walentyna, zbierając odwagę, opowiada o wydarzeniu.
Dwieście pięćdziesiąt tysięcy zł powtarza, patrząc na synową. Jadźko, może pomożesz przynajmniej częściowo? Rozumiem, iż dzieci się zachowały, ale
Jadwiga słucha, wmawiając usta. Jej piękna twarz z idealnym makijażem pozostaje nieprzenikniona.
Pani Walentyno, jest pani dorosła. jeżeli przyjmuje się odpowiedzialność za dzieci, proszę być dobrą. Nie pilnowała pani wnuków i płaci pani.
Słowa synowej wbijają się głęboko. Walentyna przerzuca wzrok na syna, który cicho zakłada buty dzieciom.
Paweł
Mamo, Jadwiga ma rację nie podnosi wzroku. Powinnaś bardziej pilnować chłopców. To twoja wina.
Rodzina, najbliżsi, krótko żegnają się i odchodzą.
Walentyna idzie powoli do kuchni, siada przy stole. Emerytura dziewiętnaście tysięcy zł. Media siedem. Na jedzenie, leki osiem. Zostały cztery tysiące, które zwykle odkładała na prezenty wnukom, na ich urodziny.
Kredyt. Nie ma innego wyjścia.
W banku młoda konsultantka przytakuje współczująco, wypełniając dokumenty. Oprocentowanie smocze, wypłaty dwanaście tysięcy miesięcznie przez trzy lata. To ponad połowę emerytury.
Walentyna wysyła Alicji pieniądze tego samego dnia. Alicja nie dziękuje, jedynie odsyła emotikonę z podniesionym kciukiem.
Mija miesiąc. Wnukowie już nie przyjeżdżają. Walentyna dzwoni do syna, ale on odpowiada krótko praca, brak czasu, dzieci w przedszkolu. Potem przyznaje, iż już nie chcą jeździć do babci, bo nie może im kupować prezentów i gotować pyszne jedzenie.
Na urodziny Artura kupiła tylko tani zestaw klocków. Jadwiga przyjmuje prezent, patrząc, jakby to był coś nieprzyzwoitego.
Dziękujemy, Pani Walentyno. Kupiliśmy mu konsolę, więc
Bogna przestała odbierać telefony. Po dwóch tygodniach wysyła wiadomość: Walu, przepraszam, ale z twojej winy pokłóciłam się z Alicją. Teraz nie rozmawia ze mną, mówi, iż to mój błąd, iż ją zaprosiłam. Lepiej na razie nie kontaktujmy się.
Walentyna siedzi w małej kuchni, patrząc w ekran telefonu. Na stole leżą rachunki za prąd, gaz, remont. I umowa kredytowa. W lodówce karton mleka, chleb, trochę kaszy gryczanej. Do emerytury został tydzień.
Sąsiadka Nina Iwanowna wchodzi po sól, widzi Walentynę i zaskakuje się.
Walencjo, dlaczego taka blada? Chorujesz?
Nie, wszystko w porządku. Po prostu zmęczona.
A wnukowie? Dawno ich nie widziałam u ciebie.
Wnukowie wszystko w porządku. Rosną.
Nina odchodzi, a Walentyna zostaje w przyciemnionej kuchni. Nie włącza światła oszczędza. Za ścianą gra telewizor, dzieci się śmieją. Ona siedzi sama, niepotrzebna.
Jeszcze kiedyś była potrzebna karmiła wnuki, pomagała na działce, przychodziła na przedszkolny występ, gdy rodzice nie mogli. A teraz? Gdy przestała być wygodna, natychmiast przestała być potrzebna.











