Natalia i Zbyszek byli razem grubo ponad pięć lat, a ich wspólne życie było raczej z tych mniej luksusowych. Zbyszek zarabiał tyle, co kot napłakał praca w fabryce, norma wyrobiona, ale kokosów w portfelu nie przybywało. Natalia, marzycielka z krwi i kości, zawsze miała głowę pełną planów na życie jak z reklamy: szampan, jachty i zakupy w galeriach na Zachodzie.
No i rzec trzeba, szczęście w końcu do niej się uśmiechnęło, choć na krótką metę wypatrzył ją pewien Wojciech, biznesmen spod Warszawy, co portfel miał grubszy od instrukcji obsługi PKP. Opowiadał jej cuda, gruszki na wierzbie i obiecywał złote góry dosłownie i w przenośni! Natalia dała się wkręcić w ten cyrk, zostawiła Zbyszka samego jak palec i ruszyła na podbój “warszawki”.
Zbyszek przeżywał dramat, jakby ktoś mu mecz Polska-Brazylia odwołał. Utykał się u nóg Natalii, błagał, proponował cuda niewidy: “Natalka, ja przecież mogę zmienić robotę, będę orał dzień i noc, bylebyś tylko została!” powtarzał z nadzieją jak student czekający na ostatni autobus.
Ale gdzie tam! Dla Natalii światło świata zapłonęło w innej galaktyce: wyobrażała już sobie białe jachty na Mazurach, torebki od projektantów i weekendy w Mediolanie. Ani przysięgi, ani łzy Zbyszka nie zatrzymały żądnej luksusu żony.
Pięć lat minęło jak z bicza strzelił. Natalia zbliżała się do trzydziestki, a Wojciecha już nie bawiła jej obecność miał teraz wokół siebie stado młodych, wygimnastykowanych “instagramerek”. Poinformował ją stanowczo, iż jej humory i wymagania można już wyrzucić na śmietnik historii, bo już mu nie pasują.
Szybko się okazało, iż Natalia nie nadaje się do życia na własną rękę nigdy nie musiała pracować, większego wysiłku nie wykonała od czasów WF-u w liceum, a w Warszawie rachunki same się nie zapłacą. Obmyśliła więc genialny plan: wrócę do Zbyszka przecież tak kochał, iż pewnie codziennie świeczki do Matki Boskiej za mnie palił.
Zadzwoniła domofonem i… drzwi otworzyła jej nieznana kobieta, trzymająca na rękach słodką blondyneczkę.
Zosiu, ile razy mam mówić, nie otwieraj drzwi obcym! zganiła córeczkę kobieta, po czym zwróciła się do Natalii Kogo pani szuka?
Natalia z baranim wzrokiem gapi się na próg i wyduka: Szukam Zbyszka… mieszka tu jeszcze?
Zza pleców wysunął się Zbyszek, ten sam co dawniej, ale wyraźnie szczęśliwszy i jakby z mniejszymi worami pod oczami.
Natalia?! wydusił, nie kryjąc zaskoczenia. Olu, kochanie, idź z Marysią do kuchni, muszę chwilę porozmawiać.
Kim ona była? wypaliła Natalia, gdy Ola z córką zniknęły w korytarzu.
Moja żona Ola, a tamto to nasza córka, Marysia oznajmił dumnie Zbyszek.
Natalia poczuła się, jakby dostała obuchem w łeb.
Masz żonę? Dziecko? Przecież przysięgałeś mi miłość do końca świata!
Cóż… minęło pięć lat. Tyle łez wylałem po twoim odejściu, iż Wisła mogłaby wystąpić z brzegów. Ale życie nie kończy się na jednej dramie. Poznałem Olę to Ona nauczyła mnie, jak można znów być szczęśliwym. Marysia to nasza duma.
A ja? jęknęła Natalia.
Zbyszek rozłożył ręce:
Nie było cię pięć lat, nie interesowało cię, czy sobie radzę i czy jeszcze oddycham. Odszedłaś za portfelem i wielkim światem. A teraz wracasz, bo cię zostawiono? Miałem tu na ciebie czekać całe życie jak stary pies pod oknem?
Byłam głupia! Kocham cię!
Zbyszek pokręcił głową z lekkim uśmiechem smutku.
Skończ, Natalio, z tą telenowelą. Idź już, naprawdę dobrze mi z Olą. Chciałaś większego kawałka tortu, ale został ci suchy biszkopt. Przykro mi, ale nie szukaj tu szczęścia.
Natalia rozpłakała się, jakby upadły wszystkie gwiazdy naraz. Zbyszek czuł ulgę, iż jego koszmar się skończył, a on sam w końcu mógł powiedzieć “nie” swojej własnej przeszłości.














