Dano, już pięć lat, jak cię nie ma, nie troszczysz się o to, jak wyglądam teraz, co ze mną uczynił czas i los
Dana i Wiesław żyli pod jednym dachem przez ponad pięć lat. Wiesław był skromnym pracownikiem w fabryce kabli pod Warszawą, zarabiał tyle, co nic, ledwie na bułki i kawę starczało. Dana od wczesnych lat sennie marzyła o życiu jak z bajki bogactwie, perlistych kielichach i podróżach na kontynent. Śliniła się na widok mężczyzn w drogich garniturach, łudząc się, iż los ją z kimś takim połączy i wybawi z szarej egzystencji.
Pewnego razu, błądząc jakąś mglistą nocą po ulicach Poznania, Dana została dostrzeżona przez boniwanta lokalnego potentata, który szeptał jej do ucha obietnice złota i szmaragdów. Miała wrażenie, iż wszechświat otwiera przed nią wrota do nowego świata. Porzuciła więc Wiesława, nie oglądając się za siebie ani przez sekundę.
Wiesław czuł się, jakby spadł z dachu na bruk. Chował się po kątach mieszkania, łkając, błagał Danę, by nie odchodziła, roztrzęsiony jak liść topoli na wietrze. Obiecał, iż zerwie z papierosami, zmieni robotę, będzie tyrał na trzy zmiany tylko po to, by znów uszczęśliwić Danutę.
Lecz Dana była już gdzie indziej, myślami dryfowała po Wiśle na śnieżnobiałym jachcie, wydając tysiące złotych w ekskluzywnych butikach na Nowym Świecie. Wiesiek, mieszając herbatę, wiedział podskórnie, iż nigdy nie będzie mógł jej tego dać i żadne zaklęcia, ani przysięgi szeptane przez zaciśnięte zęby tego nie zmienią.
Minęło pięć lat, jak zbity zegar stał w kącie, Danuta liczyła już sobie trzydzieści dwa lata, gdy bogaty książę znudził się nią zupełnie. Otaczało go stado młodych kobiet, niewinnych i bujnych jak wiosenne pola pod Białymstokiem. Oświadczył Danucie, iż nie chce dłużej patrzeć na jej naburmuszoną twarz i słuchać pretensji, bo z takich wróżb miłość nie rośnie.
W stolicy przyszło jej się mierzyć z codziennością bez grosza. Ręce miała delikatne jak pajęczyna, nieprzywykłe do żadnej pracy; przespała życie na batystowych poduszkach. W końcu, w przedziwny sposób, wróciła do rodzinnego miasta z nadzieją, iż Wiesław czeka niczym ćma przy zapalonej świecy.
Podchodząc do dobrze znanych drzwi, szklanych od rosy i czasu, usłyszała szmer. Na progu stanęła obca kobieta, trzymająca na rękach małą dziewczynkę w czerwonym sweterku.
Beatko, ile razy mówiłam, byś nie otwierała sama drzwi? powiedziała kobieta, całując dziecko w czoło. Spojrzała wyczekująco na Danutę. Kogo pani tu szuka?
Danuta jąkała się zaniepokojona, próbując znaleźć odpowiednie słowa:
Szukam Wiesława… Jest może w domu?
Kobieta wyciągnęła gdakanie do kuchni:
Wiesiu, jakaś pani do ciebie! Jak masz na imię? dodała, mierząc Danutę spojrzeniem powątpiewania.
Wiesław pojawił się w drzwiach, ręce miał w mące, oczy szeroko otwarte:
Danuto! jęknął cicho, po czym powiedział do kobiety: Olu, idź z Marysią do pokoju, muszę chwilę porozmawiać.
Dana rzuciła spojrzenie na dziewczynkę, kręcącą palcem loki:
Kim ona jest? spytała nieufnie.
Ola, moja żona. A to nasza córeczka, Marysia odpowiedział spokojnie Wiesław.
Kiedy ty się… to znaczy… masz córkę? Przecież przysięgałeś mi miłość na całe życie głos Danuty był jak blaszany dzwonek nad kościołem.
Wiesław wzruszył ramionami:
Danuto, od twojego odejścia minęło pięć lat. Na początku bolało jak ukłucie igłą w serce, ale z czasem zrozumiałem, iż po twoim odejściu nie jestem sam na świecie. Ola pokazała mi, iż szczęście zaczyna się od drobiazgów. Podarowała mi córkę prawdziwy cud.
A ja…? Dana wydukała smętnie.
Danuto, nie było cię. Najpierw rzuciłaś wszystko dla pieniędzy i drogich zachcianek, na mnie nie patrząc. Nie myślałaś o moim bólu. A teraz wracasz, bo ktoś cię zostawił? Myślisz, iż będę czekał jak święty w kapliczce, aż wrócisz po latach?
Byłam głupia, Wiesiu… Kocham cię!
Skończ tę farsę, Danuto. Lepiej wyjdź. Nie jestem już twoją przystanią. Sama wybrałaś swój los nie chcę cię widzieć! Twój świat się rozpadł i biegniesz do mnie? Miłością się nie żongluje. Idź!
Łzy zrosiły twarz Danuty, a jej serce zamieniło się w porowaty kamień. Wiesław, wycierając dłonie w fartuch, poczuł ulgę taki koniec wyśnił onegdaj, by po tylu latach śnić już tylko spokojne sny.













