NA ŻYWO
W tej rodzinie każdy kręcił się wokół własnych spraw, jakby wzięto kredo z popularnej piosenki: każdy sobie rzepkę skrobie. Tata Zbyszek, poza żoną, miał ulubioną panią a czasem choćby i dwie, bo monotonia mu raczej groziła. Mama Wanda, domyślając się, iż mąż zdradza, sama też nie świeciła przykładem cnotliwości, i z lubością spędzała wolne chwile poza domem z żonatym kolegą z pracy. Dwóch synów, Adam i Michał, generalnie mieli wolną rękę czyli dzieci wychowane na dziko, jak w miejskiej dżungli. Szkoła? Oczywiście, zdaniem mamy, szkoła ma odpowiadać za WSZYSTKO.
Raz w tygodniu, czyli w niedzielę, cała rodzina zbierała się w kuchni. Ale tylko po to, żeby gwałtownie i w milczeniu coś zjeść, a potem rozpełznąć się po kątach, każdy do swojego. I pewnie tak by sobie dalej żyli w swoim grzesznym, ale wygodnym bałaganie, gdyby pewnego dnia nie wydarzyło się coś, co przebiło choćby noc sylwestrową w Zakopanem.
Otóż, kiedy młodszemu synowi Michałowi stuknęło dwanaście lat, tata Zbyszek pierwszy raz zabrał go na garaże, gdzie miał pokazać chłopakowi trochę męskiego świata. Michał podziwiał narzędzia, a Zbyszek wymknął się na chwilkę do kumpli, którzy stukali w swoich pordzewiałych maluchach nieopodal.
Nagle z garażu Zbyszka buchnęły kłęby czarnego dymu, a chwilę później pojawiły się płomienie. Najpierw wszyscy myśleli, iż to może grill rozpalili. Prawda była mniej smakowita później okazało się, iż Michał przypadkiem strącił włączoną lampę lutowniczą na kanister z benzyną. Ludzie stanęli jak wryci i nie wiedzieli co robić. Ogień szalał. Ktoś ochlapał Zbyszka wiadrem wody, a ten rzucił się do ognia jak bohater z Czterech pancernych. Po kilku sekundach wyszedł z płonącego garażu, niosąc nieprzytomnego syna. Michał był prawie cały poparzony. Ocalała tylko twarz, której najwidoczniej chłopak bronił dłońmi. Ubranie na nim spaliło się kompletnie.
Już ktoś zdążył zadzwonić po straż i karetkę. Michała natychmiast zabrano do szpitala. Przeżył! Po szybkiej operacji i długim czekaniu, do rodziców wyszedł lekarz, z miną poważną jak księgowy na koniec miesiąca:
Robimy wszystko, co można i czego nie można. Syn jest w śpiączce. Szanse jeden do miliona. Medycyna rozkłada ręce. jeżeli Michał będzie miał wolę życia jak z bajki, to może zdarzy się cud. Musicie być silni.
Zbyszek i Wanda bez namysłu ruszyli do najbliższego kościoła. Nagle lunął deszcz jakby niebo dołożyło im dramaturgii. Przemoknięci do suchej nitki, zapadli się w ciszę świątyni. Przy ołtarzu zauważyli księdza.
Proszę księdza, nasz syn umiera! Co robić? wychlipała Wanda.
Jestem ksiądz Stanisław. No tak… jak trwoga, to do Boga, co? Mocno grzeszyliście? przeszedł od razu do rzeczy.
Raczej nie Nikt nikogo nie zabił odparł Zbyszek, wbijając wzrok w podłogę, pod bacznym spojrzeniem księdza.
A swoją miłość żona-mąż przypadkiem nie zabiliście? Między wami to pustka, iż tramwaj by przejechał. Miłość u was leży i kwiczy! Hej, ludzińki Módlcie się mocno do św. Mikołaja o zdrowie chłopaka! Ale pamiętajcie co Bóg da, to będzie. Czasem trzeba duchowej pochyłości, żeby odżyli! Naprawcie dusze, bo kamień za chwilę będzie lżejszy od was! Wszystko w życiu ratuje miłość!
Stali Wanda i Zbyszek, jak dwa przemoknięte bociany, słuchając prawdy, którą ksiądz podawał lżej niż faktura z ZUS-u. Skierował ich pod ikonę św. Mikołaja.
Klęczeli i modlili się jakby od tego zależały losy świata. Dali mocne postanowienia i obietnice. Wszystkie romanse poszły w diabły zapomniane na wieki. Przewertowali swoje życie od A do Z.
Następnego dnia zadzwonił lekarz Michał się wybudził!
Zbyszek i Wanda już siedzieli przy łóżku syna. Michał otworzył oczy, próbował się uśmiechnąć, ale wyszło to słabiej niż parzenie kawy zbożowej. Na twarzy miał maskę cierpienia.
Mama, tata… Proszę was, nie rozchodźcie się wyszeptał.
Skąd ci to przyszło do głowy? My razem, synku! zaprzeczyła Wanda, głaszcząc go po dłoni. Chłopak skrzywił się.
Widziałem to, mamo! A moje dzieci będą miały wasze imiona dodał tajemniczym głosem.
Zbyszek i Wanda spojrzeli na siebie z konsternacją. Pomyśleli: biedny, jeszcze nieprzytomny… jakie dzieci, jak ledwie palcem rusza?
Mimo to, od tamtej pory Michał zaczął dochodzić do siebie. Cała rodzina (i skarbonka) została zaangażowana w leczenie. Zbyszek i Wanda sprzedali działkę. Garaż i auto? Niestety, spaliły się byłby z tego jeszcze grosz na leczenie. Najważniejsze syn żyje! Całe trio babć i dziadków dokładało jak mogło.
Rodzina, pierwszy raz w historii, zjednoczyła się jak w finale Wielkiej Gry.
Nawet najdłuższy dzień się kiedyś kończy.
Minął rok. Michał był już w ośrodku rehabilitacji. Samodzielnie chodził, sam się obsługiwał. Tam też poznał rówieśniczkę Marysię. Marysia również ucierpiała w pożarze, ale u niej poparzone została tylko twarz. Po serii operacji dziewczynka panicznie unikała luster.
Michał z czasem czuł do Marysi dziwną przyjaźń i ciepło. Była jak mała iskierka dobra, którą chciało się chronić i tulić. Spędzali ze sobą całe dnie łączyło ich więcej, niżby się wydawało. Razem przeszli dużo bólu, łez, zastrzyków i szpitalnych procedur. Tylko rozmów wciąż było mało.
Czas leciał…
Michał i Marysia urządzili skromny weselny obiadek taki, co się odbywa pod blokiem z ciastem drożdżowym od cioci. Urodziła im się śliczna córka Krysia, a po trzech latach syn Aleksander.
I wtedy, kiedy wydawało się, iż już wreszcie można odetchnąć Zbyszek i Wanda podjęli decyzję: rozchodzimy się. Cała ta historia z Michałem tak ich wyssała, iż nie umieli już być razem. choćby kiszona kapusta nie smakowała tak samo. Wanda pojechała do siostry na peryferia. Przed wyjazdem wstąpiła jeszcze do kościoła po błogosławieństwo od księdza Stanisława. Przez te lata nieraz dziękowała mu za uratowanie syna.
Bogu dziękuj, Wandziu, nie mnie poprawiał ksiądz.
Nie był zachwycony jej wyjazdem.
Ale jak już musi być, to jedź. Odpocznij. Samotność czasem oczyszcza. Tylko wracaj! Bo mąż i żona to jak mówi Pismo do końca. tłumaczył po ojcowsku ksiądz Stanisław.
Zbyszek został sam w pustym mieszkaniu. Synowie z rodzinami mieszkali osobno. Byli małżonkowie choćby wnuki odwiedzali na zmianę, żeby przypadkiem na siebie nie wpaść.
Słowem teraz już wszyscy byli szczęśliwi… po swojemu.








