Na wakacje na wieś zabraliśmy ze sobą z miasta kota Szymka. Na wsi mieszka brat Szymka, Lemur. Lemur ma lekko wyłupiaste oczy, stąd jego przezwisko.

polregion.pl 4 godzin temu

Na wakacje na wieś zabraliśmy z miasta kota Stasia. We wsi mieszkał jego rodzony brat kot Franek. Franek miał trochę wyłupiaste oczy, dlatego wszyscy wołali na niego Lemur. Ludzie na wsi nie bawią się w delikatności.

Na początku Stasiowi nie było łatwo. Chociaż był niewielkich rozmiarów, Franek urządził mu prawdziwą falę. Gonił go od resztek jedzenia, syczał tak przeraźliwie, jak niektórzy goście w znanym talk-show w telewizji.

W pewnym momencie Franek popełnił popularny błąd cwaniaka uwierzył w swoją nietykalność i otwarcie napadł na Stasia. Staś wzdychał jak arystokrata i machał na niego łapą niczym wachlarzem: Ach, dajże spokój, paniczu. Aż tu nagle przypadkiem wymierzył mu porządnego prawego sierpowego Frania trzeba było potem wyciągać ze śmietnika za stodołą.

Tak zupełnie przypadkowo i dość nieporadnie, jak wszystko w jego życiu, Staś znalazł się na szczycie kotowej hierarchii.

Na wsi koty to po prostu narzędzia i tylko zimowa pora uratowała Stasia od posadzenia w polu do łapania myszy. Karmienie tutaj to twórczy i nieregularny proces. Długo nie mógł się do tego przyzwyczaić, bo w mieście jadał o określonych godzinach, talerzyki miał srebrne, a posiłki podawał lokaj.

Ze stresu dość gwałtownie wróciły mu instynkty. Często przyłapywałem go nocą na kuchence, z łbem w garze. Franek, stojąc czujnie na taborecie, syczał jak opętany, ostrzegając brata, iż nadchodzę. Staś leniwie się odwracał i mruczał do Franka: Tego się nie bój, ten swój sam nie raz widziałem, jak nocą w kuchni po lodówce buszuje.

Pewnego dnia uznaliśmy, iż Staś jest gotowy, zanieśliśmy go na podwórko i posadziliśmy w śniegu. Kiedy się do nas odwrócił, cała jego mordka była biała, a w oczach miał taki smutek, jakby zmarnował całe życie zupełnie jak Al Pacino w Człowieku z blizną w słynnej scenie. Od tej pory nie pozwoliliśmy mu już wychodzić.

Któregoś wieczoru do mojego syna Adama przyszli koledzy z sąsiedztwa. Rozgościliśmy się w ciasnym salonie, czytałem dzieciom na głos Majową noc Gogola. Przy fragmencie o macosze, która przemieniła się w czarnego kota i stukała pazurami po podłodze, drzwi do salonu zaskrzypiały złowieszczo i wszedł Franek, dumnie krocząc.

Niestety Staś nauczył brata swojego popisowego numeru otwierania dowolnych drzwi łapą.

Salon był malutki, ale nam i dzieciom udało się rozbiec po całym pokoju. Jednego z chłopców musieliśmy później wyciągać z uchylonego okna przed wypadnięciem uratowała go babcia, która świetnie go karmiła.

Ach tak, chyba pora wspomnieć, iż Franek jest kompletnie, absolutnie czarny jak smoła.

Przyznajcie, rzadko kiedy klasyka robi na dzisiejszych dzieciach takie wrażenieOd tego czasu wieczorne czytanie nabrało zupełnie innego znaczenia. Dzieci słuchały z szeroko otwartymi oczami, łypiąc co chwilę na drzwi, a każdy szmer czy skrzypnięcie podłogi zamieniało się w potencjalną kocią przygodę. Franek zawsze pojawiał się o odpowiednim momencie, przyciągając całe towarzystwo jeszcze bliżej do siebie a Staś, jakby tylko czekał, aż atmosfera zgęstnieje jak śmietana, wyskakiwał ze skulonego kąta prosto na kolana największego odważniaka.

Tym sposobem, zamiast jednej czarownicy z opowieści, mieliśmy dwie obie z wąsami i ogonem, obie na czterech łapach, obie potrafiące rozpracować każdy zamek lepiej niż ślusarz. Wieś gwałtownie przywykła do tej nowej dynastii: kotów o obyczajach miejskich i wiejskim tupie, z miłością do srebrnych talerzyków i ganków na śniegu. A my, choć baliśmy się czasem, kto jeszcze może niespodziewanie otworzyć drzwi w środku nocy, zaczęliśmy podejrzewać, iż bez tego nigdy nie byłoby tu tak wesoło.

W końcu, choćby w domu z najmniejszym salonem znajdzie się miejsce na wielkie historie i parę czarnych łap, które zamiast straszyć, potrafią rozkochać w sobie całą okolicę.

Idź do oryginalnego materiału