Na wakacje na wieś zabraliśmy z miasta naszego kota, Szymona. We wsi mieszka jego rodzony brat – Lemur, który zawdzięcza swoje przezwisko lekko wyłupiastym oczom.

polregion.pl 4 godzin temu

Na wakacje na wieś zabraliśmy ze sobą z Warszawy kota Stanisława. Na wsi mieszka jego rodzony brat, Lemiesz. Lemiesz ma ogromne, wyłupiaste oczy, dlatego wszyscy nazywają go tak, a nie inaczej. Tutaj na wsi nikt się z nikim specjalnie nie ceregieli, więc kocie przezwiska są równie proste jak kawa z mlekiem o poranku.

Początki Stanisława na wsi były niczym z przewrotnego snu. Choć był niewielki, Lemiesz zabrał się za niego jak stary podwórkowy kanclerz. Odsuwał brata od spiżarni, prychając przy tym jak goście z dawnych teleturniejów w PRL-u.

Wkrótce Lemiesz popełnił typowy błąd ulicznego cwaniaka uwierzył w swą wieczną siłę i zaatakował Stanisława otwarcie. Staszek, jakby był damą z dobrego domu, machnął na niego niechętnie łapą niczym wachlarzem, w stylu ależ zostaw mnie, panie hrabio!, i odruchowo trzasnął brata z prawej tak, iż Lemiesza trzeba było potem wyciągać z kosza na śmieci.

Tak zupełnie przypadkiem, nieco pokracznie, jak wszystko w jego życiu, Stanisław stanął na szczycie kociej hierarchii żywieniowej.

Na wsi kotom nikt nie przypisuje szczególnej roli poza łapaniem myszy Stanisława przed polowaniem na nornice uratowała tylko zima. Tutaj karmienie to proces spontaniczny: raz dostaniesz, raz nie, a miska zawsze stoi krzywo pod stołem. Staszek długo nie mógł się do tego przyzwyczaić w mieście miał śniadanie na srebrnej tacy o wyznaczonej godzinie, a do stołu zapraszał go kamerdyner.

Z nerwów wróciły mu od razu kocie instynkty: nie raz zastawałem go w środku nocy na piecu, z łbem w garnku. Lemiesz stał na czatach przy taborecie, sycząc i informując brata o każdym moim ruchu. Staszek odwracał się powoli i mruczał Lemieszowi: Tego się nie bój, swój jest. Widziałbyś, jak on po ciemku obmacuje lodówkę.

Pewnego dnia uznaliśmy, iż Staszek jest gotów na świat wynieśliśmy go na podwórko i posadziliśmy w śniegu. Obrócił się do nas, a cała jego mordka była biała, zaś w oczach płynął smutek źle poprowadzonego życia, jak w scenie z Człowiekiem z blizną z Al Pacino tylko, iż tutaj śnieg grał główną rolę. Więcej Staszka na dwór nie wypuszczaliśmy.

Któregoś wieczoru do Bartka, mojego syna, przyszli miejscowi kumple. Siedzieliśmy przytuleni w małej sieni, a ja czytałem dzieciom Noc majową Mickiewicza. W momencie, gdy mowa była o macosze przemienionej w czarną kotkę, która stukała pazurami po podłodze, nagle z dramatycznym trzaskiem drzwi do salonu rozwarły się, a do pokoju, dziarsko i bezceremonialnie, wszedł Lemiesz.

Na nasze nieszczęście, Staszek nauczył go swojego firmowego numeru otwierania każdej drzwi łapą, choćby tych najbardziej skomplikowanych.

Pokój był klaustrofobiczny, ale dzieci zdołały się po nim rozbiec jednego chłopca później wyciągaliśmy z okna, uratowanego przez babcię, która zresztą była mistrzynią kuchni.

A, no tak, Lemiesz jest absolutnie, bez reszty czarny jak bezgwiaździsta noc. Przyznacie rzadko klasyka potrafi aż tak zadziałać na polskie dzieci…

Idź do oryginalnego materiału