Na wakacje na wieś przywieźliśmy z miasta kota Szymona. Na wsi u kota Szymona mieszka jego rodzony brat Lemur. Lemur ma lekko wyłupiaste oczy, stąd jego przezwisko.

twojacena.pl 3 godzin temu

Na wakacje przywieźliśmy z miasta kota Szczepana. Na wsi mieszkał jego rodzony brat Lemiesz. Lemiesz miał nieco wyłupiaste, rozbiegane oczy, stąd jego przezwisko; tu na wsi nikt się nie przejmuje subtelnościami.

Początki dla Szczepana były trudne. Choć nie imponował rozmiarem, Lemiesz natychmiast pokazał mu, kto rządzi. Odganiał brata od zapasów z taką furią, iż syczał przeraźliwie niczym uczestnicy Rozmów w Toku w telewizji.

W końcu Lemiesz popełnił typowy błąd wiejskiego zawadiaki uwierzył w swoją niezniszczalność i zaatakował otwarcie Szczepana. Szczepan jakby machnął łapą ze znużeniem, powiedziałby daj spokój, baronie, po czym przypadkowo trafił brata prawym sierpowym. Potem Lemiesz wlókł się z wysiłkiem z wiadra na śmieci.

Tak oto, zupełnym przypadkiem, Szczepan jak to zwykle w jego życiu bywało znalazł się na szczycie wiejskiej hierarchii.

Na polskiej wsi do kotów podchodzi się pragmatycznie: od pracy w polu Szczepana uratowała tylko zima. Karmienie tu jest improwizacją: kiedyś, gdzieś, czymś. Długo nie mógł się do tego przyzwyczaić, bo w mieście jadł z porcelany, o stałych godzinach, a do stołu zapraszał go kamerdyner.

Stres gwałtownie przywołał w nim pierwotne instynkty. Nierzadko trafiałem nocą do kuchni i widziałem, jak siedzi z głową w garze na kuchence. Lemiesz stał wtedy czujnie przy taborecie, sycząc ostrzegawczo, gdy mnie słyszał sygnał dla Szczepana, iż swój wchodzi, nie bój się, ten sam pewnie jeszcze wczoraj macał po ciemku po lodówce.

Kiedyś uznaliśmy, iż Szczepan jest gotów wynieśliśmy go na podwórko i posadziliśmy w śniegu. Gdy się obrócił, całą mordkę miał białą, a w oczach ciężki smutek przegranej egzystencji, jak u Cielęty w Człowieku z blizną w najsłynniejszej scenie. Więcej go na dwór nie wypuściliśmy.

Pewnego zimowego wieczoru do Bartka, mojego syna, przyszli koledzy z sąsiedztwa. Siedzieliśmy w malutkim salonie ja czytałem dzieciom Noc majową Gogola. Na fragmencie o macosze zamienionej w czarną kotkę, która drapała pazurami po podłodze, drzwi z przerażającym skrzypieniem się uchyliły i do pokoju wszedł Lemiesz, dumnie stąpając.

Okazało się, iż Szczepan nauczył brata swego ulubionego triku otwierania drzwi łapą, niezależnie od trudności mechanizmu.

Salon był tyci, a my z dziećmi uciekaliśmy w popłochu. Jednego chłopca ściągaliśmy potem z kuchennego okienka przed wypadnięciem uratowała go babcia, która, nawiasem mówiąc, zawsze dobrze karmiła.

A, i trzeba w tym miejscu powiedzieć, iż Lemiesz był zupełnie, bezdennie czarny.

Nieczęsto chyba klasyka robi na współczesnych polskich dzieciach tak piorunujące wrażenie.

Idź do oryginalnego materiału