Na wakacje do babcinej wsi przywieźliśmy z miasta naszego kota Stefana. Na wsi mieszka jego rodzony brat – Kłapouchy. Kłapouchy dostał swoje przezwisko z powodu wybałuszonych oczu.

newskey24.com 5 godzin temu

Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć historię z ostatnich zimowych ferii na wsi zabraliśmy wtedy z Warszawy naszego kota Stefana. Na tej samej wsi mieszka rodzony brat Stefana, zwą go Groszek. W sumie mógłby się nazywać inaczej, ale przez jego wybałuszone oczy wszyscy mówią na niego tak i już. Wiesz jak jest na polskiej wsi nikt sobie języka nie strzępi na subtelności.

Na początku Stefanowi nie było lekko. Mimo iż trzy razy mniejszy, to Groszek pokazał mu, gdzie raki zimują. Przepędzał go od miski i warczał jak te ciotki na kanapie w „Rozmowach w toku”. Pamiętam moment, jak Groszek popełnił typowe błędy ulicznego cwaniaka uwierzył, iż jest nieśmiertelny i otwarcie skoczył na Stefana. Ale Stefan tylko omiótł go łapą jakby to był wachlarz, z takim gestem daj spokój hrabio, aż przypadkiem przyfasolił mu prosto w bok. Groszka potem zbieraliśmy z wiadra na śmieci.

I tak oto, totalnie niechcący i przez przypadek jak to w jego życiu Stefan został szefem całego podwórka. Powiem Ci, w takiej wsi koty mają bardzo praktyczną funkcję: gdyby nie zima, to by Stefana zaprzęgli do łapania myszy i prezentowałby się jako miejscowy łowca. Ale na szczęście śniegi i mróz, więc Stefan miał wolne.

Z karmieniem na wsi to w ogóle inna bajka. Stefan nie mógł się przyzwyczaić w mieście jadł godzinowo na talerzyku jak pan hrabia, kelner mu donosił i wszystko zgodnie z rytuałem. Na wsi jak ktoś sobie przypomni, to rzuci mu parówkę albo kawałek kaszanki i radź sobie, kocie. Przez ten cały stres Stefan gwałtownie odzyskał instynkty, zdarzało się, iż nocą widziałam jak siedzi na kuchence i nurkuje łbem w garze z zupą.

Groszek, ustawiony w gotowości koło taboretu, sapał i warczał by ostrzegać brata, jak tylko wchodziłam do kuchni. Stefan tylko zerkał na mnie leniwie i miauczał do Groszka, iż tej pani nie bój się, ta nasza, widziałbyś ją przy lodówce po ciemku.

Kiedyś uznaliśmy, iż Stefan już gotowy na spacery po polu, więc wystawiliśmy go na śnieg. Patrzył na nas potem z taką miną pełną żalu i białą mordką, jakby grał w Psie serce jakąś dramatyczną scenę. Od tej pory nie wypuszczaliśmy go już na dwór.

Pewnego wieczoru do Franka przyszedł kilku miejscowych kolegów. Siedzieliśmy przy kominku, ja czytałam dzieciakom Dziady, no wiesz pasują do klimatu, i nagle, przy fragmencie o czarnej kocicy, drzwi salonu zaskrzypiały jak w horrorze i na środek wmaszerował Groszek. Naszczęście Stefan nauczył Groszka swojego firmowego numeru otwierania drzwi łapą, niezależnie od tego, jakie zamki były wstawione.

Salon był malutki, ale dzieciaki porozbiegały się po rogach jak pisklęta. Jednego chłopaka wyciągaliśmy potem z okna, a uratowała go babcia, która świetnie gotuje i pewnie by go wykarmiła do przyszłego roku.

Aha, zapomniałam dodać Groszek jest absolutnie czarny, taki aż błyszczący. Przyznaj sama, nieczęsto klasyka literatury wywołuje dzisiaj na dzieciakach taki szok jak wtedy w naszym małym salonie…

Idź do oryginalnego materiału