Kasia zdjęła fartuch, powiesiła go starannie na oparciu krzesła i po raz pierwszy tego dnia usiadła. W kuchni pachniało pieczoną kaczką, octem z marynaty i czyimś ciężkim, słodkim zapachem perfum, który nie pasował do jej mieszkania. Na blacie stały trzy pudełka sałatek, które przywiozła teściowa, obok leżała kartka z odręcznym planem. Duże litery, zbyt duże, jakby Teresa chciała, żeby nikt nie miał wątpliwości, kto tu dowodzi.
– Kasiu, a gdzie ty siadasz? – zapytała Ewa, szwagierka, z lekkim śmiechem, jakby zobaczyła kelnerkę, która zamiast podawać, usiadła przy stoliku gości. – Mięso trzeba pokroić.
Kasia nie odpowiedziała. Patrzyła na kartkę. „Kasia robi ładnie" – dopisała Teresa przy punkcie o śledziach. Te cztery słowa zabolały ją bardziej niż cały dzień spędzony przy garach.
Do kuchni wszedł Marek. Niósł butelkę wina, którą gdzieś znalazł, i wyglądał, jakby za chwilę miał wznieść toast. Kolnierz koszuli miał wywinięty, a na policzku ślad po kremie do golenia.
– Kasiu, nie rób sceny – powiedział cicho, nachylając się nad stołem. – Ewa ma raz w życiu pięćdziesiątkę. To jej wieczór.
– To jej wieczór – powtórzyła Kasia. – A mój kredyt, moja kuchnia i mój dzień.
Marek postawił butelkę z takim impetem, iż podskoczyła szklanka z sokiem. Kasia zobaczyła, jak kropla soku spływa na czystą serwetę z haftem, którą sama prasowała rano.
Zaczęło się trzy dni wcześniej. Marek odebrał telefon przy kolacji, włączył tryb głośny, bo akurat trzymał w ręce kanapkę. Ewa mówiła szybko, zdania spadały jedno na drugie:
– Restauracja? Daj spokój, ceny z kosmosu. Po pięćdziesiątce to już nie na salę ze styropianowym jedzeniem. Zrobimy u was, u was jest duży stół. No oczywiście, iż Kasia pomoże, ona lubi gotować.
Kasia powoli odłożyła widelec. Marek choćby na nią nie spojrzał, tylko z uśmiechem odpowiedział:
– No dobra, ustalimy szczegóły.
Ustalili. Bez niej.
Następnego dnia Teresa, teściowa, przyszła z całym programem. Kasia akurat kończyła rozmowę z klientką, która zalegała z fakturą. Teresa postawiła na stole torbę z warzywami i powiedziała:
– Wszystko masz tu napisane co i jak. Tylko seler do rosołu nie może być za drobny, Marek nie lubi, jak pływa.
– Ja robię tylko deser – powiedziała Kasia spokojnie.
Teresa poprawiła pasek torebki na ramieniu. Ten gest znała od lat. Oznaczał, iż dalsza dyskusja nie ma sensu.
– Deser to za mało, Kasiu. Rodzina musi się trzymać razem.
Kasia chciała odpowiedzieć, ale wtedy do kuchni wszedł Marek, jak zawsze w porę, żeby nie musiała mówić. Powiedział tylko:
– Matka, nie stresuj się. Kasia ogarnie.
„Ogarnie" – to słowo Kasia słyszała przez całe małżeństwo. Marek używał go, kiedy coś zostawiał na jej głowie: rachunki, zakupy, wizyty u lekarza. „Ogarnij" – to znaczyło „zrób, żebym ja się nie musiał".
W dniu przyjęcia Kasia obudziła się o szóstej. Nie dlatego, iż chciała. Po prostu nie mogła spać. W łóżku znalazła kartkę od Marka: „Dzięki, kochanie. Wrócę o 14. Wstaw kaczkę do pieca." Numer jego telefonu nie odpowiadał aż do południa.
Kasia zrobiła zakupy za trzysta osiemdziesiąt złotych. Wyjęła z szafy stół składany, ten, o którym Marek zawsze mówił, iż „kiedyś się przyda". Dziś się przydał. Dla obcych ludzi.
Goście zaczęli schodzić się o piątej. Najpierw koleżanka Ewy z kwiatkiem doniczkowym, potem syn Ewy z żoną, potem jakaś ciotka, którą Kasia widziała raz na pogrzebie stryja. Wchodzili, rozglądali się po mieszkaniu jak po wynajętej sali.
– Jak tu ładnie – mówili, ale Kasia słyszała w tym tylko zdziwienie.
Ewa przyjmowała życzenia przy oknie, bo tam miała najlepsze światło. Sukienka w kolorze wina, włosy spięte srebrną spinką. Wyglądała, jakby urodziła się do bycia w centrum.
– Kasia dziś za kulisami – ogłosiła, gdy ktoś zapytał o gospodynię. – Ale jak spróbujecie jej pasztetu, to jej podziękujecie.
Kilka osób się uśmiechnęło. Kasia zobaczyła, jak jedna z kobiet odwraca głowę, żeby nie spotkać się z nią wzrokiem.
Potem Ewa dodała:
– A wiecie, iż ja jej zawsze powtarzam: nie marnuj się na tej kuchni.
Wtedy Kasia weszła do pokoju. W dłoni trzymała folię aluminiową, bo akurat skończyła zabezpieczać kaczkę. Ewa popatrzyła na nią z uśmiechem, który mógł być życzliwy, ale nie był.
– Kasiu, może przyniesiesz jeszcze wodę? Butelka gazowana się skończyła.
Kasia stanęła naprzeciwko niej. W pokoju na chwilę zapadła cisza, taka, w której słychać nagle tykanie zegara na ścianie.
– Woda stoi w przedpokoju – powiedziała Kasia. – Sama ją wzięłam z biedronki. Jak chcesz, to sobie podejdź.
Ewa zamrugała. Ktoś z gości nerwowo zakaszlał.
– Ale przecież ty jesteś gospodynią – zażartowała Ewa, choć w jej głosie pojawił się jęk.
– Właśnie – odparła Kasia. – Dlatego mówię: jeżeli coś się skończyło, to przynieś sobie.
Nikt nie wiedział, gdzie podziać oczy. Marek podszedł do Kasi i wziął ją pod łokieć.
– Wyjdźmy na chwilę – szepnął.
– Nie – odpowiedziała głośno. – Zostaję.
Teresa podniosła się z fotela. W ręce trzymała talerzyk z niedojedzonym pasztetem.
– Kasia, nie przesadzaj. Goście patrzą.
– Niech patrzą. Może zobaczą, iż ja też tu jestem.
Marek pochylił się i powiedział tak cicho, iż tylko Kasia mogła usłyszeć:
– Robisz mi wstyd.
Wtedy Kasia wyjęła z kieszeni fartucha klucze. Trzymała je mocno, tak, żeby nikt nie miał wątpliwości.
– To może być twój wstyd, Marku. Ja stąd wychodzę.
– Jak to wychodzisz? – Teresa zrobiła krok do przodu. – A my tu z obiadem?
– Mięso w piekarniku, sałatki na blacie, ciasto w kartonie. Wody brak, ale to nie mój problem. Miłego wieczoru.
Kasia ruszyła do przedpokoju. Nie odwróciła się, kiedy Marek wołał ją po imieniu. Wzięła z wieszaka swoją kurtkę, torbę z dokumentami i wyszła. Trzasnęła drzwiami, ale nie na złość. Po prostu w starym bloku w Łodzi drzwi zawsze trzaskały, jeżeli się ich mocniej nie przytrzymało.
Zeszła po schodach. Na półpiętrze stał wózek sąsiadki, pani Wandy, a w nim leżał bukiet żółtych gerber. Kasia pomyślała, iż to dziwne, bo pani Wanda nie miała nikogo, komu mogłaby zanosić kwiaty.
Na dole zaczęła szukać numeru do siostry. Odnalazła go w starym notesie, tym, który miała od liceum. Zadzwoniła.
– Mogę dziś u ciebie przenocować? – zapytała.
Po drugiej stronie przez chwilę było cicho.
– Coś się stało?
– Nie. Po prostu zrobiłam porządek.
Siostra podała adres. Kasia wsiadła w tramwaj numer szesnaście. Siedziała przy oknie i patrzyła, jak mija ulice, których nazwy znała na pamięć. Piotrkowska, Narutowicza, park.
W kieszeni kurtki miała telefon. Osiem nieodebranych połączeń od Marka. Cztery wiadomości od Teresy. Dwie od Ewy. Wszystkie brzmiały mniej więcej tak samo: „Wracaj, nie rób cyrku", „Ludzie nas obgadują", „To twoje mieszkanie".
To twoje mieszkanie. Ta wiadomość była od Ewy. Kasia przeczytała ją dwa razy. I wtedy zrozumiała, iż dopiero teraz, po ośmiu latach, wypowiedziano to zdanie, które wcześniej wisiało w powietrzu. To twoje mieszkanie – znaczyło: ty za nie płacisz, ty sprzątasz, ty uciekasz.
Kiedy dojechała do siostry, było już po ósmej. Siostra otworzyła drzwi w dresie, z pilotem w dłoni. W tle leciał stary polski serial.
– Usiądź, zrobię herbatę – powiedziała, nie pytając o szczegóły.
Kasia usiadła w kuchni. Na parapecie stała doniczka z kaktusem, na stole leżały okulary siostry. To kuchnia, w której czuło się, iż ktoś tu mieszka. Kuchnia, w której nikt nie planuje cudzych urodzin.
Następnego ranka Kasia wróciła do mieszkania po dwunastej. Otworzyła drzwi swoim kluczem i od razu poczuła zapach niedomytych naczyń. W zlewie piętrzyły się talerze, na obrusie – plamy, na stoliku – pusta butelka po winie. W salonie, na fotelu, spał Marek.
Nie obudziła go. Poszła do sypialni, wyjęła z szafy walizkę i zaczęła pakować. Najpierw dokumenty: akty, umowy, faktury za mieszkanie. Potem ubrania, kosmetyki, laptop. Na końcu zdjęcie mamy w ramce.
Kiedy skończyła, usiadła na brzegu łóżka i wyjęła telefon. Weszła w aplikację banku. Spłaciła resztę kredytu za maszynę do szycia, którą kupiła rok temu. Zostało tysiąc dwieście złotych. Potem zamknęła wspólne konto oszczędnościowe, to, na które przelewała trzysta złotych każdego miesiąca przez jedenaście lat. Bank wydał potwierdzenie: trzydzieści dziewięć tysięcy osiemdziesiąt złotych.
Marek obudził się, gdy zamykała walizkę. Podszedł do drzwi sypialni, rozczochrany, z poduszką odciśniętą na policzku.
– Wróciłaś – mruknął.
– Nie. Pakuję się.
– Co? – przeciągnął dłonią po twarzy. – Dlaczego?
Kasia położyła na łóżku dokumenty. Osobno: umowę najmu mieszkania, które wynajmowała pod biuro rachunkowe. Osobno: fakturę za farby do odmalowania przedpokoju. Osobno: kartkę z listą rzeczy, które Teresa kazała jej kupić na urodziny.
– Przepiszesz na mnie swoją działkę w Głownie – powiedziała. – Albo ja przestaję płacić za to mieszkanie, a ty wracasz do matki.
Marek otworzył usta, ale nic nie powiedział.
– Twój dług z dwóch lat – ciągnęła Kasia – to szesnaście tysięcy. Moich pieniędzy. Na twoje naprawy, na twoje ubrania, na twoje „zainwestuj, bo zwrócę". Nie zwróciłeś.
– Jak to szesnaście? – oburzył się. – Przecież ja zarabiam.
– Więc to będzie prosty przelew. Na konto, które ci podam.
Marek stał w progu. Patrzył na walizkę, na dokumenty, na Kasię, która wyglądała, jakby mówiła o zbliżającym się deszczu.
– Ty tego nie zrobisz – powiedział w końcu.
Kasia wstała. Podeszła do niego, włożyła mu do ręki klucze. Zostały jej w dłoni przez ułamek sekundy, zimne i ciężkie.
– Już zrobiłam – powiedziała.
Wyszła, zamykając drzwi na klucz. Nie trzasnęła tym razem. Schodziła po schodach, a na półpiętrze znowu stał wózek pani Wandy, tylko bez kwiatów.
Kiedy wsiadła do autobusu, telefon zawibrował. Wiadomość od Teresy:
„Nie możesz tak po prostu wyjść. To jest rodzina."
Kasia napisała odpowiedź, ale jej nie wysłała. Schowała telefon do kieszeni. Patrzyła przez okno na miasto i myślała, iż jutro weźmie z banku dokument i pójdzie z nim do notariusza. Nie po to, żeby się mścić. Po to, żeby raz w życiu jej „nie" znaczyło to samo po roku, po dwóch, po pięciu.
A jeżeli komuś było wczoraj przykro, to nie jej sprawa. Nie ona zapraszała gości. Nie ona obiecywała kaczkę. Nie ona mówiła „u nas się zmieści", kiedy pytała tylko jedna osoba.
Następnego dnia przyszedł mail od kancelarii. Zgodnie z umową, Marek miał trzydzieści dni na spłatę zaległości. Kasia sprawdziła saldo. Zostało jej czterysta pięćdziesiąt złotych na koncie. Kupiła za to bilet miesięczny, chleb i farbę do odnowienia starego taboretu, który przywiozła od siostry. Pomalowała go wieczorem na zielono. Pachniało terpentyną i dawno niewietrzonej klatką schodową. A jej to nie przeszkadzało.














