Jagoda sądziła, iż wyszła za mąż…
Gdy Basia płaciła za zakupy, Marek stał na boku. Kiedy zaczęła pakować wszystko do siatek, wyszedł na zewnątrz. Basia opuściła sklep i podeszła do Marka, który właśnie palił.
— Marek, weź siatki — poprosiła Basia, podając mężowi dwie ciężkie reklamówki z jedzeniem.
Marek spojrzał na nią tak, jakby kazano mu zrobić coś nielegalnego, i ze zdziwieniem spytał:
— A ty co?
Basia zmieszała się, nie wiedząc, co odpowiedzieć na to pytanie. Co znaczy „ty co”? Po co je zadał? Zwykle mężczyzna zawsze pomaga fizycznie. I jakoś nie w porządku, gdy kobieta dźwiga ciężkie torby, a mężczyzna obok fruwa z lekką siatką.
— Marek, są ciężkie — odpowiedziała Basia.
— No i? — opierał się dalej Marek.
Widział, iż Basia zaczyna się złościć, ale z zasady nie chciał nieść zakupów. gwałtownie ruszył do przodu, wiedząc, iż ona za nim nie nadąży. *”Co znaczy 'weź siatki’! Co ja, parobek? Albo podkurek? Ja jestem mężczyzną! Sam decyduję, czy nieść siatki, czy nie! Nic się nie stanie, niech sama niesie, nie padnie!”* — rozmyślał Marek. Tak mu się dziś ułożyło — iż żony nauczy dyscypliny.
— Marek, dokąd idziesz? Weź siatki! — krzyknęła za nim Basia, ledwie powstrzymując płacz.
Torby rzeczywiście były ciężkie. Marek dobrze o tym wiedział, bo sam głównie wkładał te produkty do wózka. Do domu było niedaleko, pięć minut piechotą. Ale z ciężkimi siatkami droga wydaje się bardzo daleka.
Basia szła do domu, prawie płacząc. Miała nadzieję, iż Marek tylko żartował i zaraz po nią wróci. Ale nie — widziała, jak coraz bardziej się od niej oddala. Chciała rzucić te torby, ale jak we mgle ciągle je niosła.
Dotarłszy do klatki, usiadła na ławce, nie mając siły iść dalej. Chciało jej się płakać z urazy i zmęczenia, ale powstrzymywała łzy — nie wypada płakać na ulicy, wstyd. Nie potrafiła też tego „przełknąć” — nie tylko ją obraził, ale upokorzył takim traktowaniem. A przecież był taki troskliwy przed ślubem… I nie żeby nie rozumiał — rozumie! Postąpił tak świadomie.
— Witaj, Basiu! — głos sąsiadki wyrwał ją z zamyślenia.
— Dzień dobry, Mamciu Marysiu — odpowiedziała Basia.
Mamcia Marysia, czyli Maria Nowak, mieszkała piętro niżej i przyjaźniła się z babcią Basi, kiedy ta żyła. Basia znała ją od dziecka i zawsze traktowała jak drugą babcię. Po śmierci babci, gdy Basia zmagała się z pierwszymi życiowymi trudnościami, zawsze jej pomagała. Nie miał kto inny — matka Basi mieszkała w innym mieście z nowym mężem i dziećmi, a ojca nie pamiętała. Dlatego jedyną bliską osobą zawsze była babcia. A teraz Mamcia Marysia.
Basia bez wahania postanowiła oddać jej wszystkie zakupy. Nie po to je przyniosła. Emerytura Marii Nowak nie była wysoka i Basia często ją rozpieszczała smakołykami.
— Chodźmy, Mamciu Marysiu, odprowadzę panią do mieszkania — powiedziała Basia, znów biorąc ciężkie siatki.
W mieszkaniu Mamci Marysi Basia zostawiła torby, mówiąc, iż to wszystko dla niej. Widząc w siatce szproty, wątrobę dorsza, konserwowe brzoskwinie i inne przysmaki, które lubiła, ale na które nie mogła sobie pozwolić, Mamcia Marysia tak się wzruszyła, iż Basia poczuła się nieswojo, iż tak rzadko częstuje sąsiadkę. Pożegnali się pocałunkami i Basia poszła na górę.
Gdy tylko weszła do mieszkania, mąż wyszedł na jej spotkanie z kuchni, coś żując.
— A gdzie siatki? — spytał Marek, jak gdyby nigdy nic.
— Jakie siatki? — spytała Basia jego tonem. — Te, które mi pomogłeś zanieść?
— Oj, daj już spokój! — próbował żartować. — Co, obraziłaś się, czy co?
— Nie — spokojnie odpowiedziała mu Basia. — Po prostu wyciągnęłam wnioski.
Marek nastroszył się. Oczekiwał krzyku, awantury, łez i pretensji, a tu taka opanowana cisza, iż sam poczuł niepokój.
— I jakie to wnioski?
— Nie mam męża — dodała z westchnieniem: — Myślałam, iż wyszłam za mąż, a okazało się, iż ożeniłam się z durniem.
— Nie rozumiem — Marek udawał, iż jest do głębi obrażony.
— A co tu nie rozumieć? — spytała go Basia, patrząc mu prosto w oczy. — Chcę, żeby mój mąż był mężczyzną. Tobie, widzę, też się marzy, żeby twoja żona była mężczyzną — po chwili dodała: — To znaczy, iż i ty potrzebujesz męża.
Twarz Marka poczerwieniała ze złości i zacisnął pięści. Ale Basia tego nie widziała, już poszła do pokoju pakować jego rzeczy. Marek stawiał opór do końca. Nie miał ochoty wychodzić. Szcz
Kasia zatrzasnęła drzwi, oparta o nie plecami, słysząc jego bezradne protesty na klatce schodowej, podczas gdy Szymutek, jej kundelek, łasił się do jej stóp i cicho skamląc, próbował ją pocieszyć, a za oknem zapadał już zmierzch.