Zofia stała w kuchni, opierając się o lodówkę, a jej palce nerwowo zaciskały się na jej drzwiach. Znowu wszystkie produkty zniknęły, choć jeszcze wczoraj ugotowała rosół na dwa dni i upiekła świeże bułki. Gdzie to jedzenie się podziewało? Każdego ranka lodówka była niemal pusta, jakby przeszło przez nią tornado.
Rozmowy z mężem, Marcinem, nie prowadziły do niczego. Każda próba wyjaśnienia kończyła się kłótnią. Złościło ją coraz bardziej, iż Marcin już drugi miesiąc siedzi w domu, udając, iż szuka pracy. A ona? Ledwo wiązała koniec z końcem, pracując po dziesięć godzin dziennie, by starczyło na rachunki i żywność, której wiecznie brakowało. Marcin uznał, iż powinna wracać po pracy najedzona, bo w domu kilka zostawało.
Jutro jadę do Mamy, trzeba pomóc Tomkowi! krzyknął Marcin z pokoju, choćby nie patrząc na Zofię.
Zofia wzruszyła ramionami, ignorując jego słowa. Czuła się źle już od rana trzymała ją gorączka. Po pracy padła do łóżka, wzięła paracetamol i zostawiła za sobą zmartwienia. Potrzebowała odpoczynku.
Z głębokiego snu wyrwały ją hałasy dobiegające z kuchni. Stukot garczków, trzaskanie lodówką, czyjeś melodyjne nucenie. Zofię przeszedł dreszcz. Zdenerwowana wstała i powlokła się do kuchni. Tam zobaczyła Weronikę, młodszą siostrę Marcina, której nie widziała od miesięcy.
Mimo iż między nią a Weroniką panował chłód, ta zachowywała się, jakby była u siebie. Przerażało Zofię, jak Weronika swobodnie pakowała w reklamówki jej kiełbasę, żółty ser i mleko całe zapasy na resztę tygodnia.
Och, cześć rzuciła Weronika z lekką paniką.
Nie jesteś w pracy? zapytała podejrzliwie.
Jestem chora Zofia spojrzała jej prosto w oczy. Marcin wie, iż tutaj jesteś?
Oczywiście. Sam zostawił mi klucze odburknęła Weronika, wciskając ostatni słoik ogórków do torby.
Więc to nie Marcin zjada wszystko, tylko ty wynosisz, co się da. Zaradna z ciebie siostra ironizowała Zofia.
To mój brat. Mam prawo zadbać o dzieci, skoro sama nie mam za co ich wykarmić.
Twój brat choćby nie pracuje! Cały ciężar spada na mnie, a ja już nie dam rady głos Zofii uwiązł jej w gardle ze wzruszenia i złości. Odłóż moje klucze. jeżeli jeszcze raz cię tu zobaczę, zadzwonię na policję. Zapomniałaś chyba, iż to moje mieszkanie!
Weronika wybuchnęła śmiechem, ale jej śmiech brzmiał pusto.
Serio? Wezwiesz policję przez kilka złotych na kiełbasę? Weź swoją świętą własność! Powiem Marcinowi, jaką żonę sobie znalazł wrzasnęła, rzucając klucze na stół.
Nie ma znaczenia. Dobrze wiesz, iż niedługo sobie znów kogoś znajdzie odpowiedziała przez łzy Zofia.
Zatrzasnęły się drzwi, a Zofia opadła ciężko na krzesło. Łzy płynęły jej po policzkach. Przez cały ten czas wystawiano ją na pośmiewisko, robiono z niej głupca. Któż by jej uwierzył, iż to nie jej mąż, a jego siostra regularnie okrada lodówkę, zostawiając jej biedny chleb i resztki mleka? Najbardziej bolało ją jednak to, iż Marcin wiedział o wszystkim i udawał, iż winne są jego ogromne potrzeby.
„Takie wychowanie, taka rodzina,” pomyślała gorzko. Teściowa zawsze rozdawała, nie pytając nikogo o pozwolenie, a dzieci poszły jej śladem. Krewni przychodzili do ich domu tak, jakby był wspólny.
Długo siedziała w bezruchu, próbując zebrać myśli. Wreszcie, z drżącymi rękami, sięgnęła po telefon i wykręciła numer do Marcina.
Złożę pozew o rozwód powiedziała cicho, ale stanowczo.
Daj mi wrócić do domu, porozmawiamy. Nie odrzucaj mnie tak od razu błagał przez słuchawkę.
Już nie chcę rozmawiać i wszystko rozumiem. Wystarczy wyszeptała.
Takie osoby się nie zmieniają. Zofii było żal zmarnowanych lat. Teraz, widząc prawdziwą twarz męża, poczuła się od niego zupełnie obca. Żałowała, iż nie odcięła się wcześniej.








