Musi spłacać długi syna. "Do śmierci już będę dziadem"

kobietaxl.pl 3 godzin temu

Tak bardzo się starali

- Nigdy nie przypuszczałam, iż kiedyś zostanę nędzarką – opowiada Lucyna. – Żyłam według zasady, iż człowiek musi pracować z myślą o zabezpieczeniu na stare lata. Mąż uważał podobnie.

Lucyna jest księgową w placówce oświatowej. Mąż Stefan, pracował w firmie transportowej. Doczekali się jedynego syna Jacka, który był ich oczkiem w głowie, liczyli na jego wsparcie na starość. Przez wiele lat małżeństwo żyło na dobrym poziomie. Dorobili się własnego, dwupokojowego mieszkania w bloku, na spokojnym osiedlu i samochodu. Mieli też letnią daczę nad jeziorem, gdzie każdego lata, Stefan oddawał się wędkarstwu. Z myślą o przyszłości dziecka regularnie oszczędzali, chcieli by kiedyś syn otrzymał od nich wkład na własne mieszkanie.

- Oboje dodatkowo braliśmy dorywcze zlecenia – mówi Lucyna. – Po godzinach prowadziłam prywatnym, małym przedsiębiorcom rachunkowość. A mąż, dobry mechanik, naprawiał ludziom mniejsze usterki w starszych autach. Kiedyś samochody nie były tak nowoczesne jak obecnie, zawsze były jakieś problemy. Marzyliśmy, iż nasz Jacek będzie w przyszłości inżynierem. Szczególnie mąż pragnął, by jego syn zdobył wyższe wykształcenie i został kimś. Aby w pracy nikt go nie poniewierał, tak jak jego.

Stefan pracował w prywatnej firmie, przez lata był bardzo zadowolony. Wszystko zmieniło się po zmianie prezesa, poprzedni odszedł na emeryturę. Zakład przejął jego syn i się zaczęło. Stefan często musiał znosić humory i niezbyt mądre decyzje młodego biznesmena. Mężczyzna nie miał doświadczenia w tej branży, niestety nie zamierzał nikogo słuchać. Chciał jak najwyższych zysków, bez inwestowania w tabor i kosztem pensji pracowników. Kupował sobie drogie auta, trwonił pieniądze na wystawny styl życia. Oszczędzał na wszystkim, zakładowe samochody zaczynały się psuć, brakowało części zamiennych, pracownicy szukali innych firm lub składali wypowiedzenie i wyjeżdżali za granicę. Sfrustrowany biznesmen wyżywał się na tych, co jeszcze zostali, czyli starszych, którzy byli od początku zakładu. Trwali, bo byli przywiązani to tego miejsca, budowali tę firmę i nie mieli już siły na radykalne zmiany w życiu.

- Mąż wracał do domu w okropnym stanie psychicznym – wspomina Lucyna. – Zajadał stres. Żeby mu jakoś umilić ten zły czas, gotowałam co lubił. Czyli tłusto i słodko. Rozluźniał się po sytym obiedzie. Potem siadał w fotelu i oglądał telewizję. Przynosiłam mu ulubione ciasto i herbatę, nie przeszkadzałam mu w spokojny odpoczynku.

Stefan coraz częściej żalił się na niemądre decyzje prezesa, które prowadziły do upadku przedsiębiorstwa. Jako bardzo doświadczony pracownik, próbował szefowi to wytłumaczyć, naraził się na prześladowanie. Właściciel natychmiast zagroził mu zwolnieniem, Stefan był już po 50.

- Gdzie w takim wieku by go legalni zatrudnili? - pyta retorycznie żona. - Tylko na czarno. Po tylu latach oddanej pracy. Bardzo to przeżywał. Ostrzegał Jacka, by nigdy nie miał nad sobą szefa. Żeby sam decydował o swoim losie. Mąż chciał dobrze, ale syn nie do końca zrozumiał jego nauki.

Jacek dostał się na wymarzoną politechnikę. Rodziców rozpierała duma. Tym bardziej oboje starali się zabezpieczyć start syna w dorosłe życie.

Syn nadzieją rodziców

- Jacek to bardzo przystojny chłopak – mówi z dumą matka. – Błękitne oczy i gęste blond włosy, zawsze się podobał. Dobrze o tym wiedział, zanim się obejrzeliśmy, przyprowadził do domu młodziutką dziewczynę, ledwie po maturze. To dziecko chciało się spalić ze wstydu, gdy syn oświadczył, iż muszą się żenić.

Emilka przyjechała ze wsi, chciała zostać nauczycielką i brała udział w kursach dla przyszłych studentów. Poznali się na dyskotece w akademiku, potem chłopak zabrał ją na imprezę do kumpla. gwałtownie poszło, od razu zaszła w ciążę.

- To była nasza wina – przyznaje Lucyna. – Nigdy z synem nie rozmawialiśmy o seksie. O tym, iż mężczyzna powinien się zabezpieczać. Myśleliśmy, iż dowiedział się o tym w szkole. Byliśmy w błędzie. Pewnie rodzice Emilki myśleli to samo. Trzeba było robić wesele.

Obie rodziny spieszyły się z ceremonią, żeby nie było jeszcze widocznego zaokrąglonego brzuszka. W miejscowości dziewczyny byłby to wielki wstyd.

- Nie było mowy, aby młodzi zamieszkali u rodziców Emilki, na odległej wsi – zapewnia Lucyna. – Mieli dom, ale były inne dzieci, no i Jacek musiał skończyć studia. Uzgodniliśmy wspólnie, iż każda strona dołoży część i kupimy młodym mieszkanie w naszym mieście. Tak zrobiliśmy.

To nie było łatwe przedsięwzięcie, ponieważ ceny nieruchomości, szczególnie mniejszych lokali, poszły drastycznie w górę. Dla Lucyny i Stefana oznaczało to sprzedaż części ich dorobku. Z ciężkim sercem wybrali działkę nad jeziorem.

- I tak coraz rzadziej tam bywaliśmy – przyznała kobieta. – W wolnym czasie dorabialiśmy, a w niedziele nie było sensu jeździć taki kawał. Tam miały się bawić nasze wnuki, to miało być kiedyś syna. Więc w sumie i tak szło do niego. Jednak Stefan źle to przeżył. Lubił ten swój pomost i samotne wyprawy na ryby. Niestety, Jacek był ważniejszy.

Na wesele rodzice pana młodego musieli brać już kredyt. Nie mieli wyjścia, bo w tej wsi tradycją były wystawne wesela. Inaczej byłby wstyd, iż są „miastowymi dziadami”. Wystarczyło, iż panna młoda szła do ślubu brzemienna, o co teściowie chłopaka mieli pretensje. Uroczystość odbyła się bez problemów. Młodzi wyglądali bardzo ładnie. Rozpoczęli wspólne życie, wprowadzili się do dwupokojowego mieszkania. Za pieniądze od rodziny i chrzestnych, kupili meble. Emilka nie miała pracy, zajmowała się domem, Jacek wrócił na uczelnię. Obie rodziny miały się dokładać na ich utrzymanie, do czasu aż świeży małżonek skończy studia i znajdzie pracę.

- Był za młody na ojca, ledwie się znali – opowiada Lucyna. – Nie zachowywał się jak mężczyzna, zaczął imprezować. Pijany nie wracał do młodej żony, tylko do nas. Jakby przez cały czas był kawalerem. Stefan próbował przemówić mu do rozumu, wybuchały tylko awantury. Uspokajałam obu, modliłam się aby jakoś się wszystko ułożyło. Ale było tylko gorzej.

Nieszczęścia chodzą parami

Pierwszy cios nadszedł ze strony pracodawcy Stefana. Złe zrządzanie w końcu się zemściło. Firma popadła w długi i stała się niewypłacalna. Prezes ogłosił upadłość, ludzie stracili pracę.

- Ten biznesmen od siedmiu boleści zalegał mężowi z kilkoma pensjami – opowiada Lucyna. – Kłamał w żywe oczy swoim pracownikom, iż to tylko chwilowe. Nie wiedziałam o tym. Stefan tak się tym przejął, iż dostał zawału. Walczył jakiś czas, ale serce w końcu się poddało.

Po śmierci i pogrzebie męża okazało się, iż wdowa ledwie wiąże koniec z końcem. Jej pensja szła na spłatę kredytu i na utrzymanie syna. Gdy urodziło się dziecko koszty wzrosły.

- Na szczęście wnuczek był zdrowy i bardzo podobny do Jacka – mówi kobieta. – Syn od razu go pokochał, wtedy dojrzał do roli ojca. Postanowił zadbać o rodzinę, rzucił studia i zaczął rozkręcać własny biznes. Miał dużo pomysłów, zdecydował się na kupno lokalu gastronomicznego, którego właściciel wyjeżdżał do innego kraju. Nie wiedziałam co o tym myśleć. Syn przekonywał mnie, iż skończy politechnikę zaocznie, teraz musiał zadbać o dziecko. Jego zdaniem biznes to był pewniak, lokalizacja dobra, miał pomysł na styl, potrzebował kucharza i kelnerek. Sam miał stać za barem. Co mogło się nie udać? Wolałabym by nie rzucał się na głęboką wodę, tylko najpierw zaczął pracować u kogoś. Nabrać doświadczenia. Przypomniał słowa ojca, by nie mieć nigdy szefa. Obiecałam pomóc, jak tylko potrafię. Co miałam robić?

Jacek wyprosił matkę by sprzedała samochód i garaż, na jego wkład w firmę. Tak zrobiła. Chłopak był pełen zapału. Jego młoda żona też w niego wierzyła, w małżeństwie zaczęło się układać. Emilka znowu zaszła w ciążę.

- To piękna wiadomość, ale byłam przerażona – wspomina Lucyna . – Oprócz obciążenia finansowego, spadały na mnie obowiązki opieki nad wnukiem, niedługo drugim. przez cały czas pracowałam zawodowo, byłam przeciążona, coraz częściej marzyłam o emeryturze. Liczyłam, iż już niedługo będę miała czas by w spokoju posiedzieć na swoim balkonie, napić się kawy z sąsiadką, poczytać książki albo zwyczajnie się lenić na kanapie. Pożyć dla siebie.

Przez pierwsze lata biznes gastronomiczny Jacka przynosił dochody. Mężczyzna ciężko pracował na sukces. Miał plany na przyszłość, chciał powiększyć lokal i lepiej wyposażyć. Matka, która przez cały czas dokładała się do utrzymania rodziny syna, była temu przeciwna, wolała aby najpierw spłacił wszystkie długi. Stał się niezależny.

- Wyśmiał mnie, iż myślę jak stary człowiek – przyznaje Lucyna. – Gdy się upierałam, aby nie ryzykował bez sensu, przestał się zwierzać. Napożyczał za moimi plecami, a wtedy przyszedł covid. To był początek mojego końca.

Życie na cudzej łasce

Epidemia spowodowała zamknięcie wszystkich lokali gastronomicznych na wiele miesięcy. To wymusiło redukcję personelu oraz zmianę funkcjonowania branży. Tysiące takich miejsc nie dało rady, musiały zniknąć z rynku. Przedsiębiorcy potracili majątki, inwestycje przepadły. Wiele rodzin stanęło na krawędzi bankructwa.

- Pewnego dnia syn przyszedł ze łzami w oczach – wspomina Lucyna. – Wtedy się dowiedziałam, ile naprawdę ma długów. Skorzystał z jakiś podejrzanych „parabanków”. Był ścigany przez agresywnych windykatorów. Nękany, bał się o rodzinę. Był straszony, iż jeżeli nie zapłaci, wylądują na bruku. Błagał mnie o zaciągnięcie kredytu. Zrobiłam to, ale nie starczyło.

Okazało się, iż zaległości Jacka drastycznie narosły. Nie było mowy o rozłożeniu rat na mniejsze. Mężczyzna nie miał pieniędzy na dobrego adwokata, by dochodzić swoich praw. Fatalnie wybrał wierzyciela, zwabiony łatwym dostępem do wysokiej pożyczki.

- Mieszkanie syna już było obciążone – mówi Lucyna. – Musiałam sprzedać swoje i wynieść się do nich. Nie mam nic. Śpię kątem na rozkładanym łóżku w pokoiku wnuków. Chodzę do pracy, zostaję po godzinach, robię wszystko aby być idealnym pracownikiem. I znowu błagam Boga, żeby mnie nie wysłali na emeryturę, bo lada moment osiągnę ten wiek. jeżeli zabiorą mi pensję, to przy moich świadczeniach emerytalnych, zostanie mi opieka społeczna. Już nie wykupuje droższych lekarstw, o ubraniach czy kosmetykach mowy nie ma. Wszystko idzie na spłatę długów syna. Na razie wnuki są jeszcze małe, ale już siedzimy ze sobą jak sardynki. Trudno wytrzymać. Emilka poszła do pracy w hipermarkecie. Jacek łapie jakieś fuchy, nic na stałe. Coraz częściej popija. Boję się co będzie dalej. Nie rozumiem jak to wszystko mogło się stać. Przecież z mężem robiliśmy wszystko tak jak należy, by zabezpieczyć naszą przyszłość. Dobrze, iż Stefan tego nie dożył. Muszę pracować, jak długo się da. Nie ma mowy o spokojnej starości.


Idź do oryginalnego materiału