Moje ostatnie słowo. Córko, możesz obrażać się na tatę ile chcesz.

polregion.pl 2 tygodni temu

Moje słowo ostatnie. Ty, córeczko, obrażaj się tak długo, jak chcesz, na tatę.

Jedynie dusza jego zgniła. Nie spieraj się, Ludmiło. Za Józefa pójdziesz i koniec. Z nim całe życie będzie jak za kamiennym murem, nie usłyszysz od niego nic złego.

Moje słowo ostatnie. Ty, córeczko, obrażaj się ile chcesz na tatę. Ale za Józefa nie oddam cię. Stań, nie wyjaśniaj. Wiem wszystko. Co piękny, co śpiewa, co się zachwyca. Jedynie dusza jego zgniła. Nie spieraj się, Ludmiło. Za Marka pójdziesz i kropka. Z nim całe życie będziesz, jak za kamiennym murem, nie usłyszysz od niego złego słowa. On jest dobrym człowiekiem, rozumiesz? próbował objąć córkę Anatol Tarasowicz.

Ludmiła wiedziała, iż przeciw woli ojca nie pójdzie. Odepchnęła go rękę i, płacząc, wykrzyknęła: Na słodzenie nie ma siły!

Anatol spojrzał w niebieskie oczy ukochanej córki samolubną, upartą. Nie pozwoli jednak, by była nieszczęśliwa, więc stanowczo rzekł: Zostaniesz posłuszna! Idź, Ludmiło!

Nad Wisłą czekał na dziewczynę Józef. Serce znów zabiło mocniej. Jakże piękny był, iż chciała z nim spędzić całe życie.

W tej chwili Ludmiła nienawidziła ojca jak nigdy. Nie pomyślałaby, iż zdolna jest do takiej nienawiści tata był dla niej wzorem i podporą. ale błagania i namowy nie pomogły.

Co z tatą? Zły czy roztopiony? przejechał dłonią po czarnych lokach, patrząc na nią ciemnymi oczami w otoczeniu puszystych rzęs, zapytał Józef.

On powiedział, iż nie będziemy razem. Wszystko na nic Nie da się go namówić gorzko przetarła łzy po ramionach młodzieńca.

Spróbuj jeszcze! A co ja mu w małżeństwie nie odpowiadam! Mamy dom, mamy gospodarstwo, a on jest uparty wykrzyknął Józef, machając nogą, trafił kaczątko, które pływało przy brzegu.

Co ty, kaczka! Ostrożnie! krzyknęła Ludmiła.

O, już mam o czym pomyśleć. Kaczka kaczka. Nie dotykaj jej, bo się podniesie. Chodźmy lepiej na spacer rzekł Józef i poprowadził dziewczynę w stronę lasu.

Wracając niedługo do domu, natknęła się na Marka. Chłopak, widząc Ludmiłę, mocno się zarumienił.

Niewysokiego wzrostu, piegowy, z blond włosami i przejrzystymi niebieskimi oczami, które dziewczyna nazywała wyblakłymi. Niepozorny w ogóle, nie jak Józef. Dlaczego ojciec się opiera? Ludmiła chciała mu wpaść w język, ale wtedy zobaczyła w rękach Marka kaczątko.

Dokąd to zmierzasz? uśmiechnęła się.

Szłam nad Wisłę. Kąpać się. Leży, podniosłam, a on piszczy tak żałośnie. Nóżkę chyba uszkodziłam. Ojcu pokażę, on leczy zwierzęta. odparł Marek, patrząc w oczy Ludmiły.

Zrozumiała, iż to kaczątko właśnie wpadło pod nogę Józefa. Nie pomogli mu. Teraz dziewczyna mocno się zarumieniła i gwałtownie odeszła dalej.

Czuła wstyd, iż jej kochanek skrzywdził małego ptaszka, a nienawistny ojciec go ratuje. Dlaczego tak?

Od tamtej pory kaczątko przywiązało się do Marka. Szło wszędzie za nim po wiosce, choćby spało przy sianie. Śmieszne, podskakiwało i pilnie obserwowało, czy nie zgubi się ukochany pan.

Są hodowcy świń, a to jest kaczkowy, kretyński. I kaczka podobnie. Przydatne tylko na stół drwił Józef z Markiem.

Marek nie przejmował się żartami, po prostu szedł dalej.

Wkrótce wyznaczono dzień ślubu Marka i Ludmiły. Dziewczyna płakała nieustannie. Józef namawiał ją do ucieczki razem, ale ona, choć kochała go bez pamięci, nie zgodziła się. W twarzy ojca pojawił się gniew.

Wtedy mógłby jej nie wpuścić na próg. Matka nie miała słów przeciwko tacie. Jedyna córka, matka chorowała, dwóch braci zmarło w dzieciństwie. Gdy wszyscy mieli po pięcioro dzieci, Ludmiła była jedyną córką.

W dniu wesela stała przy lustrze, patrząc na siebie. Ojciec rozrósł się biała suknia była przepiękna, a złote kosmyki falowały.

Najpiękniejsza panna młoda! pocałował ją Anatol Tarasowicz.

Czy gniewasz się na mnie, kochana? Życzę ci szczęścia, jesteś moją złotą dziewczyną! Dziękuj mi później!

Nigdy! Zrobiłam, co chciałeś. Dziękować nie, tato odwróciła się Ludmiła w stronę okna.

Józef na jej weselu tańczył z Kasią. Zazdrościła mu, bo widziała, jak patrzy na nią. No cóż, Ludmiła już była zamężna.

Pozostało tylko przygryzać łokcie i patrzeć, jak były kochaniec z inną… Dziewczyna przymknęła oko na Marka. On nie pił. Kaczątko kręciło się przy nim.

Co za głupiec! pomyślała złośliwie.

Matka pomogła jej się rozebrać. Z przerażeniem spoglądała na drzwi, skąd miał się zjawić niechciany mąż. On wszedł, stał chwilę, spojrzał na jej ściśnięte usta i odwrócił się, by odejść.

Co? Idziesz? Co powiem ludziom? Czy nie podobam się? Ludmiła zeskoczyła z łóżka i podbiegła do niego.

On milcząco stał, spojrzał na nią i nałożył chustę na ramiona.

Podobasz mi się. Bardzo. Jesteś moją najdroższą. Tylko iż jesteś brzydka, widzę. jeżeli tak nic. Przeżyjemy to jakoś. Ale dopóki sama nie podejdziesz, nie mogę i odszedł Marek.

To nigdy się nie stanie! krzyknęła zło wściekle za nim.

Spotkała Józefa w dzień. Wdychając zapach alkoholu, próbował ją zwabić do lasu, całując.

Co ty? Zwariowałeś! Co ci wolno? zaczęła się bronić Ludmiła.

A co? Masz teraz męża. Możesz i ze mną, czy nie? drwił Józef.

Lecz ona odszedła.

Tak mijały dni. Młode małżeństwo mieszkało osobno. Marek zawsze miał coś do roboty. Pewnego razu poszli do lasu po grzyby, Ludmiła poślizgnęła się, a mąż podniósł ją w ramionach.

Wieczorami spacerowali, huśtali się na huśtawce nad wodą, a kaczątko podskakiwało w tle. Z czasem uraz Józefa topniał.

Wiedziała, iż spotyka się z Kasią i wciąż rusza się w stronę wesela, ale zazdrość już nie dręczyła. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Marek nie próbował się zbliżać.

Pewnego dnia pożar wybuchł w domu sąsiadki. Ludmiła obudziła się w płomieniach, pobiegła tam. Ludzie już się zbierali. Sąsiadka z trojgią dzieci, najstarszy Szymon, przybył z sąsiedniej wsi.

Tyś młoda. Co za bohater! Pierwszy przybiegł. Pomógł wiele. Złoty chłopiec pogłaskała Ludmiłę po ręce.

Marek? Gdzie on? pytając, poczuła, iż w środku coś się ochłodziło.

W środku. Nasz pies, Głowa, zniknął gdzieś. Powiedziałam mu, a on znowu tam wrócił. Gdyby nie dzieci, nie szukalibyśmy. otarła twarz chustą.

Nagle spadł dach. Ludmiła krzyknęła i straciła przytomność.

Obudziła się, gdy czyjeś ręce gładziły jej policzek. Przed nią spojrzały oczy mężczyzny.

A ty co się stało? udało jej się wymówić.

Przez okno zdążyłem. Głowę ledwo znalazłem. Była pod łóżkiem. odpowiedział. Marek uśmiechnął się do żony.

Bałam się o ciebie. Kocham cię! szlochając, przytuliła się do jego barku.

Po dziewięciu miesiącach urodził im się syn, Mikołaj. Marek, przejąwszy umiejętności ojca, leczył krowy, konie, potrafił postawić na nogi zwierzę, choćby w beznadziejnych przypadkach. Przyjeżdżali do niego ludzie ze wszystkich stron.

Ludmiła kochała męża. Nie mogła pojąć, jak mogła kiedyś zachwycić się Józefem, który poślubił Kasię, pił, hulakał i kiedyś bijeł żonę, a potem zostawił ją kaleką. Patrząc na ich życie, myślała, iż sama mogłaby skończyć jak Kasia, gdyby nie twarda wola ojca.

Wyszła na dwór. Tam Anatol Tarasowicz grał z małym Mikołajem.

Tato Tato, chciałam podziękować. Za to, iż nie dałeś mi wyjść za Józefa. Za to, iż widziałeś, co jest dla mnie lepsze. Przebacz mi podeszła Ludmiła i pocałowała ojca.

Ach, młodość. No dobrze. Zrozumiałem i wszystko w porządku. Z naszych lat widzimy, kto jest człowiekiem, a kto nie Nie mogłem oddać jedynej ukochanej córki temu potworowi. Wiedziałem, iż jesteś na mnie wkurzona. Ale co? Minęło i dobrze. Starszy synu, trzeba słuchać. Życie przeżyliśmy, wiemy. Niech Bóg wam da szczęście! uśmiechnął się Anatol.

Ludmiła dożyła starości. Razem z mężem robili wszystko wspólnie. Zasadzała w polu, on obok. Mieli pięcioro dzieci, mnóstwo wnuków. Szczęśliwa rodzina. Gdzie przysłowie Na słodzenie nie ma siły nabrało nowego sensu.

Idź do oryginalnego materiału