Moi rodzice
Moja mama była naprawdę piękna. Piszę była, bo pół roku temu odeszła, przeżywszy tatę o dwa tygodnie. Choć oboje mieli już dawno ponad osiemdziesiąt lat, wciąż czuję, iż żyli za krótko. Bo to przecież byli m o i t a t a i m a m a.
Mama była nie tylko piękna, co sam widziałem, przecież mimo iż syn, to jednak mężczyzna. Tata całe życie mi o tym przypominał. choćby kiedy mama złościła się na mnie za szkolne niepowodzenia czy inne rzeczy, tata przychodził do mojego pokoju, siadał obok mnie, wzdychał ciężko i tak jak ja splatał dłonie między kolanami. Siedział tak chwilę w ciszy, a potem kończył naszą niemą rozmowę słowami:
Synku, nie miej żalu do naszej mamy No, nakrzyczała trochę, zganiła, ale przecież i my z tobą idealni nie jesteśmy, a ona to przecież dziewczyna. I jest nam tak samo potrzebna jak powietrze. Idź, poproś ją o wybaczenie.
Wtedy aż nabierałem powietrza, żeby się sprzeciwić, a oczy mi błyszczały gniewem. On, przewidując tę moją reakcję, wyciągał rękę z otwartą dłonią, jakby chciał mi zasłonić usta, i mówił spokojnie, ale stanowczo:
choćby nie próbuj słowa złego powiedzieć o mojej żonie!
A ja milkłem i nie śmiałem. Bo bardzo kochałem tatę. I mamę też. Bardzo.
Wiedziałem, jak zostali małżeństwem tata opowiadał mi to w tajemnicy przed mamą. A mama w sekrecie przed tatą.
Mama studiowała wtedy na pierwszym roku na Uniwersytecie Warszawskim. Miała wychodzić za jakiegoś Edwarda. Pewnego dnia Edward przyszedł na randkę razem ze swoim kolegą, Borysem, który dopiero co zamieszkał w Warszawie i nie miał planów na wieczór, więc Edzio wziął go ze sobą… na randkę ze swoją dziewczyną, prawie już narzeczoną.
Edward zapoznał Borysa z moją przyszłą mamą. Borys jak się domyślacie był moim przyszłym tatą.
We trójkę spędzili cały wieczór poszli najpierw do Łazienek, potem, żeby nie płacić za bilet, z dachu altany obejrzeli jakiś przezabawny film puszczany w letnim kinie na Powiślu. Pomysł z dachem był taty (Edward na pewno by na to nie wpadł!). Mama opowiadała, iż tata już wtedy był silny i postawny w przeciwieństwie do Edka, którego choć nigdy nie widziałem jakoś zawsze wyobrażałem sobie jako cherlaka, nie to co tata.
Edward cały wieczór dowcipkował, recytował wiersze, opowiadał o swoich planach na życie z mamą po studiach. Tata milczał, tylko słuchał i jak mówiła mama trochę pociągał nosem. Kiedy się już żegnali, tata wziął mamę za rękę, popatrzył głęboko w oczy i powiedział:
Kinga! On ci niepotrzebny. Wyjdź za mnie.
Mama aż się przestraszyła i zapytała z zaskoczenia:
Kiedy?
Tata, cały skupiony (tak sobie wyobrażam), od razu odpowiedział:
Jutro.
A żeby przypieczętować sprawę (i dobić Edka!), dodał:
Urodzi nam się syn. Będziemy go oboje bardzo kochać, a przez to siebie nawzajem jeszcze bardziej. Nazwiemy go Piotruś. Jak świętego Piotra…
No dobrze, zgodziła się mama i tak właśnie się pobrali.
Edward był świadkiem ze strony pana młodego.
Po ślubie oboje skończyli studia i wyjechali do Wałbrzycha, bo każdy z nich miał w dyplomie wpisane geolog-geodeta. Tam w górach dostali pierwsze własne mieszkanie pokój przerobiony ze starego schowka przy domu kultury, na polecenie kierownika kopalni. Dom był pełen rupieci, ale dla nich przygotowano przytulny kąt.
W swoim czasie przyszedłem na świat upragniony Piotruś czyli ja. Kochali mnie tak, jak tata mamie obiecał bardzo i mocno.
Tata załatwił na stadninie starą klacz o imieniu Aleksandra, żeby mamę razem ze mną odebrać ze szpitala.
Kiedy trójką podjeżdżali pod ich klitkę (to tata opowiadał), na progu domu kultury stał Edward, obejmując cynkową wanienkę dla niemowląt, którą wyżebrał przez znajomości. Wanienka ta służyła mi na początku za kojec i za łóżeczko (opowiadała mama). Kładła w niej wielką, puchową poduchę otrzymaną od babci w posagu i przykrywała prześcieradłem. I tak sobie leżałem. Kiedy trzeba było mnie wykąpać, poduchę przenosili tymczasowo na łóżko rodziców, a mnie czekała kąpiel. Tata zawsze spieszył się z pracy, żeby nie przegapić kąpieli… syna, nie czarnego konia. Podtrzymywał moją głowę (tak mówiła mama), a ona sama obmywała książęce ciało.
Z księcia nic ze mnie nie wyszło, ale geologiem, jak rodzice, chyba zostałem niezłym.
Najciekawsze, iż moja żona też geolożka. Poznaliśmy się po studiach w pracy. Mamę, moją Agatę, od razu pokochała, tata również.
Gdy odwiedzali nas, albo gdy my byliśmy u nich i wychodziłem z tatą na balkon zapalić, często powtarzał:
Wiesz, synu, chyba w życiu dwa razy miałem szczęście: pierwszy raz, kiedy spotkałem waszą mamę, a drugi, kiedy ożeniłeś się z Agatą. Dbaj o nią, ona, jak nasza mama, też jest dziewczyną…
Tata odszedł nagle nocą. Mama od razu zrozumiała, iż go już nie ma, i się obudziła
Po jego śmierci gwałtownie zaczęła się starzeć, traciła pamięć. Często zapominała, iż taty już nie ma. choćby gdy zamieszkała z nami, siedziała często przy oknie i czekała na powrót taty z pracy. Do ostatnich swoich dni robiła swoje słynne kotlety mielone, jak Borys lubi
Człowiek nigdy do końca nie doceni tego, jak bardzo jest kochany, póki nie utraci tych, których kochał. Dlatego warto każdego dnia dbać o bliskich, okazywać im troskę i czułość bo ich obecność jest naprawdę bezcenna.









