Mój mąż jest jak chmura, która pochłania wszystko na swojej drodze. W tym dziwnym, wykręconym śnie widzę, jak znikają jabłka, ciasteczka i banany wszystko, co zgromadziłam dla naszego malucha. Słyszę w kuchni znajomy głos:
Andrzeju, gdzie są banany? pytam z nutą niedowierzania.
Zjadłem. Miałem na nie ochotę mówi beztrosko, przerzucając pilot z ręki do ręki.
Nie mogłeś choć jednego zostawić dla naszego Stasia? Przecież zawsze lubił podwieczorek z owocami.
O co ten hałas, Iwonko? Przecież w Biedronce są banany, świat się nie skończył.
To idź i kup nowe ponawiam prośbę, ale Andrzej już z wyciągniętym szalikiem oznajmia:
Zaraz lecę na mecz Lecha! Nie mam czasu w zakupy.
Zamykam oczy i nagle jesteśmy w cyrku: ja, Staś i Andrzej w domku z piernika, gdzie zapasy mleka i twarożku muszę zamykać na klucz, bo inaczej nie starczy choćby na śniadanie. Z trudem wiążę koniec z końcem, bo rata kredytu hipotecznego w złotych pożera nasz budżet trzy razy szybciej niż Andrzej potrafi zjeść kilogram jabłek.
On uważa się za żywiciela, bo zamienił swoje kawalerskie mieszkanie na wkład własny. choćby nie pyta o to, jak moi rodzice musieli się nagimnastykować, żeby zebrać resztę potrzebnej sumy. Mama od zawsze powtarza: Iwonka, Andrzej myśli tylko o sobie. Daj spokój!
Mam wrażenie, iż czasem żyjemy w labiryncie bez drzwi. Przygotowuję przyjęcie urodzinowe, kroję tort śliwkowy z polewą czekoladową, który wystawiłam na balkon, bo lodówka pełna kiszonych ogórków. Wracam po ozdobienie stołu i widzę, iż w cieście została tylko samotna krawędź polana czekoladą, a reszta zniknęła jak sen. Stoję z nożem w ręku i czuję, jak oblewa mnie fala wstydu.
Tak się dzieje zawsze nie ważne, ile przygotuję, Andrzej i tak wszystko zje, a na moje pretensje odpowiada jak automat:
Spokojnie, kupimy nowe! Przecież płacę, prawda?
Ale nowy serek, nowe ciastka, nowe owoce wszystko znika bez śladu, zanim zdążę choćby je przełożyć z torby do szafki. Czasem wydaje mi się, iż Staś w przyszłości będzie wspominał dzieciństwo jako wieczną pogoń za kromką chleba.
Teściowa Maria broni go do upadłego:
Iwonka, nie marudź. Mężczyzna musi jeść, skoro pracuje i zarabia. Ty lepiej ugotuj coś jeszcze!
Ale choćbym nie wiem jak się starała, Andrzej zawsze wypatrzy, wymaca, wyjada wszystko, zanim pomyślę o dokładce. Więcej gotować nie mogę kredyt do spłacenia, ubrania dla Stasia do kupienia, na pralkę zaczyna brakować.
W końcu powiedziałam mu w dziwnym, półprzytomnym języku snu:
jeżeli jeszcze raz wyjadasz wszystko jak lis w kurniku, to rozdzielę mieszkanie na pół i będziemy sobie obcy. Ty w jednym pokoju, ja z Stasiem w drugim. Każdy swoimi drzwiami, swoimi łyżkami.
Andrzej milczy, sunie przez korytarz, jakby odpłynął do innej rzeczywistości, i poskarżył się swojej mamie. Teraz teściowa już choćby nie odbiera moich telefonów, jakby w tym dziwnym świecie przestała rozpoznawać mój głos.
Zostaję sama z moim śnieniem czy to ja jestem ta zła, czy może każdy dom w Polsce kryje jednego Andrzeja, który wszystko zjada, nie myśląc o innych?












