Mój mąż chodzi do pracy, ale wszystkie rachunki w naszym domu płacę ja – historia niezależnej Polki, która utrzymuje całą rodzinę

polregion.pl 5 godzin temu

Mój mąż pracuje, ale to ja za wszystko płacę.

Czasem ludzie pytają mnie, jak do tego doszło w moim życiu, dlaczego pozwoliłam na taki układ. Odpowiadam wtedy, iż kobieta zakochana jest ślepa na wszystko. Ja też byłam ślepa, zapatrzona w miłość i marzenia. Całe życie próbowałam być lepsza, uczyłam się, zdobywałam doświadczenie. Moja mama, Jadwiga, od najmłodszych lat powtarzała mi, iż jeżeli pragnę dobrego życia, to muszę harować ponad siły. Wpajała mi też, iż kobieta powinna być silna i niezależna, tak by w razie potrzeby umiała sobie sama poradzić.

Patrząc teraz wstecz, chyba ta rada postawiła mi pod nogami kłodę. Gdy spotykałam się z mężczyznami, byłam zbyt samodzielna, a czasy były takie, iż większość panów widziała u swego boku raczej cichą i łagodną dziewczynę, którą można było otoczyć opieką i poczuć się jak prawdziwy mężczyzna. A ja umiałam troszczyć się o siebie.

W końcu skoncentrowałam się na pracy, rzuciłam się w wir obowiązków, i byłam panną aż do trzydziestego piątego roku życia, gdy poznałam Darka. Był w moim wieku, nie oczekiwał ode mnie uległości. Nigdy nie nalegał, żebym coś zrobiła, nie wtrącał się, nie próbował mi pomagać, jeżeli mówiłam, iż wolę sama. Kwiatów nie przynosił, słodkich słówek nie szeptał do ucha a ja takich czułostkowych gestów nigdy nie znosiłam. Przy nim czułam się jak równorzędna partnerka. Nie przewidziałam wtedy, ile przyjdzie mi zapłacić za tę pozorną równość, która w rzeczywistości równości w ogóle nie miała.

Wzięliśmy ślub, Darek zamieszkał ze mną w Krakowie. On nie miał własnego mieszkania, dotąd mieszkał z matką, panią Krystyną. Ja nie chciałam dzielić domu z teściową słyszałam już wiele takich historii i w żadnej nie widziałam happy endu. Przez pierwszy miesiąc Darek nie dołożył się ani złotówką, twierdził, iż musi spłacić pożyczkę na leczenie matki.

Milczałam, okazałam wyrozumiałość. Myślałam, jesteśmy rodziną niech spłaci dług, potem będziemy zarządzać wszystkim razem. Ale minęło siedem miesięcy, a moje pieniądze dalej szły na wszystko: jedzenie, rachunki, kino, drobne przyjemności. Darek wciąż tłumaczył, iż zarabia za mało, iż szef obciął godziny, iż w pracy nie idzie mu najlepiej. Ja wciąż płaciłam za chleb, za gaz i za fryzjera. Potem zaczął mówić, iż odkłada, by kupić nam dom na mazurskiej wsi. O wakacjach też marzył.

Ale przez pięć lat nie pokazał mi ani jednego wyciągu z konta. Hasło: jesteśmy rodziną, powtarzało się częściej niż moje imię. Pewnego dnia nie wytrzymałam, zaczęłam wracać wspomnieniami i przeliczać od pięciu lat to ja go utrzymuję. Przecież to nie jest normalne. Po awanturze Darek spakował rzeczy i wrócił do matki. Tak zwyczajnie, jakby zabrał się na weekend za miasto. Trzy dni później, nie wytrzymałam samotności i cienia w mieszkaniu sprowadziłam go z powrotem.

I znów, bez zmian. Ani złotówki na wspólne życie. Jestem już wykończona, marzę, żeby czasem wydać pieniądze na coś tylko dla siebie na nowe sukienki, na zapachy, na kobiece drobiazgi ale wszystko idzie na dom. Teraz siedzę i zadaję sobie pytanie: co zrobić? Rozwód? Czy on się kiedyś zmieni? Czy w polskiej rodzinie można być naprawdę równym?

Idź do oryginalnego materiału