12 czerwca 2024, Kraków
Dziś znowu myślę o tej całej sytuacji z mamą. Pamiętam, jak zadzwonił do mnie Tomek mój brat, iż on, Agnieszka i dzieci jadą na Mazury na urlop. Poprosił, żebym przez ten czas zabrała mamę do siebie, bo nie chciał zostawić jej samej w domu. Nie miałam z tym problemu, bo przecież to on z rodziną od kilku lat troszczy się o mamę, od kiedy zabrał ją do siebie po sprzedaży jej mieszkania i kupnie większego, trzypokojowego mieszkania na Prokocimiu.
Miałam jednak pewne obawy, bo mama nigdy nie należała do najłatwiejszych osób, a wszyscy w rodzinie wiedzą, jaki ma temperament i jak potrafi urządzić awanturę o totalne drobiazgi.
W moim mieszkaniu na Kurdwanowie mam tylko jedno łóżko, więc ustąpiłam mamie i rozłożyłam dla siebie materac na podłodze. Pierwsza noc zapowiadało się spokojnie, ale wiadomo, nie może być za łatwo. Kiedy już miałam się położyć, mama zaczęła narzekać, iż coś ją gniecie w łóżku, iż niewygodnie, iż na pewno sprężyny się wbijają (choć przecież łóżko kupiłam dopiero dwa miesiące temu). Przyniosłam więc kolejną pierzynę i dodatkową poduszkę, wszystko na nic. Cały wieczór kręciła się, sapiąc i marudząc. W końcu udało mi się zasnąć.
Rano ledwo się zwlokłam z materaca. Zaparzyłam dla siebie mocną kawę, zjadłam kanapkę i już miałam wychodzić do pracy, gdy mama tonem wyrzutu pyta:
A ty dokąd? Kto zrobi mi zastrzyk?
Byłam w szoku, bo nikt mi nic o żadnych zastrzykach nie mówił. gwałtownie zadzwoniłam więc do Tomka, a ten spokojnie: Mama umie sobie sama robić, zawsze to robi. Poczułam ulgę, bo już i tak byłam spóźniona do biura 10:30, niezła rekordzistka ze mnie
Wieczorem wróciłam i zobaczyłam mamę leżącą w łóżku, blada, ciężko oddychającą. Aż mnie zmartwiło. Pomogłam jej się podnieść. Okazało się, iż wyjadła wszystko, co tylko było w lodówce. Jabłka, kiełbasa, ser, choćby moje ulubione pierogi wszystko, choć dobrze wiedziała, iż jej tego nie wolno przez zdrowie.
Bo ty mnie nie kochasz, to tak się dzieje. Chcesz, żebym już odeszła? rzuciła mi w twarz z wyrzutem.
Zrobiło mi się przykro, ale przecież nie mogę rzucić pracy, żeby ją pilnować dwadzieścia cztery na dobę. Ona wciąż potrafi się o siebie zatroszczyć, choć coraz bardziej zachowuje się jak dziecko. Nie radzę sobie z jej humorami, wymaganiami czasem jest taka uciążliwa, iż brakuje mi sił i cierpliwości. Wiem, iż powinnam być wyrozumiała, ale jej kaprysy wcale mnie nie bawią. Bardziej mnie wykańczają.












