Marta Kowalik miała czternaście lat, kiedy pracownicy opieki społecznej i dwóch policjantów weszli do mieszkania przy ulicy Gdańskiej. Stała przy kuchence, w ręku trzymała chochlę, a w garnku bulgotała breja z fasoli — jedyne, co znalazła w szafce oblepionej brudem. Za nią, w progu kuchni, tłoczyło się troje młodszego rodzeństwa, czekających na coś, co miało udawać obiad.
Halina Wesołowska pamiętała tę kuchnię do końca życia: odklejającą się tapetę w kwiatki, podłogę lepiącą się do butów, zapach zwietrzałego piwa wsiąkły w ściany tak głęboko, iż nie dało się go wywietrzyć choćby po tygodniu. Kiedy dzieci zobaczyły obcych ludzi, rozpierzchły się po całym mieszkaniu jak spłoszone kurczaki. Najmłodszego, sześcioletniego Kubę, wyciągnięto spod przetartej kanapy. Ośmioletni Bartek zamknął się w szafie i wrzeszczał, gdy go stamtąd wyciągano. Dziewczynka, Zosia, chowała się za firanką — starym prześcieradłem powieszonym na sznurku, żeby było „przytulniej".
Matki nie było. Wyszła, jak mówiła sąsiadka, „na chwilę" — czternaście dni temu. Nikt nie wiedział, kiedy wróci, a czekać nie było na co. Dzieci zabrano tego samego popołudnia.
Halina miała wtedy dwadzieścia dwa lata, dyplom pedagogiki wczesnoszkolnej w kieszeni i pierwszą pracę w domu dziecka na obrzeżach Bydgoszczy. Nie wiedziała jeszcze, iż oprócz normalnych rodzin istnieją i takie, które normalne przestały być dawno temu.
Pielęgniarka Agnieszka, młoda i energiczna, zabrała się do swojej roboty: kąpiel, potem jeszcze raz kąpiel, żeby na pewno. Świeże ubranka. Czyste prześcieradła. Dzieci patrzyły na łóżko z pościelą tak, jakby ktoś postawił przed nimi statek kosmiczny. W jadalni, gdzie kucharka Basia zostawiła kolację dla „nocnych", mały Kuba wgryzł się w ugotowane jajko razem ze skorupką — nie wiedział, iż jajko trzeba obrać, bo nigdy wcześniej takiego nie widział.
Halinie stanęła gula w gardle. Z Kowalikami trzeba było zaczynać od zera: nikt oprócz Marty nie umiał porządnie mówić, myć zębów, korzystać z papieru toaletowego. Za to biegały i chowały się jak dzikie koty, gryzły, potrafiły błyskawicznie ukraść jedzenie ze stołu. Długo nie mogły uwierzyć, iż jedzenia wystarczy na wszystkich. Basia dokładała im po kilka razy, a one jadły i jadły. Na noc zostawiała mleko i herbatniki — inne dzieci z placówki dawno przestały się nimi interesować, a Kowalikowie chowali ciastka po kieszeniach i zasypiali w okruszkach, twardo, jak zabici.
Powoli się oswajały. Wsiąkały w grupę, w rozkład dnia, w zajęcia.
***
Rodzinie wolno było odwiedzać dzieci. Matka Kowalików zjawiła się wreszcie, żeby zobaczyć swoje „skarby". Stanęła w drzwiach, pijana do nieprzytomności, chwiejąc się i chichocząc bez powodu. Halina chciała ją zawrócić, zamknąć drzwi na trzy spusty, żeby ta kobieta nigdy więcej nie postawiła stopy w czystym, pachnącym kaszą i naleśnikami korytarzu obwieszonym rysunkami dzieci.
Ale dzieci… Zobaczyły matkę i rzuciły się na nią z piskiem, oblepiając ją ze wszystkich stron. Przytulały pijaną kobietę, patrzyły na nią z taką miłością, tuliły się jak pisklęta do kwoki. Przyniosła prezent — dwa lizaki na czworo dzieci. Cieszyły się, całowały matkę po policzkach. A ona rozłożyła ramiona, jakby pozowała do obrazu Matki Boskiej.
Halinę zalała złość — na dzieci też, choć wiedziała, iż to niesprawiedliwe. Codziennie oddawała im serce, w nocy zaglądała po dziesięć razy, czy Bartkowi nie zmokła pościel. A one przy niej nigdy się tak nie łasiły jak przy tej kobiecie, która raczyła się pojawić dopiero po kilku miesiącach.
— Nie wstyd pani? — zapytała Halina. — Chociaż dzisiaj mogła pani nie pić.
Kobieta podniosła na nią mętne oczy i uśmiechnęła się bezzębnymi ustami.
— Musisz mnie zrozumieć. Ty jesteś baba i ja jestem baba. Ja rodzę te dzieci, kocham je bardziej niż życie! A wy mi je zabraliście!
— Pani ma je gdzieś! One u pani głodowały, marzły, chowały się pod kanapą i…
Głos Haliny się załamał. Na szczęście podeszła starsza wychowawczyni, pani Krystyna, kobieta po pięćdziesiątce, doświadczona i twarda. Wzięła Halinę pod ramię, zaprowadziła do gabinetu, a potem sama odciągnęła dzieci na bajki do świetlicy. Udało się — bez awantury, bez płaczu na cały korytarz.
Matce zresztą gwałtownie się znudziło odgrywanie czułej opiekunki. Odczepiła od siebie dzieciarnię i zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Dzieciaki krzywiły buzie, gotowe się rozpłakać. Ledwo je udało się czymś zająć.
Marta jako jedyna nie podeszła do matki. Siedziała w sypialni dziewczynek, wpatrzona w jeden punkt na ścianie, wysoka, niezdarna, z za dużymi ustami i długimi rękami, zaciskała palce na oparciu łóżka, żeby nie płakać. Halina usiadła obok, objęła ją, pocałowała w czubek głowy.
— Chodź obejrzeć bajkę?
— Nie chcę.
— To może po prostu pogadamy?
— Pani Halino, ja się kiedyś stanę taka jak ona?
— Nie. Nigdy się taka nie staniesz. Jesteś mądra i ładna. Będziesz się dobrze uczyć, zostaniesz… kim chcesz zostać?
— Kucharką.
— Kucharką to świetnie! Wyjdziesz za mąż, będziesz miała dużo dzieci. Wierzysz mi?
Marta kiwnęła głową, a Halina przytuliła ją mocno.
***
Na choinkę noworoczną Halina przyniosła z domu swoją najlepszą sukienkę. Zamknęła się z Martą w sypialni na godzinę. Kiedy wyprowadziła dziewczynkę za rękę do sali, wszyscy zamilkli. Gdzie podziała się chuda, rudawa, niepozorna dziewczynka? Marta okazała się nie tylko ładna — była piękna. Cienka talia, prosta linia pleców, skóra jak porcelana, miedziany połysk włosów. Szare oczy pod długimi rzęsami błyszczały, a szeroki uśmiech czynił ją podobną do aktorki z popularnego filmu.
Potem Halina dostała reprymendę od nowej dyrektorki.
— Halino, rozumiesz, iż piętnastoletnia dziewczyna nie może wyglądać tak prowokująco? Widziałaś, jak patrzyli na nią chłopcy? A jeżeli zacznie za wcześnie życie erotyczne?
— Pani Elżbieto, na pewno zacznie, jeżeli pani będzie w nocy spać w gabinecie, zamknięta na klucz! — odparła Halina, zanim zdążyła ugryźć się w język.
To było wypowiedzenie wojny. Dyrektorka, dwadzieścia lat w tej placówce, szła po awans z uporem lokomotywy. To, iż sypiała podczas nocnej zmiany, nikomu nie przeszkadzało. Ale dzieci powinny spać, a nie prowadzić szczere rozmowy z wychowawczynią, która od niektórych starsza jest o cztery lata.
Wojna trwała wyrafinowanie: plotki, pomówienia, donosy do kuratorium. Dyrektorka wygrała. Halinie zostało napisać wypowiedzenie i odejść. Płakała dwa tygodnie — szkoda było dzieci, szkoda było zostawiać korytarze, gdzie teraz rządziła nowa, surowa władza.
Dobrze się złożyło, iż Kowalików akurat przeniesiono do domu dziecka w Toruniu, cieszącego się dobrą opinią. Halina przyszła się pożegnać. Objęła Martę. Dziewczynka ukrywała łzy, nie lubiła pokazywać uczuć. Potem dzieci wsadzono do busa. Halina długo machała ręką.
***
To wszystko wydarzyło się dwadzieścia jeden lat temu. Potem przyszedł internet, telefony komórkowe, portale społecznościowe. Halina Wesołowska, dziś już po czterdziestce, odnalazła Kowalików na Facebooku.
Bartek się ożenił, miał dwoje dzieci, pracował w firmie transportowej. Kuba został kawalerem, cały wolny czas spędzał nad Wisłą — zdjęcia zawsze te same: Kuba z sandaczem, Kuba w łódce, Kuba przy ognisku, znów Kuba, tym razem z mniejszą rybą. Zosia pracowała jako florystka, na wszystkich zdjęciach kwiaty, a pośród nich piegowata twarz w obwódce rudych loków.
Marty nie było nigdzie. Serce Haliny zabiło niespokojnie. Napisała do Zosi.
— Przepiła się — odpisała Zosia. — Bezdomna była tutaj. Potem zniknęła gdzieś.
— Jak to przepiła? — To była wiadomość, której Halina bała się najbardziej.
Wszystko zaczęło się banalnie. Marta rzeczywiście była zdolna — skończyła liceum ze świetnymi wynikami, dzięki wsparciu pedagogów z domu dziecka dostała się na studia w Poznaniu. Ściągnęła tam za sobą młodszą siostrę. Zatrudniła się w renomowanej firmie, kupiła własną kawalerkę na Jeżycach za sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych — sama, bez niczyjej pomocy.
Zosia przysłała zdjęcie z podpisem: „taka była kiedyś". Dziewczyna na fotografii wyglądała oszałamiająco — wysokie kości policzkowe, złocista fala włosów na ramionach. Coś w tej twarzy było znajome, jakby widziane już wcześniej, gdzieś w muzeum, na obrazie.
Zosia przeprowadziła się do siostry, uczyła się na krawcową w technikum. Zwyczajna dziewczyna, bez wybitnych talentów. Mieszkały razem, wesoło i zgodnie. Dzięki Marcie Zosia zobaczyła Chorwację, Egipt, Paryż.
A potem Marta się zakochała. W synu prezesa firmy, w Filipie. Uczucie było odwzajemnione, rodzice chłopaka nie robili żadnych trudności. Sprawa skończyła się huczną świątecznym weselem w pałacyku pod Poznaniem.
— Chyba każda dziewczyna z domu dziecka marzyła o takim życiu jak Marta — pisała Zosia. — Wszystko jak w filmie. Ja i bracia patrzyliśmy na siostrę z dumą. Filip promieniał ze szczęścia.
A potem Marta wypiła pierwszy w życiu kieliszek szampana. Wcześniej nigdy nie piła — a tu takie wydarzenie. Podniosła do ust kryształowy kieliszek z musującym trunkiem. Potem drugi. I trzeci. Filip nigdy nie widział narzeczonej pijanej i był tym nieprzyjemnie zaskoczony. Skandalu jednak nie było — poprowadził ją gwałtownie do pokoju, a goście bawili się dalej bez nowożeńców, bo wesele, mimo całego przepychu, było i tak weselem: może DJ droższy, może catering z restauracji z gwiazdką, ale bawiono się tak samo głośno jak na zwykłym weselu w wiejskiej remizie.
Rano Marta przeprosiła męża, ten łagodnie ją skarcił. Wieczorem polecieli w podróż poślubną do Portugalii. Tam Marta piła codziennie. Po powrocie nie przestała. Zaczęła od szampana, po roku nie gardziła już niczym, co paliło gardło.
Straciła wszystko: pracę, męża. Filip złożył pozew o rozwód, Marta wróciła do kawalerki, urządzając tam piekło dla Zosi. Zaczęli przychodzić jacyś mężczyźni, potem cwaniacy z dokumentami, którzy namówili pijaną kobietę na podpisanie aktu darowizny. Mieszkanie zamieniło się w istną wysypkę śmieci — dokładnie takie, jakie Marta pamiętała z dzieciństwa. Zosia wyprowadziła się, wynajęła stancję.
Marta jeszcze długo przychodziła do siostry. Brudna, wychudzona, bezzębna, wyglądająca jak staruszka — moczyła się w wannie, pozbywała insektów, wysypiała na czystej pościeli, a potem znikała znowu.
Zosia płakała, błagała ją o leczenie. Marta nie chciała słuchać. Jej było dobrze tak, jak było.
A potem siostra zniknęła na zawsze.
— My, wie pani, nikt z nas nie pije. Ani Bartek, ani Kuba, ani ja — pisała Zosia. — Boimy się, iż nam się spodoba. Marcie się spodobało. My tak żyć nie chcemy. Martwię się o Kubę. Sam, w miłości mu nie wychodzi, jeździ po jeziorach. A jeżeli jemu też?
— Daj Boże, żeby nigdy do tego nie doszło — odpisała Halina.
Wpatrywała się w zdjęcie Marty. I nagle sobie przypomniała, kogo ta twarz jej przypominała. Botticelli, „Narodziny Wenus" — bogini wyłaniająca się z piany morskiej, złote loki, porcelanowa skóra tknięta lekkim rumieńcem, oczy patrzące ze smutkiem i zadumą, delikatna linia szyi.
Tak, to była ona. Jej Marta — narodzona nie z piany, tylko z brudu bloku przy Gdańskiej — a mimo to równie piękna.
Była.
Halina zamknęła laptopa, poszła do kuchni i wyjęła z szuflady starą papierową teczkę, w której od lat trzymała listy i rysunki od dzieci z tamtego rocznika. Znalazła kartkę podpisaną krzywym dziecięcym pismem: „Dla Pani Haliny, od Marty, buziaki". Odłożyła teczkę z powrotem na miejsce, zapaliła gaz pod czajnikiem i została przy oknie, patrząc na ciemniejące podwórko, dopóki woda się nie zagotowała.














