Mieszkam wraz z moją mamą, Weroniką. Weronika ma już 86 lat.
Zawsze miałam wrażenie, iż moje życie to dziwny sen. Nie wyszłam za mąż, nie mam dzieci, tak po prostu. Nazywam się Bronisława, mam 57 lat. Urodziny świętowałyśmy przed paroma dniami, tylko we dwie – kroiłyśmy sernik i piłyśmy gorącą herbatę malinową. Nie mam przyjaciółek, do których mogłabym zadzwonić, nasza rodzina to tylko ja i mama, reszta rozpłynęła się niczym mgła nad Wisłą.
Mieszkamy razem w naszym starym mieszkaniu w Krakowie, z oknami wychodzącymi na szare podwórko. Zawsze sobie pomagamy. Mama, mimo lat, wciąż uparcie codziennie spaceruje po Plantach. Czasem czuję, iż zniknie jak ślad na śniegu nie wiem, co wtedy zrobię. Ale Weronika trzyma się, krząta się po kuchni, robi zupę z pietruszki i opowiada mi o dawnych czasach, kiedy świat był prostszy.
Jestem emerytką, ale jeszcze pracuję w bibliotece pensja niewielka, emerytura też niezbyt wystarcza na codzienne potrzeby. Ale nie tracę ducha. Cieszę się, iż mogę trzymać mamę za rękę wieczorem, słuchać jej spokojnego oddechu. Są przecież tacy, co śpią na ławkach, bez dachu nad głową i bez nikogo bliskiego. My mamy swoje mikroskopijne szczęście na Karmelickiej.
Wieczorami zaparzamy miętową herbatę w porcelanowym dzbanuszku odziedziczonym po babci. Siedzimy przy lampce, robimy na drutach szaliki, oglądamy stare polskie komedie i seriale: „Czterdziestolatek”, „Alternatywy 4”. W weekendy piekę drożdżowe ciasto z jabłkami wtedy zapraszam sąsiadkę, panią Jadwigę z parteru. Przynosi opowieści o swojej wnuczce z Gdańska. Wśród plotek i śmiechu cieszymy się euforią innych i po cichu modlimy się, by omijały nas wszystkie burze życia.
Tak właśnie dryfujemy przez tę naszą surrealistyczną codzienność jak przez nocny sen. Chciałabym, by ten niewyraźny sen trwał jak najdłużej dla mnie i dla mojej kochanej mamy…











