Melatonina z apteki przy Długiej — i wyrok kardiologa, który zmienił wszystko

newsempire24.com 5 dni temu

Barbara Wiśniewska miała sześćdziesiąt trzy lata i szufladę w kuchni w Bydgoszczy, w której od pięciu lat leżało pudełko melatoniny. Kupowała ją w aptece przy Długiej, zawsze to samo opakowanie, zawsze ta sama kasjerka, która choćby już nie pytała, czy potrzebuje ulotki. Brała tabletkę o dwudziestej drugiej, popijała szklanką wody z kranu — bo filtr dawno się zużył, a nowego nie kupiła — i czekała, aż sen w końcu przyjdzie.

Zaczęło się po śmierci męża. Mieszkanie nagle zrobiło się za duże, za ciche, a noce za długie. Lekarz pierwszego kontaktu wzruszył ramionami: melatonina, to przecież hormon, który organizm sam produkuje, nic groźnego. Syn przywoził jej opakowania z Niemiec, bo tam były tańsze i w większych dawkach. Barbara nie liczyła miligramów. Nie liczyła też lat.

Jesienią zaczęła się dusić przy wchodzeniu na trzecie piętro bez windy. Kostki puchły tak, iż buty, które nosiła od lat, przestały się zapinać — musiała je nosić rozsznurowane, z piętami wystającymi jak u dziecka w za dużych kapciach. Myślała: to wiek, to pogoda, to za dużo soli w rosole. Córka, Monika, pracująca jako pielęgniarka w szpitalu wojewódzkim przy ulicy Ujejskiego, kazała jej w końcu umówić się do kardiologa.

W poczekalni pachniało środkiem dezynfekującym i kawą z automatu, a z telewizora wisiał program o pogodzie — zapowiadali pierwszy śnieg. Doktor Tomasz Zieliński, mężczyzna po pięćdziesiątce z siwiejącą brodą, przeglądał wyniki echa serca i kartę pacjentki dłużej, niż Barbara by chciała.

— Pani Barbaro, od jak dawna bierze pani melatoninę?

— Od pięciu lat. Codziennie. To przecież nic takiego, to nie jest lek, to suplement.

Zieliński odłożył długopis i potarł kciukiem brew, jakby szukał sposobu, żeby to powiedzieć inaczej, niż zwykle mówi.

— Pani serce wygląda jak serce kogoś, kto się latami dusił po nocach, a nikt tego nie zauważył. I obawiam się, iż ten "nieszkodliwy suplement" miał w tym swój udział.

— Przecież to był mój sposób na sen. Bez tego w ogóle nie zasypiałam.

— Wiem, iż to dla pani jedyne, co działało. I właśnie dlatego nie powiem pani, żeby po prostu przestała brać to od jutra, bo pani znowu nie będzie spać, tylko będzie się bała do tego przyznać. Chcę najpierw sprawdzić, dlaczego pani nie śpi, zamiast dalej gasić to tabletką.

— To niech pan coś zapisze. Coś innego. Ja nie umiem już zasypiać bez niczego, panie doktorze, nie po tym, co się stało z Jankiem.

Zieliński nie odpowiedział od razu. Przesunął kartę pacjentki na biurku, jakby zyskiwał czas.

— Zapiszę pani skierowania. Ale tabletki, które pani bierze, i kostki, które puchną, i oddech, który się urywa na schodach — to jedna historia, pani Barbaro. Nie chcę, żeby pani ją kończyła sama, w kuchni, z pudełkiem z apteki przy Długiej.

Wyszła z przychodni z kartką pełną skierowań: na echo powtórzone za trzy miesiące, na badania hormonów tarczycy, na konsultację do poradni leczenia zaburzeń snu przy szpitalu na Świętokrzyskiej. W tramwaju numer cztery, wracając do domu, patrzyła przez zaparowaną szybę na światła przy moście Fordońskim i próbowała policzyć w głowie, ile to mogło być tabletek przez pięć lat, ale zgubiła się gdzieś przy mnożeniu i machnęła ręką, bo i tak nie miało to już sensu liczyć.

W domu zastała Monikę, która przyjechała prosto z nocnej zmiany, jeszcze w fartuchu z nadrukiem szpitala.

— I co powiedział?

— Że to, co brałam na sen, mogło mi rozwalać serce.

Monika usiadła przy stole, na którym stała filiżanka z odpryśniętym brzegiem — ta sama, z której matka piła herbatę od trzydziestu lat.

— Mamo, wyrzuć to pudełko.

— A jak nie zasnę? Mam leżeć i liczyć sufit do rana?

— To będziemy coś szukać. Terapię, zioła, cokolwiek. Ale nie coś, co ci dodatkowo obciąża serce, skoro i tak masz nadciśnienie.

— Łatwo ci mówić, ty śpisz, jak tylko głowę położysz na poduszce.

Monika nic nie odpowiedziała, tylko popchnęła filiżankę bliżej matki, jakby to mogło coś załatwić.

Barbara wstała od stołu, ale do szafki nad zlewem nie podeszła od razu — postała chwilę przy oknie, patrząc na sąsiedni blok, zanim w końcu wyjęła pudełko z resztką tabletek, jakieś dwadzieścia sztuk. Potrząsnęła nim, jakby sprawdzała, czy coś w środku jeszcze zostało do stracenia, i wrzuciła je do kosza na śmieci, razem z fusami po porannej kawie. Sąsiadka z naprzeciwka, pani Halina, akurat wychodziła z psem na spacer i zapytała przez uchylone drzwi, czy wszystko w porządku, bo Barbara stała w progu z pustym pudełkiem w dłoni dłużej, niż to było potrzebne.

— W porządku, Halinko. Właśnie coś zmieniam.

Tej nocy nie zasnęła do trzeciej. O czwartej wstała, zrobiła sobie herbatę, usiadła w kuchni i gapiła się w okno, aż zza bloków zaczęło się robić szaro. Rano zadzwoniła do córki i powiedziała tylko: „nie dałam rady", na co Monika odpowiedziała, iż to normalne, iż nikt nie obiecywał, iż będzie łatwo od razu.

Dwa tygodnie później Barbara zadzwoniła do poradni leczenia bezsenności i zapisała się na pierwszą wolną wizytę — za sześć tygodni, bo kolejka była długa jak na każdą poradnię w mieście. Zaczęła chodzić wieczorami na krótki spacer nad Brdę, zamiast siadać przed telewizorem z pilotem i pudełkiem tabletek pod ręką, choć pierwsze dni kończyły się tym, iż wracała zmarznięta i jeszcze bardziej rozbudzona. Nie spała od razu lepiej. Ale kiedy syn zapytał przez telefon, czy przywieźć jej z Niemiec kolejne opakowanie, odpowiedziała krótko:

— Nie trzeba. Już nie biorę.

— Serio? A co bierzesz teraz?

— Nic. Chodzę nad rzekę i się złoszczę, iż nie mogę spać. Ale nic nie biorę.

Syn zaśmiał się w słuchawce i powiedział, iż to pierwszy raz, kiedy mówi mu, iż czegoś nie potrzebuje z Niemiec, i iż mu się to choćby podoba, choć trochę dziwnie. Barbara odłożyła telefon na kuchenny blat, obok filiżanki z odpryśniętym brzegiem, i poszła sprawdzić, czy woda w czajniku jeszcze się nie wystudziła.

Idź do oryginalnego materiału