Marta Wiśniewska od dwudziestu trzech lat prowadziła gospodarstwo pod Kazimierzem Dolnym, sama, odkąd mąż zmarł na zawał przy żniwach. Miała sześć hektarów sadu, stary dom z czerwonej cegły i syna Pawła, który wyjechał do Warszawy i wracał tylko na święta.
W marcu Paweł przyjechał nie na święta. Przywiózł ze sobą Kamila, wspólnika z firmy budowlanej, i teczkę dokumentów.
— Mamo, potrzebujemy podpisu na przepisanie ziemi — powiedział, siadając przy stole, na którym stała jeszcze niedomyta miska po zupie. — Bank da nam kredyt pod zastaw gospodarstwa. Sto osiemdziesiąt tysięcy złotych. Rozkręcimy firmę, spłacimy w trzy lata.
Marta wytarła ręce w fartuch i usiadła naprzeciwko.
— A jeżeli nie spłacicie?
— Spłacimy — wtrącił Kamil, nie patrząc na nią, tylko na dokumenty. — Mamy już dwa zlecenia w Puławach.
Podpisała tydzień później, w kancelarii notarialnej w Kazimierzu, przy stoliku z plastikową doniczką sztucznego fikusa. Notariusz, mężczyzna po pięćdziesiątce z okularami na czubku nosa, czytał akt monotonnie, a ona kiwała głową w miejscach, gdzie kiwać było trzeba.
Firma upadła po czternastu miesiącach. Kamil zniknął z resztą pieniędzy — jak się później okazało, przelał je na konto w innym banku i wyjechał do Niemiec. Paweł został sam z długiem i z gospodarstwem matki jako zastawem.
Bank przysłał pismo w lutym. Egzekucja komornicza, termin trzydzieści dni.
Marta czytała je przy kuchennym stole, dokładnie tym samym, przy którym Paweł podpisywał umowę kredytową. List trzymała oburącz, jakby się bał, iż wypadnie jej z rąk, choć papier był zwyczajny, niczym się nie różnił od rachunku za prąd.
— Sprzedam mieszkanie w Warszawie — powiedział Paweł przez telefon, głosem, który łamał się co drugie słowo. — Odkupię ziemię od banku, jak już ją przejmą, jakoś się dogadamy.
— Mieszkanie jest warte sto dwadzieścia — odpowiedziała Marta. — Długu jest sto dziewięćdziesiąt sześć z odsetkami.
Cisza w słuchawce trwała długo. Nie odezwał się ani razu.
Sąsiadka, pani Halina, przyniosła jej tego wieczoru słoik miodu i usiadła na ganku, nie mówiąc nic przez dłuższą chwilę.
— Sprzedaj sad Nowakom — powiedziała w końcu. — Dają dobrą cenę, dwieście dziesięć za hektar. Spłacisz bank, zostanie ci na mieszkanie w bloku.
— A dom?
— Dom idzie z ziemią, Marta. Wiesz o tym.
Marta wstała, poszła do sadu, między jabłonie, które sadził jeszcze jej mąż w osiemdziesiątym siódmym roku. Dotknęła kory jednej z nich, tej najstarszej, krzywej, która rodziła najsłodsze owoce mimo iż nikt jej nie przycinał porządnie od lat. Stała tak, aż zrobiło się ciemno, a potem wróciła do domu i zadzwoniła do syna.
— Sprzedam sad Nowakom. Ty sprzedasz mieszkanie. To, co zostanie, wystarczy nam na start w bloku w Puławach.
— Mamo, ja…
— Nie mów nic. Po prostu przyjedź w sobotę, pomożesz mi spakować rzeczy taty z piwnicy.
Paweł przyjechał w sobotę, ale nie sam. Przywiózł ze sobą swoją córkę, siedmioletnią Zosię, którą Marta widziała ostatni raz na Boże Narodzenie. Dziewczynka od razu pobiegła do sadu, między drzewa, i zaczęła zbierać z ziemi opadłe, jeszcze zielone jabłka, układając je w rządku na starej ławce.
Marta patrzyła na to z okna kuchni, trzymając w rękach kubek z zimną już herbatą. Paweł stanął obok niej, nie odzywając się, dopóki nie odstawiła kubka na parapet.
— Nowakowie kupią ziemię, ale nie dom — powiedział cicho. — Rozmawiałem z nimi wczoraj. Zostawią ci dom i pół hektara wokół niego, jeżeli zgodzisz się na taką cenę, jaką dają za resztę.
— Ile to zmienia?
— Sto osiemdziesiąt pięć zamiast dwustu dziesięciu. Starczy na spłatę banku, nie starczy na mieszkanie.
Marta spojrzała przez okno na Zosię, która próbowała teraz ułożyć jabłka według wielkości, od najmniejszego do największego, marszcząc przy tym brwi z całą powagą, na jaką stać siedmiolatka.
— To zostańcie tu ze mną. Ty i Zosia. Dom jest duży.
Paweł nie odpowiedział od razu. Wziął od niej pusty kubek, umył go w zlewie, powoli, jakby to była najważniejsza czynność tego dnia, i dopiero wtedy się odwrócił.
— Kamil dzwonił wczoraj z Niemiec. Chce oddać połowę pieniędzy, mówi, iż sumienie go gryzie. Nie wiem, czy mu wierzyć.
— A ty co mu powiedziałeś?
— Że jeżeli naprawdę chce oddać, to niech przeleje, a nie gada.
Marta parsknęła śmiechem, pierwszym od tygodni, krótkim i trochę zdziwionym samą sobą. Podeszła do okna i otworzyła je, żeby zawołać wnuczkę na kolację. Zosia przybiegła z pełnym fartuszkiem zielonych jabłek, nie licząc się z tym, iż są jeszcze twarde jak kamień, i wysypała je na stół prosto przed babcią.
— Będzie z nich kompot — powiedziała Marta, biorąc jedno jabłko do ręki i obracając je w palcach. — Gorzki trochę, ale będzie.















