Rano rozpoczęło się jak zwykle. Za oknem jeszcze nie rozświetlało się, ale już słychać było przytłumiony szum miasta, które wstawało z letargu. Otworzyłem oczy, przeciągnąłem się i spojrzałem na kobietę leżącą obok Jadwigę. Leżała na plecach, ręka zwisała z łóżka, a twarz była rozluźniona, jak u małego dziecka. W tych chwilach starałem się nie myśleć o ostatnich kłótniach, o jej dziwnej zamkniętości, o tym, iż ostatnio przychodziła późno z pracy, mówiąc, iż wszystko w porządku, tylko dużo spraw. Chciałem jej uwierzyć. Chciałem, żeby wszystko było w porządku.
Dzień dobry szepnąłem, dotykając jej ramienia.
Zadrżała, otworzyła oczy.
Już? mruknęła, ziewając. Wstałaś wcześnie.
Potrzebuję kawy uśmiechnąłem się. Może zjemy razem śniadanie?
Oczywiście skinął głową, wstając. Zrobię ją sam.
Uśmiechnąłem się. To był rzadki przejaw troski z jej strony. Ostatnio prawie nie uczestniczyła w domowych obowiązkach, a ja już zaczynałem sądzić, iż po prostu jest zmęczona. Dzisiaj wyglądała jednak inaczej. Zbyt uważnie. Zbyt starannie.
Poszedłem pod prysznic, a kiedy wróciłem, w kuchni już unosił się zapach świeżo zaparzonej kawy. Jadwiga stała przy stole, nalewając ciemny napar do filiżanek. Do jednej mojej ulubionej porcelanowej z niebieskimi kwiatami nalała kawę, a drugą, z pęknięciem przy uchwycie (zawsze używana przez teść), zostawiła pustą.
Zrobiłem ci coś specjalnego powiedział, podając mi filiżankę. Tak, jak lubisz: kropla mleka i szczypta cynamonu.
Dziękuję uśmiechnąłem się, ale w tym momencie mój nos wyczuł dziwny aromat. Nie kawy. Coś ostrego, chemicznego z nutą gorzkiego migdału.
Zmarszczyłem brwi.
Co to za zapach? Od kawy?
Jadwiga zerknęła na filiżankę.
Nie wiem. Może nowa mieszanka? Albo mleko nieświeże?
Pocierwiłem ponownie. Gorzki migdał. Ten zapach znałem. W dzieciństwie babcia powtarzała: jeżeli czuć zapach gorzkiego migdału, to cyjanek. Nie uwierzyłem wtedy, ale później przeczytałem o tym w podręczniku chemii. Cyjanek ma charakterystyczny zapach gorzkiego migdału i jest śmiertelny.
Serce przyspieszyło.
Marcin, czy na pewno nie pomyliłeś się? zapytałem najspokojniej. Mam alergię na niektóre dodatki. Może lepiej wezmę inną filiżankę?
Zatrzymał się na chwilę, po czym się uśmiechnął.
Nie ma sprawy, to tylko kawa. Wypij, póki nie ostygła.
Skinąłem głową, ale w tej chwili w przedpokoju rozległy się kroki. Z własnego pokoju wyszła teściowa Halina Kowalska. Była kobietą surową, o zimnym spojrzeniu i zwyczaju dostrzegać każdy szczegół. Nigdy się z nią nie dogadywaliśmy. Uważała, iż nie jestem odpowiedni dla jej syna, iż jestem zbyt prosty, iż w jej rodzinie nie mieszka się takimi jak ja.
Dzień dobry rzekła suchą nutą, podchodząc do stołu.
Mamo, dzień dobry Jadwiga pocałowała ją w policzek. Zrobiłam kawę. Proszę, twoja filiżanka.
Wyciągnęła jej pustą filiżankę z pęknięciem.
A gdzie moja kawa? spytała, marszcząc brwi.
Zaraz nalewam odparł Marcin, sięgając po dzbanek.
W tej chwili zrobiła to, co uratowało mi życie.
Szybko wstała, wzięła moją filiżankę z kawą i rzekła:
Poczekasz.
Spojrzała na mnie z nienawiścią.
Marcin zamarł. Jego oczy na chwilę się rozszerzyły. Spojrzał na mnie i w tym spojrzeniu ujrzałem coś przerażającego. Nie strach, nie złość, a rozczarowanie.
Co ty tu kombinujesz? rzuciła teściowa, sięgając po moją filiżankę. Nalewaj kawę, a nie stań jak baranek.
Marcin powoli nalał mi kawę do pustej filiżanki.
Usiadłem. Serce waliło mi w piersi. Nie mogłem oderwać oczu od filiżanki stojącej przed teściową, tej samej, z zapachem gorzkiego migdału.
To jest podrobka mruknęła. Ale pić można.
Patrzyłem na Marcina. Siedział z opuszczonymi oczami, wbijając widelcem w talerz z omletem. Nie wypowiedział ani słowa, nie spojrzał w moją stronę, nie uśmiechnął się.
Po dziesięciu minutach teściowa nagle się skrzywiła.
Coś nie gra w żołądku wymamrotała. Głowa się kręci.
Czy pani źle się czuje? zapytałem, starając się nie zdradzić paniki.
Trochę odłożyła filiżankę. Mam wrażenie, iż że się dławie.
Wstała, ale zaraz się zachwiałła. Marcin złapał się za krawędź stołu.
Mamo! Co się z panią stało?
Ty ty spojrzała na niego, oczy rozszerzyły się. Ty chciałeś mnie
I upadła.
Zawołałem. Marcin rzucił się do niej, krzyczał po pogotowie, potrząsał ją za ramiona. Stałem jak w mgle. Wszystko działo się za szybko. Ale jedno wiedziałem na pewno: chciał mnie zabić, a ona stała się ofiarą zamiast mnie.
Po dwudziestu minutach przyjechała karetka. Lekarze wbiegli, obejrzeli Halinę Kowalską. Jeden z nich podszedł do filiżanki i powąchał ją.
Ma zatrucie cyjankiem potasu oznajmił. Bardzo wysokie stężenie. Jest w śpiączce. Szanse niewielkie.
Marcin stał blade, drżąc.
Nie wiem, jak to się stało po prostu zrobiłem kawę
Gdzie trzymają państwo kawę? zapytał lekarz.
W szafce ale to nowa, kupiłem wczoraj
Pokażcie.
Poszliśmy do kuchni. Lekarz otworzył puszkę, powąchał.
Tutaj nie ma cyjanu. Czyli ktoś dodał go do filiżanki albo do wody.
Policja przyjechała po pół godzinie. Rozpoczęto przesłuchania.
Pan jest ostatnią osobą, która dotykała filiżanki rzekł śledczy, patrząc na Marcina. I pan nalewał kawę.
Nie zrobiłem nic złego! krzyknął. Kocham swoją teściową!
A żonę? zapytał, przenosząc wzrok na mnie.
Zamilkłem.
Potem, gdy policja odprowadziła Marcina na komisariat, zostałem sam w domu. Na kuchni stała filiżanka. Taka sama. Podszedłem, wziąłem ją. Na dnie była cienka, biała błona. Nie umyłem jej. Włożyłem filiżankę do torby i schowałem w szafce.
Po trzech dniach teściowa zmarła. Lekarze stwierdzili nie do życia. Cyjanek zabił komórki mózgu w kilka minut.
Na pogrzebie Marcin był bladym, z opuchniętymi oczami. Trzymał się, jakby to była jego wina. Jednak w jego oczach nie widziałam żalu, a ulgi.
Po ceremonii podszedł do mnie.
Słuchaj powiedział wiem, co myślisz. Nie zabiłem matkę, ale chciałem zamilkł, po czym szepnął: Chciałem zabić ciebie.
Nie zdziwiłem się. Skinąłem głową.
Dlaczego?
Bo wiesz wszystko odparł. Wiesz o pieniądzach. O ubezpieczeniu. O tym, iż jestem zadłużony. Wiem, iż gram w kasynie i przegrałem wszystko. A jeżeli odejdziesz, weźmiesz połowę mieszkania. A gdybyś umarła dostanę odszkodowanie. Pięćset tysięcy złotych. To wystarczyłoby, by zacząć od nowa.
A matka?
Zaczęła mnie podejrzewać. Czytała moje wiadomości. Groziła, iż powie ci prawdę. Chciałem się jej pozbyć ale nie przewidziałem, iż mama wypije kawę.
Patrzyłem na niego. Na człowieka, z którym spędziłem pięć lat. Kogo kochałem. Kogo uwielbiałem, wierząc w marzenia i nadzieję.
Zabiłbyś mnie powiedziałam.
Tak odparł. Zabiłbym. Ale nie chciałem, żeby matka
Idź powiedziałam. Wypłyniesz z mojego domu. I nie wracaj.
Odszedł. Zamknąłem drzwi. Zadzwoniłem do adwokata. Złożyłem pozew o rozwód. Przekazałem policji filiżankę. Ekspertyza potwierdziła: w niej były ślady cyjanu potasu. Odciski palców tylko Marcina.
Miesiąc później zatrzymano go. Proces trwał trzy tygodnie. Nie zaprzeczał, iż chciał mnie zabić, ale twierdził, iż nie planował śmierci matki. Sąd uznał to za okoliczność łagodzącą. Wyrok 15 lat założenia w zakładzie karnym.
Przeprowadziłem się do innego miasta. Wynająłem małe mieszkanie nad jeziorem. Kupiłem ekspres do kawy. Teraz sam parzę kawę. Tylko naturalną. Bez cynamonu. Bez mleka. I za każdym razem, zanim wypiję, uważnie wącham zapach.
Bo gorzki migdał to nie tylko zapach. To ostrzeżenie. To głos instynktu mówiący: Uważaj. Tu czai się śmierć.
Nie boję się. Po prostu stałem się ostrożniejszy.
Czasem nocą śnię o teściowej. Stoi w drzwiach, trzyma filiżankę i patrzy na mnie. Nie z nienawiścią, ale ze współczuciem. Szepta:
Powinnaś była wyjść wcześniej.
Budzę się w pocie. Wstaję. Idę do kuchni. Napełniam szklankę wodą. Piję. Patrzę w okno. Tam ciemność i cisza.
Wiem jednak, iż gdzieś poza tą ciszą są ludzie, którzy uśmiechają się przy stole, mówią kocham cię, a w rzeczywistości myślą: Gdybyś zniknęła.
Już nie wierzę w przypadki. Nie w zapach kawy. Nie w miłość, która nagle staje się zimna. Nie w mężczyzn, którzy nagle zaczynają parzyć kawę o świcie.
Żyję. Oddycham. Patrzę przed siebie.
Nigdy nie zapomnę poranka, kiedy zapach gorzkiego migdału uratował mi życie.
Epilog
Minęły dwa lata.
Otworzyłem małą kawiarnię nad jeziorem. Nazwałem ją Migdał. Na drzwiach wisi szyld: Kawa z duszą. Bez goryczy.
Klienci pytają, skąd nazwa.
Uśmiecham się.
Po prostu lubię migdały mówię.
I nalewam im filiżankę świeżo parzonej kawy.
Bez zapachu.
Bez strachu.
Z nadzieją.
A jeżeli ktoś zaoferuje mi kawę, nieparzoną przeze mnie zawsze odmawiam.
Bo kiedyś już wybrałem filiżankę.
I to uratowało mi życie.








