Mąż wrócił do domu zupełnie odmieniony

newskey24.com 4 dni temu

– Kupiłeś chleb?

Popatrzył na mnie tak, jakbym zapytała po chińsku. Nie z niezrozumieniem. Po prostu zrobił pauzę. Długą, niezręczną ciszę, której nigdy między nami wcześniej nie było.

– Jaki chleb? odezwał się w końcu. I to nie było pytanie. Po prostu stwierdzenie.

– Zwykły, żytni, z Żabki, zawsze tam go bierzesz.

Postawił torbę na podłodze, rozejrzał się po kuchni, jakby pierwszy raz tu wszedł.

– Nie byłem w sklepie.

Pokiwałam głową i odwróciłam się do garnka. Powiedziałam sobie nic wielkiego, pewnie zmęczony. Tydzień go nie było w domu, konferencja w Łodzi, hotel, obce jedzenie, obce powietrze. Wiadomo, umęczony.

Ale przecież chleb zawsze kupował. Przez siedemnaście lat, po każdej, choćby najkrótszej podróży, najpierw szedł do Żabki na rogu Słowackiego i zawsze przynosił żytni chleb. To nie był zwyczaj ani ustalona zasada. Tak po prostu miał. Tak wracał do domu.

Mieszałam zupę i nie mówiłam nic dalej.

Nazywa się Grzegorz. Grzesiek. Ja mam pięćdziesiąt osiem, on sześćdziesiąt jeden. Mieszkamy w Poznaniu, w dwupokojowym mieszkaniu na czwartym piętrze bloku, które kupiliśmy w dziewięćdziesiątym dziewiątym, jak Martynka była mała. Martynka już dawno dorosła, mieszka w Warszawie, dzwoni w niedziele. Ja pracuję w bibliotece szkolnej, Grzesiek już na emeryturze od trzech lat, ale dorabia, prowadzi wykłady z przepisów budowlanych w technikum. Żyjemy spokojnie, bez specjalnych kłótni. To ważne. Nic nie zapowiadało tego, co zaczęło się po jego powrocie.

Jedliśmy w ciszy. On jadł powoli, patrzył w talerz. Czekałam, aż podniesie głowę i zagai o podróży, kolegach, iż winda znowu nie działała, iż tęsknił za normalnym, domowym żurkiem. Przecież zawsze coś opowiadał przy pierwszej kolacji po powrocie.

– Jak było w Łodzi? zapytałam.

– W porządku.

– Szkolenie udane?

– Tak.

Odłożyłam łyżkę.

– Grzegorz, dobrze się czujesz?

Popatrzył na mnie. Oczy szare, jak zawsze, tylko trochę zmęczone.

– W porządku. Zmęczony po prostu.

Posprzątałam ze stołu. Wyszedł do pokoju, położył się z telefonem. Jakby nic się nie stało. Po prostu nie było chleba. Nie było rozmowy. I jeszcze czegoś, czemu nie umiałam nadać nazwy.

Pierwszą i drugą noc zwaliłam na zmęczenie.

Ale w piątek, przy porannej kawie zauważyłam pierwszą naprawdę dziwną rzecz.

Patrzyłam przez okno na ogródek, kiedy wszedł z łazienki, nalał sobie wody, potem z górnej półki wyciągnął słoik z kaszą gryczaną, otworzył, powąchał i odstawił. Nic nie powiedziałam. Ale Grzesiek nigdy nie jadł kaszy gryczanej. Przy pierwszej randce śmiał się, iż to najnudniejsze jedzenie na świecie, iż chyba wymyślone przez ludzi bez wyobraźni. Zawsze to wspominaliśmy. Gotowałam mu ryż, pęczak, jaglaną ale gryki nigdy nie ruszał.

A teraz wyciągnął i powąchał. Jakby rozważał, czy nie spróbować.

– Nabrałeś ochoty na grykę? zagaiłam najluźniej jak się da.

– Nie odpowiedział i poszedł do pokoju.

Jeszcze długo patrzyłam na ten słoik.

W sobotę zadzwoniła Martynka.

– Tata wrócił? padło od razu.

– Wrócił, w środę.

– Jak się ma?

Zawahałam się chwilkę.

– Zmęczony po podróży, ale okej.

– To dobrze. Mamo, przyjedziemy z Tomkiem w październiku na urlop.

– No pewnie, przyjeżdżajcie. Czekam!

Nie powiedziałam jej nic. Co mogłam. Że tata nie kupił chleba i wąchał grykę? Brzmi to śmiesznie. I w ogóle jak co?

Ale już czułam w sobie, iż coś jest nie tak. Nie rozumem, tylko tym dziwnym czymś w środku, co wydaje sygnał, choć nie wyjaśnia.

W niedzielę zaproponowałam spacer. Zdarzało nam się chodzić do parku Cytadeli w niedzielne popołudnia. Lubił ławkę przy stawie, kupował nam po kubeczku kwasu ze straganu, jeżeli akurat był. Zwykły, niewielki rytuał.

– Pójdziesz ze mną do parku? rzuciłam.

Oderwał się od telefonu.

– Do którego?

– Do Cytadeli. Pogoda fajna.

Zamyślił się to też była nowość, bo zwykle od razu mówił pewnie albo tylko kurtkę wezmę.

– Dobrze odpowiedział w końcu.

Szliśmy w milczeniu. Nie cisnęłam rozmowy, tylko patrzyłam. Rozglądał się, bez entuzjazmu, ale i bez naszej zwykłej niedzielnej beztroski. Jak człowiek na obcym szlaku, który zapamiętuje zakręty.

Przy wejściu do parku stał starszy pan z psem, wielki, rudawy cocker spaniel.

– Spójrz, Tofik powiedziałam. Tak przezywaliśmy wszystkie puchate spaniele odkąd osiem lat temu sąsiadka Lucyna miała identycznego, o tym samym imieniu. Nasza prywatna, śmieszna ksywka.

Popatrzył na psa i nic. Zero reakcji.

– Tofik powtórzyłam cicho.

– Porządny pies odpowiedział tylko. Uprzejmie. Neutralnie.

Zatrzymałam się przy dzikiej róży, niby oglądając owoce. Serce waliło szybciej niż przy zwykłej przechadzce.

Nie pamiętał Tofika. Albo udawał. Ale po co?

Przy stawie straganu z kwasem już nie było, rozstawili go chyba tylko latem. Grzesiek usiadł na ławce, spojrzał na wodę.

– Tu jest całkiem miło odezwał się.

– Często tu przychodzimy.

– Tak?

Odwróciłam się do niego.

– Grzesiek, od dziesięciu lat tu chodzimy, serio.

Pokiwał głową spokojnie.

– No tak. Po prostu stwierdzam, iż miło.

Coś wtedy we mnie się ścisnęło i nie puściło już do końca. Dopiero późnym wieczorem, leżąc obok niego, zrozumiałam: On nie powiedział pamiętam, tylko no tak, takim tonem, jakby zgadzał się z faktem z podręcznika.

Nie spałam długo. Przypomniałam sobie, iż są takie zjawiska w psychologii, iż ludzie po silnych przeżyciach zmieniają się, a bliscy mają wrażenie, jakby ktoś podmienił im człowieka. Jak to się nazywało? Nie pamiętałam. Ale przecież on żadnego stresu nie miał. Szkolenie budowlane. Łódź. To nie powód, by być kimś innym.

Wstałam koło trzeciej, napiłam się wody, popatrzyłam przez okno na pusty dziedziniec, migający raz na jakiś czas latarnik. Pomyślałam poczekajmy. Może coś się stało, czego nie mówi. Może się z kimś pokłócił, może źle się czuł. Różnie bywa. Szczególnie po sześćdziesiątce, gdy życie już dało w kość, a przyszłość coraz bardziej niepewna.

Wróciłam do łóżka. Spał na boku, twarzą do ściany. Położyłam mu rękę na plecach, delikatnie, jak zwykle. Nie poruszył się.

W poniedziałek zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Jolki. Znamy się z uniwersytetu, ona mieszka po drugiej stronie Poznania, pracuje w rejestracji przychodni. Jolka to typ bezpośredni właśnie dlatego ją cenię.

– Jol, mogę wpaść?

– Co się dzieje?

– Sama nie wiem. Pogadać chcę.

– Przyjedź na piątą, będę w domu.

U Jolki zawsze pachnie ciastem, choćby jak nie piecze. Siedziałyśmy w kuchni, nalała herbaty. Opowiedziałam jej: o chlebie, o gryce, o Tofiku, o no tak nad stawem.

Jolka słuchała bez słowa. W końcu wzruszyła ramionami.

– Basia, to może być depresja, albo początki czegoś z pamięcią. W końcu oboje macie już swoje lata.

– Jol, sześćdziesiąt jeden!

– I co z tego? Stasiu z siódmego piętra miał początki alzheimera w tym wieku. Różnie bywa.

– Ale on nigdy nie był zapominalski. Pamiętał wszystko, choćby moje daty imienin.

– Wszystko się w życiu zmienia.

Gapiłam się w kubek.

– Jol, ale tu nie chodzi o zwykłe zapominanie. Czasem mam wrażenie, iż patrzy na mnie jak na kogoś obcego, grzecznie, ale bez znajomości.

Oderwała sobie kawałek ciasta.

– Wyspałaś się w ogóle?

– Nie bardzo.

– Właśnie. Basiu, może sama się nakręcasz. Zmęczony wrócił, a faceci nie gadają o swoich problemach. Daj mu czas tydzień.

Pokiwałam głową. Może ma rację. Pewnie ma.

Ale wracając do domu, myślałam tylko o tej gryce, jak otwarł słoik i powąchał. Tak proste, a we mnie jak drzazga.

W domu był. Siedział przy stoliku kuchennym nad papierami. Wstawiłam czajnik, wyciągnęłam siatkę z zakupami. choćby nie podniósł głowy.

– Byłam u Jolki.

– Mhm.

– Przyniosłam ciasto z kapustą. Twoje ulubione.

Spojrzał na ciasto.

– Z kapustą? Nie bardzo kapustę lubię.

Aż mnie coś ścięło.

– Grzegorz.

– Słucham?

– Kochałeś od dziecka ciasto z kapustą. Sam mi mówiłeś, iż twoja mama zawsze takie piekła.

Popatrzył na mnie obojętnie.

– Mama piekła z jabłkami.

Cisza.

Jego mamę znałam. Jadwiga. Odeszła dwanaście lat temu. Dobrze ją pamiętam. Bywałam u niej, niezwykle często robiła z kapustą i jajkiem. Dumna ze swojej receptury.

– Grzesiek, Jadwiga piekła głównie z kapustą powiedziałam cicho. Pamiętam dokładnie.

– Może i z kapustą. To było dawno wzruszył ramionami i wrócił do papierów.

Wyszłam do pokoju. Stanęłam przy oknie. Ludzie, samochody, szara jesień.

Jadwiga piekła z kapustą. Pamiętam ten zapach, ciasną kuchnię z ceratą w kwiatki. On pamiętał to lepiej niż ja. Opowiadał o tym nieraz, z rozrzewnieniem. Tego nie da się zapomnieć, jak pachniała kuchnia mamy.

Wyciągnęłam telefon, zadzwoniłam do Hani, jego siostry. Mieszka pod Gdańskiem, widują się rzadko, ale kontakt jest. Odbiera od razu:

– Basieńka! zawsze tak radośnie. Co tam u was?

– Haniu, powiedz, co mama piekła najczęściej?

Krótka pauza.

– No, ciasta różne, ale tylko z kapustą i jajkiem. Zawsze się tym chwaliła. A co?

– Nic, dzięki, przypomniałam sobie przepis.

Odłożyłam telefon. Nogi miałam jak z waty. Absurdalne nogi miękną przez ciasto z kapustą!

Znów sobie powtarzam: może coś z pamięcią, neurologicznego, wiek. Muszę go zaprowadzić do lekarza. Porozmawiać, wprost.

Przy kolacji pytam:

– Głowa cię nie boli ostatnio?

– Nie.

– Śpisz dobrze?

– Dobrze.

– Może poszedłbyś do lekarza? Tak profilaktycznie.

Odłożył widelec.

– Po co?

– No ciśnienie zmierzyć, dawno nie byłeś.

– Ciśnienie mam dobre, regularnie sprawdzam.

– Grzesiek, martwię się.

Popatrzył długo, uważnie.

– Myślisz, iż coś mi jest?

– Po prostu się niepokoję.

– Basia, wszystko w porządku. Przestań.

Wziął widelec i uciął rozmowę. To miał do siebie jednym zdaniem rysował mur. Wiedziałam o tym i zwykle odpuszczałam.

Ale tym razem przyglądałam się, jak je, jak trzyma sztućce, jak pochyla głowę i myślałam: czy on zawsze tak siedział? Czy nie miał bardziej wyprostowanych pleców? Widelec w prawej dłoni dobrze, jest praworęczny. Praworęczny? Tak.

Posprzątałam, weszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro zmęczona kobieta z krótkimi, siwymi (od dawna już nie farbuję) włosami, z śmieszkami wokół oczu, jak Grzesiek nazywał zmarszczki od śmiechu, nie od starości. Westchnęłam: Basia, już przesadzasz. Ludzie się zmieniają, szczególnie po czymś, czego nie doświadczyłaś razem z nim.

Umyłam się, położyłam.

W nocy obudził mnie brak dźwięków. Nie hałas, cisza. Sięgnęłam obok zimno. Nie było go.

Wyszłam światło w kuchni. Siedział przy stole, coś pisał w notesie. Tak, długopisem, co samo w sobie było dziwne, bo Grzesiek od lat pisał wyłącznie podpisy na papierach, nic więcej.

– Grzegorz?

Spokojnie podniósł głowę. Jakby czekał.

– Nie śpi mi się odpowiedział.

– Co piszesz?

– Tak myśli.

– Mogę rzucić okiem?

Pauza.

– To prywatne.

Patrzyłam na niego. Zniósł ten wzrok zupełnie spokojnie.

Grzesiek nigdy nie mówił prywatne na moje pytania. Po siedemnastu latach mogłam spytać o wszystko. Każde z nas miało swoją przestrzeń. Ale on nigdy nie mówił tym tonem.

– W porządku powiedziałam i wróciłam do łóżka.

Położyłam się. Słyszałam jeszcze przez chwilę, iż coś zapisywał. Potem wstał cicho, zgasił światło, położył się obok. Wiedziałam, iż długo nie spał.

Rano już nie było notatnika na stole.

Zaczęłam go szukać, nie wiem dlaczego po prostu musiałam. Sprawdziłam kuchenne szuflady nic. Zajrzałam do jego nocnej szafki pierwszy raz w życiu, to było za murem naszej prywatności. Prawie pusta: stare okulary, jakaś moneta, skrawki kartek z numerami. Notesu nie było.

Zabrał go ze sobą.

Pojechałam do pracy. W bibliotece było dobrze, cicho, stały zapach książek i trochę kurzu. To mnie uspokajało. Układałam książki, pomagałam Ani naszej młodej bibliotekarce znaleźć jakieś tygodniki. Normalny dzień.

Na przerwie siedziałam w kantorku i rozmyślałam jak rozpoznać, iż ktoś się zmienił? Po szczegółach, po zachowaniu? Czy po czymś głębszym? Kiedy myślisz, iż kogoś znasz zapach, śmiech, lęki, upodobania a nagle coś się przesunęło i już nie wiesz, kto to przed tobą.

To się chyba nazywa zamiana psychologiczna? Przypomniało mi się to po przeczytaniu jakiegoś artykułu. Bliska osoba zmienia się tak, iż zaczynasz mieć wrażenie, iż to już nie ona. To objaw albo choroby, albo wielkiego kryzysu. Starzenie, wypalenie, to się zdarza. Dzieci dorosłe, praca już nieważna, zostajecie tylko we dwoje, patrzycie na siebie i nie poznajesz.

Ale ja znałam Grześka. Znałam go na pewno.

Wieczorem był w domu wcześniej ode mnie. Stał w kuchni, patrzył przez okno.

– Grzesiek, co robisz?

– Patrzę.

– Na co?

– Tak po prostu.

Dla kogoś innego to by nie było dziwne, ale Grzesiek zawsze konkretny, zawsze w ruchu nigdy nie stawiał się w oknie dla samego patrzenia.

– Jak ci minął dzień? zapytałam.

– W porządku. Wykłady, jak zwykle.

– Uczniowie jak tam?

– A, młodzież.

Przeszłam obok, zaczęłam szykować kurczaka na kolację.

– Grześku, opowiedz mi coś o Łodzi rzuciłam przez ramię.

– Co dokładnie?

– Cokolwiek. Gdzie mieszkałeś, co widziałeś. Przecież byłeś tydzień.

Chwila ciszy.

– Mieszkałem w hotelu. Zwykłym. Spotkania były na uniwersytecie. Pokazali nam nowo wybudowane osiedle. I to wszystko.

– A ludzie? Byli jacyś twoi znajomi?

– Byli.

– Kto?

Znowu pauza. Odwróciłam się. Patrzył gdzieś obok mnie.

– Z naszego technikum ze dwóch. I parę osób z innych miast.

– Był Tomek Malinowski?

Tomek Malinowski, szef działu budowlanego, od trzech lat pracują razem. Grzesiek często mi o nim opowiadał, razem byli w zeszłe lato na rybach.

– Malinowski? Nie, nie było go.

– Przecież zawsze jeździ na te szkolenia.

– Tym razem nie.

Wróciłam do gotowania. Dobrze, może faktycznie nie był.

Nocą, kiedy Grzesiek już spał, napisałam ostrożnego SMS-a do żony Malinowskiego Ewy: Dobry wieczór, Ewo! Dopytuję tylko, czy Tomek dobrze wrócił z Łodzi?

Odpisała po kilku minutach: Tomka w Łodzi nie było, nie pojechał tym razem, był cały czas w domu. Stało się coś?

Napisałam, iż wszystko OK, musiałam coś pomylić.

Schowałam telefon. Leżałam w ciemności.

Nie wie, czy Malinowski był na szkoleniu. Osoba, z którą pracuje na co dzień.

Albo i wie, i kłamie. Ale po co?

Przewijałam w głowie wersje wydarzeń. Może się pokłócili i nie chce rozmawiać. Albo… może w ogóle nie był w Łodzi? Może ten tydzień był gdzie indziej?

Stop, przesadzam. To już za daleko.

Ale ta myśl została.

Nazajutrz, w środę, wymyśliłam powód. Mówię, iż nam nowe firanki do sypialni potrzebne i żebyśmy podjechali do Textile House na Głogowskiej. Czasem tam robiliśmy zakupy Grzesiek zawsze się nudził, jęczał bierz co chcesz, ja nie rozróżniam, a potem szliśmy na pączki do kawiarni obok. Taki nasz mikro-rytuał.

– Jedziemy dziś? pytam.

– Gdzie?

– Do Textile House. Po firanki.

– Ale po co nowe?

– Te są już stare.

Wzruszył ramionami.

– No dobrze.

Pojechaliśmy. Ciągnęłam go trochę między półkami, pytałam o zdanie odpowiadał obojętnie. A potem rzucam:

– Może po pączki skoczymy?

– Gdzie?

– Obok, w tej kawiarni. Przecież zawsze tam idziemy.

Popatrzył na mnie.

– Nie znam tej kawiarni.

Uśmiechnęłam się. Specjalnie, spokojnie, jakby nic.

– Zaraz ci pokażę.

Wyszliśmy, pokazałam mu naszą kawiarnię z żółtym szyldem. Sto lat tam już stoi.

– No tak. Nigdy nie zwróciłem uwagi.

Kupiliśmy pączki, patrzyłam na niego. Jadł normalnie, spytał czy mi nie zimno. Wszystko niby w porządku.

Tylko raz długo patrzył na żółty szyld. Jakby chciał coś sobie przypomnieć albo zapisać.

– Grzesiek pamiętasz mnie? zapytałam cicho.

Spojrzał zaskoczony.

– Co znaczy pamiętam? Jesteś Basia, moja żona.

– Wiem. Ale pytam: nas? Naszą przeszłość?

– Co się dzieje, Basia?

– Po prostu ostatnio jesteś jakby innym człowiekiem.

– Ludzie się zmieniają.

– Powiedziałeś to słowo w słowo, jak ja sama sobie myślałam dwa dni temu. Ty zawsze mówiłeś, iż ludzie się nie zmieniają.

Zamilkł. Jadł pączka.

– Może ja też się zmieniam powiedział w końcu.

Wracaliśmy do domu tramwajem, patrzyłam przez okno i myślałam o tym, iż strach stracić kogoś bliskiego, kogo masz tuż obok, nie jest wymysłem. Tylko czasem za tym kryje się coś, o czym nie umie powiedzieć.

W czwartek, gdy wyszedł do pracy, weszłam do jego gabinetu trzeciego pokoju, który zrobiliśmy podczas remontu. Biurko, regał, półki.

Nie chciałam szperać, naprawdę. Ale siadłam przy biurku i otworzyłam szufladę.

Leżał tam notes.

Otworzyłam go. Na początku pusty. Dalej wpisy malutkimi, równymi literkami, nie jego pismem. Grzesiek zawsze pisał duże, niedbałe litery, śmialiśmy się, iż pisze jak lekarz. To było drobne i równe pismo, choćby eleganckie.

Czytałam.

Były tam listy. Basia. Żona. 58 lat. Pracuje w bibliotece. Córka Martyna, Warszawa. Pije kawę bez cukru. Chce nowe firanki. Jolka przyjaciółka, pracuje w przychodni. Potem: Ciasto z kapustą, rzekomo ulubione. Park Cytadela w niedziele. Spaniel Tofik, żart rodzinny. Dalej: Jadwiga, mama. Kapusta czy jabłka sprawdzić.

Nie mogłam złapać tchu.

To były notatki osoby, która uczy się cudzego życia. Karteczki z hasłami, fakty na wypadek pomyłki.

Zamknęłam notatnik. Odłożyłam. Przeszłam do kuchni, nalałam wody. Wypiłam duszkiem. Potem jeszcze raz.

Myśli miałam konkretne, ostre, jak nigdy w momentach kryzysu.

Kim jest ten człowiek.

Od tygodnia mieszka w moim domu. Wygląda jak Grzesiek. Mówi jak on. Wie, iż jestem Basią, iż mamy córkę Ale wszystko zapisuje. Jakby się uczył.

Zadzwoniłam do pracy, iż jestem chora. Usiadłam w fotelu, patrzyłam przed siebie. Próbowałam logicznie wyjaśnić.

Amnezja. Może to taka dysocjacja, wyczytałam gdzieś, człowiek po dużej traumie traci część wspomnień, potem rekonstruuje fragmenty na własną rękę. Mógł coś przeżyć w Łodzi albo gdzie indziej, czego nie wiem. Pamięć mu się zresetowała. Notuje, żeby się nie pomylić. Wstydzi się powiedzieć, bo boi się mojej reakcji.

To możliwe. To tłumaczy prawie wszystko.

Poza pismem. To nie jego pismo.

Nie byłam nigdy maniakiem analizy pisma, ale Grześka znałam. Setki kartek, listy zakupów, karteczki na imieniny. To nie on.

Może ludzie zmieniają pismo po udarze. Ale po udarze byłyby inne symptomy, zauważalny deficyt. A przecież z nim wszystko (prawie) normalnie.

Pocierałam twarz rękami.

Wrócił o siódmej. Kolacja gotowa, dom w porządku. choćby nie wiem po co.

– Zmęczona? zapytał, widząc mnie. Nie poszłaś dziś do pracy.

– Głowa bolała, już lepiej.

Kiwnął głową, wziął torbę, poszedł umyć ręce. Wieczór jak każdy inny.

Przy stole patrzyłam, jak je. Myślałam: czym jest utrata bliskiej osoby, jeżeli nie taką właśnie obecnością fizyczną, bez treści.

– Grzegorz…

– Hm?

– Powiedz mi coś o naszym początku. Jak się poznaliśmy?

Podniósł wzrok, bez pośpiechu.

– Po co pytasz?

– Po prostu chcę usłyszeć.

Odłożył widelec.

– Przez wspólnych znajomych, na urodzinach kogoś. Miałaś niebieską sukienkę.

Czekałam. To prawda, to był urodzinowy wieczór Iwony Jankowskiej, dwudziesty trzeci września, dziewięćdziesiąty siódmy. Na razie się zgadza.

– Spotkaliśmy się potem parę razy. Zaczęliśmy się spotykać.

Pauza.

– I tyle dodał.

– A potem?

– No, ślub, Martyna przyszła na świat, kupiliśmy mieszkanie.

– Grzegorz. Jak mi się oświadczyłeś, dokąd pojechaliśmy?

– Basia…

– Po prostu powiedz.

Milczał długo.

– Nie pamiętam wszystkich szczegółów. To było dawno.

– Zawsze mówiłeś, iż pamiętasz każdy szczegół. Sam wspominałeś na naszej srebrnej rocznicy.

– Grzegorz. Dokąd pojechaliśmy po oświadczynach?

Patrzył długo. W oczach nie było złości, ani skrępowania. Coś innego, trudnego do nazwania może żal albo chłodna kalkulacja.

– Basia powiedział cicho. Po co ci to teraz?

– Chcę wiedzieć, czy pamiętasz.

– Jestem zmęczony. To było dawno. Życie nie polega na pamiętaniu szczegółów.

– To nie jest drobiazg.

– Dla mnie tak.

Zebrałam talerze. Nie dojadł, nie protestował.

Pojechaliśmy wtedy na Rurzycę to taka malutka rzeczka w Wielkopolsce, jeździliśmy autobusem, zabłądziliśmy, przyniósł mnie przez kałużę, bo miałam nowiutkie buty, a właśnie tam na brzegu, w sierpniu dziewięćdziesiątego ósmego powiedział, iż chce ze mną przeżyć resztę życia. Lubił tę historię, opowiadał ją wszystkim.

Człowiek, który siedzi w mojej kuchni, tego nie wie.

W nocy napisałam do Jolki długą wiadomość. O notesie. O piśmie. O Rurzycy.

Odezwała się po godzinie: Basia. Musicie do lekarza. Albo coś się dzieje z nim, albo z tobą. Zadzwoń rano.

Odłożyłam telefon, leżałam w ciemności. On spał obok, cicho, spokojnie. Gapiłam się w sufit.

Myślałam o tym, iż najtrudniejsze są nie te odejścia, gdy ktoś znika fizycznie. Najgorsze, kiedy ktoś po prostu przestaje być sobą, chociaż jest obok.

W piątek rano postanowiłam, iż powiem mu wszystko wprost. Powiem, iż znalazłam notes, iż rozmawiałam z Hanią i Ewą, iż to i tamto. Znajdę odpowiedzi.

Już był w kuchni, kiedy wstałam. Robił sobie herbatę.

– Grzegorz…

– Hm?

– Musimy porozmawiać.

Odwrócił się. Długo patrzył.

– Wiem powiedział.

Zastygłam w drzwiach.

– Wiem, iż coś wiesz. Widziałem, iż byłaś w gabinecie.

Milczenie. Nie przepraszałam. Czekałam.

– Usiądź powiedział.

Usiedliśmy. Trzymał kubek w dwóch dłoniach, patrzył w herbatę.

– Trudno to wyjaśnić zaczął.

– Spróbuj.

– To, co myślisz, jest chyba najprostszym wyjaśnieniem. Po części masz rację.

– To znaczy?

– Nie pamiętam wszystkiego zawiesił głos. Nie tak, jak myślisz. Tylko duże kawałki.

– Rurzyca powiedziałam.

– Co?

– Byliśmy nad Rurzycą, kiedy mi się oświadczyłeś. Pamiętasz?

Coś w jego twarzy drgnęło.

– Nie.

– Pamiętasz Tofika?

Pauza.

– Nie.

– Swoją mamę? Jadwigę?

– Twarz wiem, głos. Detali nie.

Siedziałam, obserwowałam. On nie odrywał wzroku od kubka.

– Kiedy to się zaczęło?

– Nie wiem dokładnie. Powoli.

– Dlaczego nie powiedziałeś?

– Nie umiałem.

– Spisywałeś notatki, żeby się nie pomylić.

– Tak.

– Pismo masz inne.

Długa cisza. Odstawił kubek.

– Wiem.

– Umiesz to wyjaśnić?

Nie odpowiedział. Patrzył w blat. Czekałam długo.

– Grzesiek. Spójrz na mnie.

Podniósł wzrok. Szare oczy. Normalne.

– Ty jesteś Grzegorz? Mój Grzegorz?

I po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach coś żywego. Coś jakby ból, jakby zagubienie, a może coś jeszcze.

– Basia powiedział. Nie wiem, jak mam ci odpowiedzieć.

Patrzyłam na jego dłonie na kubku, zmarszczkę przy ustach, która zawsze tam była, na siwiznę przy skroniach.

– To szczera odpowiedź?

– Najszczersza, jaką mam.

Za oknem padał deszcz, ten typowy, poznański. Słyszałam stukanie kropel o parapet. Codzienny dźwięk.

– Co mam z tym zrobić? mruknęłam w przestrzeń.

– Nie wiem odpowiedział. I znowu zabrzmiało to prawdziwie.

Wstałam, nalałam sobie kawy. Bez cukru. Stanęłam przy oknie i patrzyłam na mokrą ulicę.

Za plecami usłyszałam, iż też wstał. Zbliżył się na krok.

– Basia powiedział cicho.

– Co?

– Twój głos pamiętam. Od samego początku. Sposób, w jaki mówisz. To pamiętam.

Nie odwróciłam się.

– To za mało.

– Wiem.

Deszcz bębnił, ktoś zatrąbił na ulicy, potem znowu cisza.

– Potrzebuję czasu odezwałam się w końcu.

– Dobrze.

– Nie wiem, co będzie dalej.

– Rozumiem.

Odwróciłam się. Patrzył na mnie, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nie wiedział co, a może nie miał siły.

– Mam tylko jedno pytanie powiedziałam.

– Jakie?

– Chcesz tu być?

Nie odpowiadał przez chwilę. Deszcz dalej łomotał.

– Tak szepnął. Chcę tu być.

Patrzyłam na niego. Na człowieka, który mieszka w moim domu, zna moje imię, notuje fakty, nie pamięta Rurzycy, pisze innym pismem, ale trzyma kubek dokładnie tak, jak robił to Grzesiek.

– To idź po chleb powiedziałam. Żytni. Z Żabki na Słowackiego.

Skinął głową. Wziął kurtkę. Ruszył w stronę drzwi. Zatrzymał się.

– Basia.

– Tak?

– O Rurzycy opowiesz mi kiedyś?

Długo na niego patrzyłam.

– Zobaczymy odpowiedziałam.

Zamknęły się drzwi. Zostałam z kubkiem kawy przy oknie i słyszałam, jak jego kroki schodzą po schodach. Czwarte piętro, szesnaście stopni. Zawsze liczyłam.

Szesnaście.

Wyszedł na dwór. Widziałam, jak zawija w stronę Żabki, podnosząc kołnierz od deszczu. Zwykły człowiek w zwykły, deszczowy dzień.

Trzymałam kubek i nie wiedziałam, co myśleć, co czuć. W środku cicho po długim hałasie nie spokój, nie ulga, ale taki moment bez udawania, iż nie trzeba już szukać odpowiedzi.

Zadzwoniła Jolka.

– I co u ciebie? odezwała się.

– Sama nie wiem.

– Rozmawiałaś z nim?

– Tak.

– I?

Patrzyłam w okno. Rożek ulicy, na którym skręcił, był już pusty.

– Jol, czy mogłabyś żyć z kimś, kto nie pamięta, kim jest?

Cisza.

– On ci tak powiedział?

– Mniej więcej.

– Basia, to trzeba do lekarza. Tego się nie załatwi przy herbacie.

– Wiem.

– To co planujesz dalej?

Odstawiłam kubek na parapet.

– Sama nie wiem. Poszedł po chleb.

– Po jaki chleb?

– Żytni. Z Żabki.

Jolka zamilkła.

– Basia, martwię się o ciebie.

– Wszystko OK, Jol. Zadzwonię później.

Odłożyłam telefon, wzięłam kubek. Łyk kawy, już chłodna, ale przez cały czas dobra.

Szesnaście schodków. Zawsze liczę.

Po dwudziestu minutach ktoś zatrzasnął drzwi wejściowe. Kroki na schodach. Szesnaście.

Nie ruszałam się z miejsca.

Klucz w zamku. Drzwi się otworzyły.

– Proszę rzucił z korytarza. Żytni. Ostatni został.

Odwróciłam się. Stał w kuchennych drzwiach z bochenkiem w ręce. Cały mokry, włosy przyklejone do czoła.

– Połóż na stół powiedziałam.

Położył.

Patrzyliśmy na siebie.

– Herbaty chcesz? zapytałam.

– Tak.

Stawiłam czajnik. On zdjął kurtkę, powiesił na haczyku. Usiadł przy stole. Stałam tyłem, słuchałam jego obecności. Nie rozgłośnej, nie niepokojącej. Po prostu obecnej.

– Basia opowiesz mi kiedyś o Rurzycy?

Czajnik zaczynał buczeć, na początku cicho, potem coraz mocniej.

Stałam i nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Nie teraz rzuciłam w końcu. Może później.

– Dobrze odpowiedział.

Czajnik już wrzał.

Idź do oryginalnego materiału