Mąż nie chce przekazać odziedziczonego mieszkania swojej córce – spór o sprawiedliwy podział majątku…

polregion.pl 2 dni temu

Mój mąż odziedziczył po swojej ciotce mieszkanie małe, dziwnie ulokowane przy zawiłym skrzyżowaniu ulic w sercu Krakowa. Trochę pachniało starą farbą olejną, trochę wspomnieniami, ale znacznie bardziej kurzem i kurzem snów. Ja i mąż wychowujemy troje dzieci. Najstarsza córka, Jagoda, ma już dziewiętnaście lat i studiuje w Krakowie, niekiedy wracając z głową pełną marzeń. Starszy syn, Wiktor, ma dwanaście lat i najchętniej spędzałby czas nad Wisłą. Najmłodszy, Staś, dopiero nauczył się pisać swoje imię kredą na chodniku.

Mieszkamy wszyscy razem w dużym, jasnym, trzypokojowym mieszkaniu. Każde dziecko ma swoje miejsce, więc nie można powiedzieć, żebyśmy się tłoczyli, ale i tak czasem mam wrażenie, iż ściany lekko się pochylają, jakby chciały nas wszystkich przytulić.

Ostatnio pokłóciliśmy się z mężem o to odziedziczone mieszkanie. Powiedziałam, iż Jagoda powinna tam zamieszkać jest już dorosła, kto wie, może za chwilę wyjdzie za mąż i przydałaby się jej samodzielność oraz własny kąt, choćby jeżeli to kąt zakurzony i pachnący starymi obrazami. Mój mąż miał inny pomysł jego zdaniem, wręczenie mieszkania tylko Jagodzie będzie wielkim nietaktem wobec chłopców, a myszy zjadłyby sprawiedliwość. Proponuje więc sprzedać mieszkanie, a uzyskane złotówki podzielić równo między całą trójkę jak trzy talerzyki w bajce o Złotowłosej.

Uważam to za irracjonalny pomysł. Kiedy synowie dorosną, ta suma pieniędzy może wystarczy im tylko na nielubianego używanego fiata. Jagoda tymczasem mogłaby choć na chwilę posmakować dorosłości w dusznej kawalerce po ciotce, a dla synów, kto wie, może za kilka lat znajdzie się jakieś inne rozwiązanie.

Ale mąż patrzy na mnie smutnym wzrokiem i mówi, iż jeżeli damy mieszkanie tylko Jagodzie, bracia już zawsze będą czuli się pokrzywdzeni, a w ich rodzinnych snach rozrośnie się mglista żmija nieporozumień. Ja natomiast uważam, iż nasi chłopcy są jeszcze zbyt mali, by rozumieć przyszłość, i iż czas póki co stoi, zawirowując jak liście na Plantach, więc jeszcze możemy coś wymyślić.

Na razie nie powiedzieliśmy Jagodzie nic o mieszkaniach ani o marzeniach, bo uznaliśmy, iż najpierw musimy się z tym przespać zresztą kawalerka wymaga generalnego remontu. w tej chwili jest zupełnie nie do zamieszkania, zupełnie jakby mieszkały tam tylko zgubione sny i spróchniałe ramy obrazów. Poza tym nie mamy teraz pieniędzy na remont, a i czas biegnie jakby piętrowym tramwajem.

Czasami we śnie pytam siebie: kto ma rację ja czy mąż? Czy powinnam dalej wierzyć w swoje racje, czy lepiej przyznać mu słuszność? A może ktoś z was dostrzega jakąś trzecią, nieodkrytą, ścieżkę, po której można by pójść przez ten zakurzony, polski sen?

Idź do oryginalnego materiału