Kotlet leżał na talerzu równo pośrodku. Andrzej patrzył na niego, a żołądek przewracał mu się jak bębenek.
Sabinka, zjem sobie kanapkę, dobrze? Strasznie zgłodniałem.
Andrzeju, kolacja za dwadzieścia minut. Kurczak wystygnie.
Tylko kawałeczek, szybko…
Nie możesz poczekać tych dwudziestu minut? Rozplanowałam wszystko. Ziemniaki będą gotowe na siedemnastą piętnaście, mięso na siedem dwadzieścia. Jak teraz zjesz, potem nie ruszysz obiadu.
Zrezygnowany Andrzej usiadł za stołem. Sabina stała przy lodówce i układała zakupy z Biedronki: mleko na drugiej półce z prawej, ser w szufladzie, jogurty ściśle według dat, bliżej brzegu te, którym data kończyła się najszybciej.
Chociaż herbaty mogę sobie nalać?
Nalej. Tylko jedna łyżeczka cukru.
Sabina, przecież jestem dorosłym facetem.
Jesteś prze-di-a-be-ty-kiem w potencjale. Twój ojciec był, twój dziadek był. Jedna. Łyżeczka.
Andrzej sięgnął po czajnik, ale Sabina już była przy nim sama nalała herbatę, dosypała równiutko cukru i podała mu kubek.
Proszę bardzo. Pij.
Spojrzał na kubek, potem na jej plecy, które znów odwróciły się w stronę lodówki. Sięgnął po herbatę, upił pierwszy łyk. Była ledwie ciepła, niemal bez smaku, słaba i wodnista. Nic nie powiedział.
Na zewnątrz robiło się ciemno. Październik w Warszawie przynosi zmierzch wcześnie, a w tych blokowiskach, gdzie domy stoją blisko siebie jak kartonowe pudełka, zmrok spada niemal natychmiast. Latarnie świeciły jasno, samochody parkowały na tych samych miejscach. Wszystko było znajome i nużące.
Sabina miała pięćdziesiąt pięć lat, Andrzej dwa lata więcej. Trzy dekady pod jednym dachem, mieszkanie schludne jak sala operacyjna, ciche jak poznańska biblioteka.
***
Sobota zawsze zaczynała się o ósmej. Nie dlatego, iż nie można by pospać po prostu lista zadań zaczynała się właśnie o tej godzinie. Sabina rozpisywała plan w kratkowanym zeszycie czyściutką ręką.
08:00 śniadanie
08:30 mycie podłóg
10:00 zakupy: spożywcze w Carrefourze na Nowogrodzkiej, chemia oddzielnie
12:00 obiad
13:00 godzina odpoczynku
14:00 wizyta u cioci Halinki
17:00 powrót
17:30 kolacja
18:30 telewizor lub książka
22:00 spać
Andrzej znał ten plan na pamięć zmieniały się tylko sklepy i okazjonalnie godzina u cioci.
Mył więc podłogę w przedpokoju, przesuwając szmatę nudno od ściany do ściany, i myślał o rybach. Tak po prostu. Kiedy ostatni raz łowił? Osiem lat temu? Z Romkiem Bartczakiem nad Narwią. Złapali trzy małe okonie i jednego karasia, ugotowali zupę na ognisku z puszkowatego garnuszka… Romek opowiadał kawały tak głośno, iż kaczki uciekły.
Wrócił wtedy późno, po północy. Sabina nie spała.
Wiesz, która godzina?
Wiem, Sabinko. Trochę się zasiedzieliśmy.
Trochę. Dzwoniłam osiem razy, kolacja w lodówce. Już nie jest dobra.
Przepraszam…
Wiesz, jak się martwiłam?
Przepraszam.
Po tamtym razie już nie jeździł. Nie, żeby zabroniła. Po prostu tak wyszło zawsze coś ważnego, a potem choćby nie proponował. Tak było łatwiej.
Andrzej, płuczesz tę szmatę porządnie? Nie wyciskaj za mocno będą smugi.
Robił, jak mówiła choć nie widział różnicy. W podłodze można by się przejrzeć. Sabina chwaliła swój dom: U mnie można jeść z podłogi! słyszał przez ścianę. Nigdy by nie chciał jeść z podłogi, choćby najczyściejszej.
Zakupy zgodnie z planem. Obiad zgodnie z planem. Ciocia Halinka poczęstowała ich drożdżówką ziemniaczaną, lekko przypaloną od spodu, Sabina skomentowała: Halu, twoja kuchenka chyba nie grzeje równo. Andrzej zjadł trzy kawałki i pomyślał, iż właśnie przez tę chrupiącą skórkę było mu najlepiej.
Wracali dziesięć minut za wcześnie.
Sabina ustawiła siatki, wstawiła czajnik i wyjęła z lodówki sernik, pokrojony na sześć równych kostek.
Andrzej usiadł i ogarnęła go cicha panika. Nie przez sernik przez to, iż wiedział już, co będzie jutro, pojutrze, za tydzień, za rok.
Wszystko zjadł, wypił, usiadł przed telewizorem.
***
Odkurzacz rozleciał się w środę wieczorem nagle przestał ciągnąć. Andrzej rozłożył go na stole w kuchni, od razu widział: filtr pełen syfu, osłona szczotki pęknięta banał, dwadzieścia minut roboty. Pracował na zakładach FSO od ponad dwudziestu lat jako inżynier, więc żaden odkurzacz nie stanowił dla niego tajemnicy.
Sabina podeszła do drzwi.
Co robisz?
Naprawiam. Filtr zawalony i mocowanie pękło.
Wezwij fachowca, nie kombinuj.
Sabina, jestem to w stanie zrobić w pięć minut i za darmo.
Dwa razy sam naprawiałeś żelazko. Raz już potem w ogóle nie grzało, drugi raz tylko z jednej strony…
To były inne historie. Tu wiem, co trzeba zrobić.
Andrzej…
Sabina, jestem inżynierem.
Ale inżynierem samochodowym, nie majstrem AGD. Tylko nie zepsuj bardziej.
Coś się w nim przestawiło cicho, głęboko, jakby wielki kamień poruszył się w śnie. Popatrzył na rozkręcony odkurzacz, na swoje ręce, na jej spokojną twarz.
Naprawię to.
Andrzej…
Sam.
Patrzyła na niego zdziwiona, chwilę zła, potem po prostu zniknęła z kuchni.
Zajęło mu to godzinę. Odkurzacz ruszył i działał lepiej niż wcześniej. Andrzej posprzątał narzędzia i dla satysfakcji raz jeszcze włączył maszynę, słuchając równomiernego szumu.
Sabina przechodziła obok, rzuciła krótkie kiwnięcie głową.
Czekał może powie dobra robota? Nie powiedziała.
***
Ogłoszenie zobaczył przy metrze Politechnika: Naprawa sprzętów, gramofonów, sztalug i innych. Zgłaszać się adres niżej. Telefon też był, ale nikt nie odbierał. Andrzej miał stary, peerelowski gramofon Unitra, popsuty od trzech lat. Sabina od dawna radziła go wyrzucić on, za każdym razem, może jeszcze się przyda, i chowają stare winyle do schowka.
Gramofon kupił na studiach ojciec dołożył do reszty. Słuchał na nim Niemena z winyli poustawianych na parapecie w akademiku. Sabina potem winyle schowała do pudła zbierają kurz i wyniosła do piwnicy. Tylko czasem szedł sprawdzić, czy są.
Andrzej postanowił iść pod adres. Było to mieszkanie w starym bloku na Śródmieściu, kamienica z odpadającym tynkiem, ciężkie, drewniane drzwi. Trzecie piętro.
Po długiej chwili otworzyła kobieta w jego wieku, w fartuchu zachlapanym farbami, włosy byle jak spięte, kosmyki sterczały we wszystkie strony. Na policzku miała zieloną smugę.
Dzień dobry, do ogłoszenia?
Tak. Szukam warsztatu…
Oczywiście, proszę wejść. Jestem Walentyna. Tylko ostrożnie sztaluga stoi w przedpokoju, można się potknąć.
Wszedł i na chwilę zamarł.
Nic nie wyglądało tak, jak znał. Chyba tylko w zamierzchłej młodości, podczas odwiedzin w pracowniach architektów. Płótna stały w kątach jedne czyste, inne rozpoczęte, jeszcze inne z nawarstwionymi warstwami farby. Pędzle w słoikach, farby walające się po podłodze, gazeta z odbitą stopą, a na kanapie rozparty rudawy kot o wzroku arystokraty.
Pachniało terpentyną, kawą, lnianym olejem i… życiem, chyba.
Przepraszam za bałagan powiedziała Walentyna od rana malowałam, nie zdążyłam posprzątać.
Ależ nie szkodzi odparł Andrzej zdumiony własną szczerością.
I co chce pan naprawić?
Gramofon. Unitra. Przetwornik nie kręci. Próbowałem, ale pewnie silnik.
Unitra! Znam. Baterie w pilocie pan sprawdzał? Często śniedzieją styki.
Sprawdzałem, sprawa głębsza.
Przywiózł pan?
Najpierw musiałem się upewnić, bo telefon nie odpowiadał.
Zgubiłam wczoraj! Odnalazł się pod kanapą! Proszę przynieść, zerknę. Ale jeżeli już jest pan u mnie, nie pomoże pan z czymś? Będzie zniżka!
***
Sztaluga stała przy oknie solidna, stara, ale z rozklekotaną nogą. Uchwytem na płótno nie szło odpowiednio ustawić kąta cały czas się zsuwało.
Widzisz, tutaj śruba się poluzowała. Próbowałam gwoździa, ale się chybocze.
Andrzej przykucnął, obejrzał. Poprosił o śrubokręt. Walentyna przyniosła trzy różne, nie wiedząc który adekwatny. Wybrał jeden, wyciągnął wadliwy wkręt, poprosił o taśmę izolacyjną, owinął i dokręcił.
To prowizorka powiedział kup pani śrubę M6 z nakrętką. W Castoramie pełno.
Może zapiszę? zapytała Walentyna z miną osoby, która nie ufa własnej pamięci. Wzięła pędzel, namoczyła w czerni i napisała na gazecie: M6 z nakrętką!!.
Andrzej się zaśmiał tak zwyczajnie i lekko, iż nie poznał własnego głosu.
Zgubi pani tę gazetę.
Nie, przyklei się na lodówkę! A teraz zapraszam na herbatę, mam jeszcze pierogi z kapustą.
Chciał powiedzieć, iż musi, bo dom, bo Sabina… ale wyjął tylko:
Z przyjemnością.
***
Siedzieli w kuchni. Malutkie okno na podwórko, na parapecie donice z nieznaną zieleniną, pierogi ułożone bez serwetek, jeden przewrócony.
Andrzej zjadł pieroga. Trochę zmiękczony, ale smakował mu jak te, które robiła matka. Kapusta z jajkiem i szczypiorkiem.
Są pyszne.
Serio? Nie umiałam nigdy lepić, dopiero córka nauczyła przed wyjazdem. Studiuje w Krakowie, na historii sztuki. Ma dwadzieścia dwa lata i rozum jak dorosła.
A pani od kiedy tu mieszka?
Ze dwadzieścia pięć lat. Najpierw z mężem, ale rozwód rok temu. Teraz tylko ja i kot Stefan.
Stefan, słysząc imię, uniósł głowę, spojrzał w ich stronę i znów się położył.
Ciężko było po rozwodzie?
Na początku. Potem… zna pan ten moment, kiedy zdejmujesz za ciasne buty i okazuje się, iż już się przyzwyczaiłeś do bólu? Tak było.
Andrzej patrzył na drzewo za oknem. Już prawie łyse, ale parę żółtych liści trzymało się resztek sił.
Jesteś inżynierem?
Tak, w FSO.
Lubi pan robotę?
Praca jak każda. Dawniej uwielbiałem dłubać przy mechanice, dla siebie, naprawiać, łowić ryby.
O rybach opowiedz.
Zdziwił się. Sabina zwykle kwitowała: Co tu opowiadać, siedzisz i czekasz. Ale tutaj Walentyna patrzyła jakby nic poza tym się nie liczyło.
Kiedyś jeździłem co lato z ojcem. O świcie, jeszcze ciemno, w pociągu na Mazury. Nad jeziorem woda pachniała jak spać w makach. Słychać było trzepot płotek w trawie.
Walentyna słuchała w milczeniu, podparła się policzkiem.
Zorientował się, iż minęło prawie trzy godziny.
Muszę wracać powiedział.
Oczywiście. Dziękuję za sztalugę. I za ryby.
Za ryby?
Za opowieść. Widziałam tę wodę.
Idąc do metra, pomyślał: Kiedy ostatnio ktoś słuchał go tak na poważnie?
***
Sabina siedziała w kuchni, czekał na niego zimny kotlet. Miała minę zwiastującą długą rozmowę.
Gdzie byłeś?
Po gramofon. Kobieta-artystka poprosiła o pomoc przy sztaludze, zabawiłem.
Nie zadzwoniłeś.
Nie myślałem, iż tyle to potrwa.
Czekałam do siódmej, kotlety całkiem ostygły… dwa razy podgrzewałam i się wysuszyły.
Spojrzał na kotleta i na nią.
Przepraszam cię za kotlety.
Nie o kotlety chodzi! Należy mówić gdzie się idzie. To szacunek. Rozumiesz?
Wiem.
Nie myślisz nigdy o domu, o mnie. choćby kiedy kupiłeś nie ten twaróg pięcioprocentowy miał być, a ty przyniosłeś dziewięcioprocentowy! Musiałam wyrzucić…
Zdjął kurtkę, powiesił. Ręce spokojne, tylko w środku ściskała go sprężyna.
Zjadłem tam pierogi.
Pierogi.
Tak.
Po gramofon, wracasz o dziewiątej i pierogi jadłeś? Jak to brzmi?
Pomogłem, napiłem się herbaty. Ona nie ma męża, jest sama. Po prostu poprosiła o pomoc.
Jaka kobieta?
Walentyna, pięćdziesiąt cztery lata, wykłada w Domu Kultury, rok po rozwodzie.
Już poznałeś całą jej biografię.
Rozmawialiśmy przy herbacie, Sabino. Tylko rozmawialiśmy.
Wstała, schowała kotlet do lodówki, ruchami dokładnymi, szybkim krokiem.
Podgrzejesz sobie sam. Idę spać.
Odeszła. Andrzej został sam, słuchał deszczu za oknem. Deszcz też pada nie według planu.
***
Było jeszcze kilka takich popołudni… Przywiózł gramofon, Walentyna naprawiła przez znajomego, przyniósł jej placek z wiśnią. Później znowu wpadł, bo musiał sprawdzić, czy kupiła śrubę M6 tak jej powiedział. Ale kupiła nie tą, co trzeba: M4, myślała, iż wystarczy. Obśmiali się oboje nad tą śrubką. Później już przynosił własne.
Nie opowiadał Sabinie szczegółów. jeżeli pytała odpowiadał ogólnikowo. Może nie chciała wiedzieć więcej niż musi.
Pewnego dnia został długo. Oglądali album z reprodukcjami Chełmońskiego, Walentyna tłumaczyła, jak maluje się światło, a czas znikł. Andrzej czuł, iż nigdy wcześniej nie myślał o tym, jak malarz używa światła a to wydało mu się fascynujące.
Sabina czekała.
Kotlety…
Sabina, proszę…
Spojrzała na niego. W jej oczach nie było już złości, tylko niepokój.
Andrzej, co się dzieje?
Nic. Jeżdżę do znajomej, rozmawiamy, czasem pomagam. Lubię te spotkania.
Zdajesz sobie sprawę co mówisz?
Tak. Nie ma tam… zawahał się nie ma tam nic, czego myślisz. Tylko rozmowa.
Rozmowa.
Tak.
Andrzej, żyliśmy razem trzydzieści lat. Ja tu prowadzę dom, gotuję, pilnuję twojego zdrowia, pensji, rachunków. Jestem główną księgową, ogarniam wszystko. Myślisz, iż to miłe? Ty gdzieś z artystką herbatkę popijasz, kiedy mogłeś być w domu.
Nie znalazł odpowiedzi. Może tylko taką, której nie dało się powiedzieć bez ranienia jej.
***
Wyszedł w piątek wieczorem. Spakował torbę: dwie koszule, maszynkę do golenia, książkę, którą chciał przeczytać od miesięcy. Sabina patrzyła z drzwi pokoju.
Dokąd idziesz?
Potrzebuję ciszy. Przemyśleć wszystko.
Andrzej, to głupie.
Być może. Ale muszę wyjść.
Do niej idziesz.
Muszę pobyć sam.
Andrzej!
Zamknął torbę, spojrzał na nią. Stała ze skrzyżowanymi rękami w fartuchu, nieporuszona, twarz miała niespokojną, bez tej codziennej twardości.
Zadzwonię.
I wyszedł.
***
Walentyna nie wypytywała. Gdy zadzwonił: Czy mogę u ciebie pomieszkać parę dni? odpowiedziała: Pewnie, kanapa czeka. Przyjedź.
Spał na kanapie w pokoju pełnym płócien. Kot Stefan przychodził nocami do nóg. Rano Walentyna nalewała kawę z kardamonem, mlekiem sojowym siedzieli na kuchence i słuchali Radia Trójka. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. O pogodzie, kawie, Stefani, który zgryzł kolejną doniczkę.
Sabina dzwoniła. Na początku co godzinę, potem rzadziej. Andrzej raz odbierał, raz nie.
Andrzej, masz lek na ciśnienie? Tamten z lewej kieszeni?
Mam, Sabino.
Spakowałeś cieplejszą kurtkę? Ma być przymrozek.
Tak.
Przypominam: pojutrze wizyta u lekarza, czternasta. Zapisałam w styczniu!
Okej.
Czy nie możesz po prostu wrócić do domu? Czego ci brak?
Cisza.
Sabina, zadzwonię później.
Przyszedł sms od koleżanki Sabiny, Maryli: Andrzej, zwariowałeś? Sabina w takim stanie W końcu zadzwonił sam dyrektor, pan Henryk: Andrzej, co się stało? Sabina mówi, iż zniknąłeś. Później wiadomość od kuzyna Piotra, z którym widywał się raz do roku na Wigilii.
Wiedział: Sabina mobilizowała siły, jak zawsze, jak przy każdej katastrofie.
I jak tam? zapytała Walentyna.
Dziwnie. Strach. I trochę wolności ale to nowość.
To przejdzie.
Wstałem dziś, nie wiedziałem co ubrać. Po prostu wybrałem tę granatową koszulę. Chyba pierwszy raz od lat wybierałem sam.
Zawsze wybierała ona?
Układała z wieczora. Bo niby się źle ubiorę, nie do pogody…
Walentyna milczała.
Ona… kocha mnie, wiem to. Ale w tym byciu razem zniknąłem. Stałem się punktem jej planu.
***
Sabina przyszła w niedzielę. Znalazła adres przez billingi, umiała wszystko wywęszyć. Otworzył patrzyli na siebie długo.
Można? spytała cicho.
Odsunął się. Sabina weszła, spojrzała po przedpokoju, na stare buty Walentyny, na kolorowy szalik, na kurtkę z plamami farby. Z pokoju widać było róg płótna.
Walentyna wyszła z kuchni. Obie kobiety patrzyły na siebie długo.
Dzień dobry Sabina.
Dzień dobry Walentyna.
Sabina zwróciła się do Andrzeja:
Bierzesz leki?
Sabina…
Po prostu pytam.
W kuchni Andrzej właśnie kroił ogórki do sałatki. Kawałki były krzywe, każde w inną stronę. Sabinie odebrało dech ogórki muszą być równo pokrojone.
Sabina powiedział nie musiałaś przychodzić.
Andrzej, ja ci poświęciłam życie jej głos zadrżał Ja troszczyłam się o ciebie, trzydzieści lat. Czy rozumiesz, iż wszystko robiłam dla ciebie?
Wiem.
To dlaczego?!
Walentyna powiedziała od drzwi:
Sabino, pozwoli pani? Nie jako wróg. Ale troska to wtedy, gdy komuś jest przy tobie dobrze. Gdy może być sobą. Kiedy trudno oddychać, to już nie troska. Pani nie dawała mu oddychać.
Sabina długo milczała.
Nie zna pani naszego życia.
Nie znam.
Andrzej wziął ją za rękę. Nie cofnęła.
Sabina, składam pozew rozwodowy. Zdecydowałem. Nie chodzi o to, iż cię nie kocham albo nie kochałem. Po prostu już nie dam rady.
Spojrzała na ich dłonie. Odwróciła się, wzięła torebkę z szafki, wyprostowana jak posąg.
Leki masz w niebieskim pudełku, prawy górny szufladka powiedziała na wyjściu.
Drzwi się zamknęły.
***
Rozwód trwał pół roku. Mieszkanie zostało jej, nie protestował. Wynajął pokój na tej samej ulicy co Walentyna, w sąsiedniej kamienicy to było surrealistycznie blisko, ale tak się po prostu stało.
Układał sobie życie jak renowator starej kamienicy powoli, pokój po pokoju.
Pierwsze miesiące robił dziwne rzeczy. W sklepie kupił, co zobaczył, nie wg listy. Chleb ten, co wygląda ładnie, a nie dobry dla wątroby. Jadł przy lodówce, prosto z opakowania. Zasypiał przed TV dopiero o pierwszej, bo na TVP Kultura leciał czarno-biały film z młodości… Poczuł coś jak dziecięcą winę i dziecięce szczęście.
Z Walentyną powoli się dotarli. Nie spieszyli się z niczym, jakby mieli świadomość, iż teraz wolno smakować wszystko.
Na wiosnę pojechali na ryby.
Wypożyczyli wędki, popędzili jej starą, czerwoną polonez, która człapała pod górki, i dotarli nad maleńkie jezioro pod Brodnicą. Walentyna nigdy nie łowiła, uczciwie uprzedziła.
Siedzieli na brzegu. Poranek był zimny, rosa w trawie, a Andrzej zapomniał termosu. Zorientował się przy wyciąganiu z plecaka.
Termos został…
Trudno śmiała się Walentyna popatrz na mgłę.
Patrzył. Mgła była jak mleko, szła biała nad wodą, a słońce dopiero przecierało horyzont.
Ładnie? szepnęła.
Bardzo.
Złapał okonia, malutkiego. Walentyna pisnęła, śmiali się, kiedy rybka fikała w dłoni. Kazała go wypuścić. Wrócili bez ryby, obydwoje ubrudzeni Andrzej wpadł w błoto razem z nią. Śmiali się tak długo, iż kaczki uciekły.
Kurka ci nie da się doprać… mówiła.
E tam, poranek był piękny odparł z przekonaniem.
Patrzył na jej brudny rękaw, roześmianą twarz, kosmyki pod czapką. Oto prawdziwe życie nie plan, nie lista, tylko brudna kurtka i mleczna mgła.
***
Ślub wzięli jesienią, po półtora roku. Mały, nieliczny Romek Bartczak z fabryki, przyjaciółka Irena, wystrojona w rolę fotografa, i kot Stefan, który ziewał z parapetu w geście królewskiej rezygnacji.
Z Walentyną życie było szalone i śmieszne. Potrafiła wydać połowę pensji na farby, nie kupując chleba. Andrzej grzebał w starym radio znalezionym na targu i rozkładał kuchnię po śrubkach. Ona gubiła klucze choćby trzy razy w tygodniu, on zostawiał szczypce w zamrażalce.
Kłócili się o wszystko: o kasę, o pędzle walające się wszędzie, o narzędzia lądujące w najdziwniejszych miejscach. Raz ona znalazła klucz francuski w lodówce. Nie wiedział, jak on się tam dostał.
Nikt nie naliczał win. Po awanturze ktoś pierwszy wstawiał wodę na herbatę. To znaczyło: dość, idziemy dalej. I siadało się przy stole, popijało kawę.
***
Sabina dowiedziała się o ślubie z ust Maryli, hejterki-wszystko-wiedzącej.
Po odejściu Andrzeja dryfowała przez życie mieszkanie lśniło, obiady były na czas, raporty do szefowej, telefony, pranie.
Wieczorami mieszkanie było nienaturalnie ciche. Za duże dla jednej osoby. Czasem robiła dwie herbaty z przyzwyczajenia, jedną potem chowała to bolało najbardziej.
Szefowa, pani Mariola, kobieta stanowcza i przytomna, machnęła ją kiedyś po naradzie.
Pani Sabino, co pani jest?
Wszystko w porządku.
Od dwóch miesięcy widzę, iż nie jest. Kłopoty w domu?
Mąż odszedł.
Mariola kiwnęła głową.
Opowiem pani coś sama przez to przeszłam. Proszę… nie zaczynać zmian od generalnych porządków w domu. Najpierw posprzątać w sobie. Proszę pójść do specjalisty.
Sabina miała ochotę odpyskować, ale się powstrzymała.
***
Psycholożkę znalazła przez internet. Czterdziestoparoletnia pani przyjmująca w małym gabinecie przy Uniwersytecie Warszawskim. Pierwsze trzy spotkania prawie milczała, czuła się naga.
Na czwartym psycholożka spytała:
Kiedy się pani naprawdę bała? Nie o męża o siebie.
Sabina myślała.
Gdy pakował torbę. Gdy zdałam sobie sprawę, iż nie mogę go zatrzymać, nie mam kontroli.
Czemu ta kontrola tak ważna?
Cisza i śnieg za oknem.
Bo jak nie trzymam, wszystko się rozpada. Mama tak mówiła: Sabinka, pilnuj, bo facet zaraz odejdzie… Tak miała całe życie. I jej mąż i tak uciekł.
Cisza była miękka, nie taka jak w domu.
Więc bała się pani puścić?
Tak.
I co się okazało?
Że jak ściskasz za mocno, też tracisz.
Powiedzenie tego nieco ją uwolniło.
***
Posłuchała Maryli i poszła do Domu Kultury, bo miała dość ciszy. Wystawa akwarelistów farby przezroczyste, białe tło, lekka ręka.
Stała przed pejzażem z rzeką, obok pojawił się mężczyzna, nieznacznie starszy, rozmarzony.
Widzi pani? Autor zostawił tutaj biel. Kątem, o! To robi robotę całej kompozycji.
Spojrzała. Nie zauważyła wcześniej.
Jestem Andrzej.
Sabina.
Był niezdarny. Gdy wychodzili, zahaczył kurtką o klamkę, zamek się zaciął, długo próbował naprawić.
Pozwoli pan? Sabina naprawiła zamek w trzy sekundy i uśmiechnęła się.
Dziękuję… od miesiąca mnie to denerwowało.
Czas na nową kurtkę.
Może kiedyś… nie cierpię sklepów.
Postali jeszcze chwilę. On uczył gry na gitarze w tej samej placówce, chodził na wystawy co tydzień.
Będę się cieszył, jak pani też przyjdzie powiedział. Akurat w niedzielę planuję być.
Nie obiecała ale przyszła.
***
Z Andrzejem (nowym Andrzejem!) było dziwnie. Był wdowcem, żona zmarła trzy lata temu. Pił dużo herbaty, wieczorami grał na gitarze, zdarzało mu się zapominać, jaki dzień tygodnia. Rozmawiał długo o rzeczach, które ją śmieszyły choćby o tym, dlaczego kasztan pod oknem rośnie w bok, a nie w górę.
Na początku miała ochotę go zorganizować. Radziła mu notować w kalendarzu, układała rzeczy w szafkach.
On wziął ją za rękę:
Sabinko, ja tak wolę naprawdę.
Spojrzała na jego dłoń nie był zły jak Andrzej stary, tylko spokojny. Twoja kuchnia przytaknęła.
Zostawiła słoiki, jak stały.
To zapamiętała pierwszy drobiazg. Potem łapała się, iż ręce aż się rwą, by coś porządkować. Powstrzymywała je coraz częściej.
Psycholożka powiedziała:
Sabino, nie możesz kontrolować innych. Tylko siebie. I wie pani to ciekawsze.
Myślała o tym długo.
Zaczęła piec. Śmiała się z siebie zawsze wszystko od linijki, a teraz Maryla dała przepis na jabłecznik i powiedziała: Cynamonu wedle gustu. Sabina próbowała wyczuć, ile wedle gustu, gdy w przepisie nie podano gramatury.
Dosypała sporo wyczuła w cieście goryczkę. Ale zapach był taki, iż zjadła połowę gorącego przy kuchence, stojąc.
Już pieczesz? zdumiała się Maryla.
Uczę się. Nie zawsze wychodzi, ale jest wesoło.
Maryla przyjrzała się jej:
Zmieniłaś się na lepsze.
Sabina nic nie odpowiadała, ale wychodząc na ulicę, uśmiechnęła się do szarego jesiennego podwórka.
***
Spotkali się przypadkiem po dwóch latach, w parku na Żoliborzu. Stary Andrzej z Walentyną szli nad Wisłę, Sabina siedziała na ławce z książką, czekała na nowego Andrzeja, który poszedł po kawę.
Zobaczyła ich pierwsza: szedł w ciemnoniebieskiej koszuli, którą pamiętała. Obok Walentyna, uśmiechnięta, mówiąca coś przez śmiech, On śmiał się razem z nią.
Sabina zamknęła książkę.
Andrzej zobaczył ją, podszedł:
Sabino, cześć.
Cześć, Andrzeju.
Walentyna odsunęła się na bok, dając im przestrzeń.
Dobrze wyglądasz powiedział uczciwie.
Ty też.
Jesień była znów dziwnie spokojna, liście pod stopami.
Jak się masz? zapytała.
Dobrze. Jedziemy z Walą na Dolny Śląsk, bez planu, przez małe miasta, sobie tak… popatrzeć.
Gdzie konkretnie?
Jeszcze nie wiemy i uśmiechnął się. W tym cały urok.
Spojrzała na Walentynę stojącą obok, zafascynowaną drzewem.
U ciebie? spytał Andrzej.
Też dobrze. Uczę się piec ciasta… śmieszne, co?
Wcale nie.
Nie wychodzą zawsze. Ostatnio za dużo sody, ale i tak zjedliśmy.
Super.
A z Andrzejem, to… mój znajomy. Uczy gitary, wiecznie rozkojarzony przerwała. Uczę się nie poprawiać wszystkiego.
Spojrzał na nią uważnie.
Niezwykłe jak na ciebie.
Tak. Ale… zamilkła ale ciekawe.
Od strony kawiarni nadszedł nowy Andrzej z kawą i dwoma rogalikami.
Sabinko! Były i z makiem, i z cynamonem nie wiedziałem, które wolisz, więc wziąłem oba!
Parsknęła śmiechem lekko, bez skrępowania.
Stary Andrzej patrzył na nią.
Śmiejesz się zauważył.
Śmieję odpowiedziała, sama się temu dziwiąc.
Podeszła Walentyna.
Idziemy powiedziała cicho, nie będziemy przeszkadzać.
Wszystko w porządku Sabina pokiwała głową.
Pożegnali się. Bez wyrzutów. On kiwnął głową, ona się uśmiechnęła. Walentyna machnęła ręką było w tym coś ciepłego, żadnej drwiny ani triumfu.
Patrzyła za nimi, aż znikli. On śmiał się, podał Walentynie ramię.
Nowy Andrzej podał jej oba rogaliki.
Wybieraj.
Wzięła ten z cynamonem, pokruszył się i był ciepły.
Park szumiał. Dzieci krzyczały daleko. Po niebie płynęły chmury.
Sabina siedziała na ławce, jadła rogalika i myślała: A mogłam tak nigdy nie dowiedzieć się, jak to jest kochać, a nie rozkazywać. Gdyby nie odszedł, nie odkryłabym tego.
Andrzej usiadł, znalazł w torebce rogalika z makiem, którego nie cierpiał.
Chcesz? spytał.
Wzięła od niego.
Chcę.













