Andrzej wyszedł na emeryturę w listopadzie, w dzień swoich sześćdziesiątych piątych urodzin. W firmie transportowej przepracował trzydzieści osiem lat, z czego ostatnie jedenaście na stanowisku kierownika działu logistyki. Siostra, Ewa, jeszcze pracuje — jest ordynatorką na oddziale wewnętrznym w szpitalu wojewódzkim w Olsztynie. Dyżury, nocne telefony, wieczne zmęczenie. I nagle on w domu. Całymi dniami.
Na początku wszyscy myśleli, iż to kwestia pierwszych tygodni. Że odpocznie, rozejrzy się, znajdzie sobie zajęcie. Wnuki, działka, wędkowanie — cokolwiek. Ewa choćby kupiła mu nowy spinning, taki porządny, za trzysta pięćdziesiąt złotych, na przynętę. Leżał w przedpokoju oparty o szafkę na buty. Andrzej przechodził obok niego z pilotem w ręku i choćby na niego nie patrzył.
Pierwszy poważny kryzys nastąpił w styczniu. Ewa wróciła po szesnastu godzinach — miała trzynaście przyjęć na izbie, jeden zgon, awanturę z rodziną pacjenta i zero przerwy na obiad. Otworzyła drzwi i zobaczyła, iż w kuchni wisi nowa półka. Krzywo. Andrzej siedział na kanapie i oglądał powtórkę teleturnieju „Jeden z dziesięciu”. Na stole stały dwie puszki po piwie, talerz z resztkami pasztetu i okruchy chleba.
— Półkę powiesiłeś? — zapytała.
— A co, nie widać? — odpowiedział, nie odwracając się.
— Krzywa.
— Tobie wszystko przeszkadza. Ja już nic nie mogę.
Ewa stanęła w drzwiach do kuchni i policzyła do dziesięciu. Potem poszła do sypialni i położyła się w ubraniu. Andrzej ściszył telewizor dopiero po północy, ale nie przyszedł do łóżka. Spał na kanapie. Śniadanie zrobił sobie sam — i tylko sobie. Jajecznica, jedna porcja, patelnia zostawiona na kuchence.
Od tego czasu każdy dzień wyglądał podobnie. On wstaje o piątej rano, mimo iż nie ma już ani jednej trasy do rozplanowania. Robi kawę, wychodzi przed blok, pali papierosa na schodku, wraca. Łazi z kąta w kąt. Włącza telewizor i przewija kanały. Komentuje, iż w wiadomościach same bzdury. Potem idzie do piwnicy po jakieś śrubki, przynosi, wysypuje na parapet, po czym nie robi z nimi nic. Wieczorem ogląda mecze, choćby jeżeli gra drużyna, której nazwy nie potrafi wymówić. A jak Ewa bierze telefon, żeby oddzwonić do koleżanki z pracy, on z drugiego końca pokoju podnosi głos: „Znowu te twoje szpitalne plotki?”.
Ona się zmieniła. Zaczęła mówić ciszej, jakby oszczędzała słowa na później. W łazience trzymała kiedyś płyn micelarny, a teraz siada na brzegu wanny i po prostu patrzy w pralkę. Zadzwoniła do mnie w lutym i powiedziała, iż chyba zwariuje. Bo on w hotelu, jak był na delegacji, to jeszcze żyli jak para — dzwonili do siebie wieczorami, czekali na siebie. A teraz on jest w domu i jakby go więcej nie było.
Mama próbowała interweniować. Przyjechała w niedzielę, usiadła z Andrzejem przy stole, nalała herbaty i mówi:
— Andrzej, może ty mógłbyś pomóc w ogródku? Sąsiad ma krzaki malin, podzieli się sadzonkami.
A on:
— Proszę mnie nie traktować jak rencisty, co mu się dziwić trzeba, iż dach jeszcze trzyma.
I wyszedł. Na spacer. Na trzy godziny. Wrócił z siatką, w której niósł kilo ziemniaków i butelkę octu. Po co mu ocet, Ewa nigdy się nie dowiedziała, bo postawił ją w szafce pod zlewem i zapomniał.
W marcu Ewa powiedziała mi, stojąc na balkonie w kurteczce, bo ogrzewanie już skręcili, iż chyba złoży papiery o separację. Patrzyła, jak sąsiad z dołu wyprowadza psa — takiego małego, co to wiecznie chodzi bokiem. „Nie poznaję tego człowieka” — powiedziała. „A najgorsze, iż on się o nic nie stara. Jakby uważał, iż mu się emerytura należy jak drugie dzieciństwo.”
W tamtym tygodniu nadeszło z ratusza pismo o podwyżce czynszu. Andrzej otworzył, przeczytał, zmiął i wrzucił do kosza. Ewa znalazła papier, wyciągnęła, wyprostowała na parapecie. Zapytała, czemu nie powiedział. A on: „Bo to moje cztery tysiące świadczenia, nie twoje”. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam, jak moja siostra, która w szpitalu potrafi utrzymać nerwy przy reanimacji, usiadła na podłodze i zaczęła płakać w rękaw własnego swetra.
Najgorsze przyszło w Wielki Piątek. Ewa przygotowała koszyczek, bo na wsi u mamy święci się pokarmy w kapliczce. Andrzej siedział w przedpokoju, na skrzynce z narzędziami, i blokował przejście. Ewa z koszyczkiem podeszła, a on nie podniósł nóg. Musiała przejść bokiem, otarła się o ścianę, pisanka z czekolady spadła i pękła. Andrzej choćby nie mrugnął.
— Przepraszam — powiedziała Ewa.
A on:
— Uważaj na moją skrzynkę.
Nasza matka powiedziała jej wtedy tylko jedno: „Czasem lepiej, żeby chłop nie siedział w chałupie. Bo chałupa staje się trumną.” I poszła na grób ojca. Zostawiła makowiec na stole. Andrzej zjadł pół blachy, choćby nie pytając, czy to dla niego.
W kwietniu Ewa znalazła Andrzejowi miejsce w ośrodku dziennego pobytu dla seniorów. Od pierwszego maja, we wtorki i czwartki, od ósmej do szesnastej. Mają tam szachy, gimnastykę w wodzie, obiady za dwadzieścia złotych. Andrzej powiedział, iż nigdzie nie pójdzie, bo to „przechowalnia dla starców”. Ewa zabrała mu kluczyki od samochodu. Poszła do urzędu i sprawdziła, ile kosztuje wynajem garażu po drugiej stronie osiedla — trzysta złotych miesięcznie. Wypowiedziała umowę na miejsce parkingowe, które Andrzej miał od dwunastu lat. Zlikwidowała karnet na siłownię, do której nie chodził, bo mówił, iż kręgosłup. Zostawiła go na kanapie z pilotem i jedną skarpetką, która od tygodnia leżała pod stołem.
Wieczorem Andrzej wszedł do kuchni, gdzie Ewa płaciła rachunki online. Stał i trząsł się. Dosłownie. Trzęsła mu się broda, palce, dolna warga.
— Ty mnie chcesz z domu wygonić — powiedział.
— Nie. Ja chcę, żebyś miał gdzie iść, bo inaczej ja pójdę — odpowiedziała i podniosła słuchawkę, bo dzwonił telefon ze szpitala.
Andrzej zamilkł. Sięgnął po jej kubek z herbatą. Nie napił się. Tylko trzymał go oburącz, jakby grzał ręce. Potem odstawił kubek, wziął krzyżówkę z parapetu i wyszedł do pokoju. Zamknął drzwi cicho — pierwszy raz od pół roku bez trzaśnięcia.
W sobotę Ewa pojechała do notariusza. Wróciła po dwóch godzinach z teczką pod pachą, powiesiła kurtkę na wieszaku i usiadła naprzeciwko Andrzeja przy stole. Wyjęła kartkę — rozdzielność majątkową, nie separację. Położyła długopis obok.
— Nie chcę się z tobą rozwodzić — powiedziała. — Chcę, żeby to, co moje, zostało moje. I żebyś ty wiedział, iż mieszkanie po mamie, które dostałam w spadku, jest moje, jeżeli kiedyś będziesz chciał je sprzedać na coś, o czym mi nie powiesz.
Andrzej patrzył na kartkę długo, nie dotykał jej. W końcu wziął długopis, obrócił go w palcach, jakby sprawdzał, czy działa.
— A jak podpiszę, to co, zostaniesz? — zapytał.
— Zostanę. Ale we wtorek jedziesz do tego ośrodka. Bez gadania.
Podpisał. Litery wyszły mu koślawe, jak ta półka w kuchni. Ewa złożyła kartkę, schowała do teczki i postawiła czajnik na gazie. Andrzej wstał, poszedł do przedpokoju, przesunął skrzynkę z narzędziami pod ścianę, żeby nie zawadzała w przejściu, i po raz pierwszy od miesięcy sam zapytał, czy zaparzyć herbatę dla dwojga.














