Mąż leżał w śpiączce przez tydzień, a ja płakałam przy jego łóżku. Sześcioletnia dziewczynka szepnęła: „Szkoda pani, ciociu… Jak tylko pani odejdzie, on tu wyprawia przyjęcia!”

newsempire24.com 4 godzin temu

Maksymilian leżał w śpiączce tydzień, a Alicja łkała przy jego łóżku. Sześciolatka, z dwoma jasnymi warkoczami, szepnęła: Szkoda, iż pani Jak tylko pan wychodzi, od razu organizuje tu święta.

On udawał śpiącego księcia, a ja niegrzeszną wróżkę, dopóki sześciolatka nie wpuściła do mojego świata prawdy, której zapach był ostrzejszy i gorszy niż chirurgiczny płyn dezynfekujący.

Cisza w mieszkaniu była tak gęsta i lepka, iż można było się dławić. Za oknem zgasły już lampy, a Alicja wciąż siedziała przed migoczącym monitorem, kończąc kolejny projekt graficzny. Zegar na biurku pokazywał pięć po jedenastce. Znowu awaryjny termin. Znowu nocna zmiana. Znowu ona sama w tej przestronnej, stylowej i zupełnie bezdusznej kawalerce. Jej mąż, Maksymilian, jak zwykle wybrał się do znajomych. Po raz trzeci w tygodniu. Po raz trzeci w tej bez końca wyczerpującej tygodniowej maratonie.

Oparła się o oparcie krzesła, mocno potarła przekrwione powieki. W uszach wciąż dudnił nieustający dzwonek zmęczenia. No i znowu sama szepnęła do pustki. Znowu twój nie do zniesienia charakter wszystkich odpycha. Myślała o ostatnich kłótniach: jej zarzuty, jego milcząca irytacja. Może miał rację? Może naprawdę ciągle narzeka i jest nie do wytrzymania? Może jej surowa szczerość naprawdę go wypędza, jakby od zarazy?

Alicja była freelanceremgrafikiem. Jej prace były cenione, klienci stawali w kolejce, a zarobki pozwalały żyć we dwójkę z nadwyżką. Maksymilian rok temu zamknął mały sklepik i od tamtej pory wciągnięty był w długotrwałe poszukiwanie siebie. W praktyce oznaczało to niekończące się godziny na kanapie przy konsoli, bezcelowe surfowanie po sieci i te regularne wypady do znajomych, które stawały się coraz częstsze i dłuższe.

Alu, nie naciskaj mówił, kiedy ona nieśmiało sugerowała, iż warto by już podjąć decyzję. Wiesz, iż jestem w głębokiej depresji. Potrzebuję twojego wsparcia, nie kolejnych zarzutów.

Alicja cofała się, cisnęła się w poczucie ostra, żaroodpornej winy. Naprawdę, po co być tak szorstką? Trzeba dać mu czas. Trzeba być mądrzejszą, wyrozumszą, łagodniejszą. Trzeba

Nagle telefon Maksymiliana zadzwonił, jakby wibrując z szafy przy stoliku. Alicja przeglądnęła ekran. Wiadomość od Bogni: Maksiu, tęsknię jak szalona. Kiedy się zobaczymy?

Serce nie tylko spadło, ale poszybowało w bezwładnym spadku do lodowatej otchłani. Alicja chwyciła telefon drżącymi palcami. Hasła nie było nie mam nic do ukrycia. Otworzyła rozmowy. Dziesiątki, setki wiadomości: Mój kochany, Tęsknię aż do bólu, Kiedy w końcu powiesz żonie prawdę?, Ona cię nie ceni, a ja.

Ręce drżały tak, iż prawie upuściła telefon. Przewijała w górę. Fotki. Maksymilian z nieznajomą rudowłosą dziewczyną przytulają się w przytulnej kawiarni, całują się pod deszczem w parku, leżą na kanapie w obcym mieszkaniu, śmiejąc się. Na każdej twarz promienna, której nie widziała od lat.

W ustach wstąpił kwaśny kłopot. Żółć wspięła się pod gardło. Alicja ledwo przełknęła, wykręciła numer męża. Długie, niekończące się sygnały. W końcu podniósł słuchawkę.

Halo? jego głos był lekki, wesoły, a w tle słychać było chichot dziewczynki.

Maksymilianie, to ja.

Zapanowała martwa cisza. Chichot natychmiast ucichł.

Alicja? Coś się stało?

Stało, jej głos brzmiał obco, metalicznie. Znalazłam twój telefon i twoją korespondencję z Bognią.

Cisza w słuchawce stała się ciężka, gęsta niczym smoła. Rozciągała się w nieskończoność.

Jutro składaję pozew rozwodowy, powiedziała Alicja z lodowatym spokojem, którego nie znała. Nie wracaj. Twoje rzeczy wystawię w klatce.

Alicjo, poczekaj, nic nie rozumiem, wszystko wyjaśnię! wymamrotał.

Ale ona już odłożyła słuchawkę. Telefon spadł na podłogę. Alicja zsunęła się na sofę, obejmując głowę rękoma. Dwanaście lat. Dwanaście lat małżeństwa, które uważała, jeżeli nie idealne, to solidne. Dwanaście lat wierzyła, kochała, znosiła, wspierała. A on zdradzał. Według wiadomości przynajmniej pół roku. Pół roku kłamstw, pogardy, szyderstw za jej plecami.

Płakała całą noc gorzkimi, beznadziejnymi łzami. Rano, z przekrwionymi oczami, ale z nagłą twardością w duszy, spakowała jego rzeczy do dużego walizki i zostawiła przy drzwiach. Zadzwoniła do prawnika, umówiła spotkanie. jeżeli Alicja coś decydowała szła do końca. To było jej zasada.

Maksymilian nie przyszedł. Nie zadzwonił. Nie napisał. Dwa dni totalnej, ogłuszającej ciszy. Alicja zaczęła nerwowo kręcić się. Czy naprawdę tak mu wszystko jedno? Czy dwanaście lat nie były warte choćby jednego wyjaśnienia?

Trzeciego poranka zadzwonił telefon z nieznanego numeru. Alicja Wiktoria Nowak? usłyszał oficjalny, kobiecy głos. To Szpital Miejski nr12 w Warszawie. Pański mąż, Maksymilian Igorowicz Nowak, został przyjęty z kryzysem nadciśnieniowym. Stan poważny. Prosimy przybyć natychmiast.

Świat runął, roztrzaskany na kawałki. Wszystkie jej urazy, gniew i ból natychmiast przeminęły, zastąpione przerażającym, zwierzęcym lękiem. To ja wszystko spowodowałam! Zadręczałam go swoimi scenkami! To moje podejrzenia i zarzuty doprowadziły go do szpitala! dudniło w skroniach.

Nie pamiętając siebie, chwyciła pierwszą w rękę torbę, wezwała taksówkę i ruszyła do szpitala. W sali intensywnej terapii Maksymilian leżał blady, nieruchomy, prawie przezroczysty. Na rękach miał liczne cewniki, a przy łóżku migały i piszczały monitory. Lekarz, zmęczony mężczyzna po pięćdziesiątce, mówił o silnym stresie, nagłym skoku ciśnienia, mikroudarze i ryzyku poważnego ataku.

To niewielka śpiączka, wyjaśnił lekarz, obniżając głos. Leki utrzymują go w stanie snu. Teoretycznie może was słyszeć. Mówcie do niego, to ważne dla przebudzenia.

Alicja usiadła na krześle przy łóżku, delikatnie wzięła jego zimną, bezwładną dłoń w swoją. Maksymaliku, wybacz mi, szepnęła, a łzy znów spłynęły po policzkach, tym razem łzy skruchy. Nie chciałam, nie myślałam, iż to tak wyjdzie Przepraszam, kochany. Proszę, wyzdrowiej. Wszystko naprawimy. Obiecuję. Po prostu wróć.

Codziennie przychodziła, od rana do wieczora siedziała przy jego łóżku, rozmawiała, czytała na głos jego ulubione książki, płakała i prosiła o wybaczenie. Lekarze tylko kręcili głowami stan ciężki, brak poprawy.

Kochany, wszystko to moja wina, mówiła, pochylając się nad nim. Cię dręczyłam dniami i nocami, nie dawałam ci spokoju, nie rozumiała jego stanu. Oczywiście szukałeś pocieszenia gdzie indziej. Oczywiście to ja go popchnęłam w ramiona obcej. To moja wina. Wybacz i wróć.

Minął tydzień. Alicja porzuciła pracę, odłożyła klientów, przestała odbierać telefony. Jedyną myślą było, by on się obudził.

Piątkowego wieczoru, kiedy opuszczała salę, podeszła mała dziewczynka, sześciolatka z dwoma jasnymi warkoczami i niebieskimi gumkami. Wielkie, bezdenne niebieskie oczy patrzyły na Alicję z powagą dorosłego człowieka.

Ciociu, chodzisz do pana Maksa? zapytała cicho.

Tak, kochana, wymusiła uśmiech Alicja. To mój mąż.

Dziewczynka skinęła głową. Jestem Łucja. Mój tata tu pracuje przy ochronie. Po przedszkolu przychodzę, czekam, aż skończy zmianę. Czasem przynoszę panu Maksowi kawę z bufetu. Prosi.

Alicja zmarszczyła brwi. Kawę? Łucjo, ale on on jest w śpiączce. Nie może prosić kawy.

Łucja spojrzała z czystym zdumieniem. Nie, nie śpi. Chodzi, rozmawia, choćby się śmieje. Tylko kiedy wy odchodzicie, widząc was za drzwiami, od razu wraca do łóżka i zamyka oczy.

Podłoga pod stopami Alicji wydawała się falować. Czuła, iż zaraz upadnie. Uklękła, by być na równi z dziewczynką, i wzięła ją za rękę.

Łucjo, jesteś pewna? Właśnie widziałaś, jak wstaje?

Oczywiście! wykrzyknęła. Wczoraj tańczył z panią Kasią. Ona ma piękne rude włosy i przynosi mu pyszne jedzenie. Śmieją się głośno. A kiedy przyjeżdżacie, pani Kasia chowa się w łazience.

Alicja przestała oddychać. Powietrze stało się gęste i lepka. Łucjo po co mi to wszystko mówisz?

Dziewczynka spojrzała na nią z dzieciną, ale szczerą współczuciem. Litość mnie trapi, ciociu. Zawsze płaczesz. Pan Maks potem opowiada pani Kasi, iż powiedziałaś mu coś, i obaj się śmieją. To nie podoba mi się. Tata mówi, iż dorosłym nie wolno mieszać się, ale naprawdę żałuję, iż cię widzę tak smutną.

Alicja powoli wstała. Nogi były jak watą. Dziękuję, Łucjo. Jesteś odważna i szczera.

Wyszła ze szpitala, wsiadła do swojego samochodu i zamknęła oczy. Palce trzęsły tak, iż nie mogła włożyć klucza do stacyjki. Udawał? On cały czas udawał. Symulował, by ona czuła się winna, by poddała się i zgodziła na wszystko, by dalej go utrzymywać, podczas gdy on bawił się kochanką w szpitalnym pokoju.

Wieczorem, około dziewiątej, Alicja wróciła do szpitala. Weszła na adekwatne piętro. Strażnik przy bramie ojciec Łucji, surowy mężczyzna z zmęczonymi oczami spojrzał na nią z milczącym współczuciem i skinął, wpuszczając.

Cicho podeszła do pokoju Maksa. Drzwi były lekko uchylone. Przez szczelinę wlewało się światło, a w tle słychały przytłumione głosy, śmiech i jego żartobliwy głos: i wyobraź sobie, iż wchodzi moja kochankadziewczyna i mówi Maksiu, wybacz, ja we wszystkim winna! To po prostu żart!

Kobieta, którą wcześniej słyszała w telefonie, wtrąciła: Maksym, jak możesz? Przecież naprawdę go kochasz.

Kocham moją przyszłą współlokatorkę! A ja to wytrzymuję dla kasy. Ale niedługo się rozstaniemy, a ona dostanie odszkodowanie za moralne szkody, i my z tobą, Kasiu, wreszcie będziemy żyć normalnie!

Czy to naprawdę zadziała?

Sto procent! Ona już tydzień udaje niewinną ofiarę. Jeszcze trochę i podpisze cokolwiek.

Alicja gwałtownie wdarła drzwi. W pokoju siedział Maksymilian w szpitalnym pidżamie, promienny i zupełnie zdrowy. Na kolanach leżała ta sama ruda dziewczyna z fotografii. Na nocnym stoliku stały plastikowe pojemniki z resztkami jedzenia i prawie pusta butelka drogiego wina.

Zobaczywszy ją, zamrozili się jak aktorzy pod reflektorem.

Alicjo zaczzął Maksymilian, próbując wstać z łóżka.

Ale ona podniosła rękę, zatrzymując go. Milczeć. Nie mówić nic.

Jej głos był cichy, ale w nim brzmiała stal, której Maksymilian instynktownie uniknął. Alicja powoli wyciągnęła telefon i zrobiła kilka wyraźnych zdjęć: on, ona, butelka wina, porozrzucane ubrania.

Na potrzebę sądu. Żeby nieZamknęła drzwi na klucz, zostawiwszy za sobą kłamstwa i wyruszyła w nowe życie, w którym prawda stała się jedyną walutą.

Idź do oryginalnego materiału