Serce matki
Stanisław siedział za kuchennym stołem, zajmując swoje ulubione miejsce, przy którym od dzieciństwa spędzał najwięcej czasu. Przed nim parował głęboki talerz z barszczem czerwonym tym jedynym, niepowtarzalnym, który potrafiła ugotować tylko jego mama, Maria. Aromat warzyw i delikatna, kwaskowata nuta buraków przywoływały w pamięci lata beztroskiego dzieciństwa.
Łyżka powoli wędrowała z talerza do ust, a myśli Stanisława odpływały w dal. Rozważał, jak bardzo zmieniło się jego życie przez ostatnie lata. Teraz było go stać, by śniadania jadać w modnych kawiarniach Warszawy, obiady w restauracjach z gwiazdką Michelin, a kolacje w miejscach, gdzie szefowie kuchni eksperymentowali z nowoczesnymi technikami. Bez problemu mógł zamówić ostrygę z Bretanii, trufle z Piemontu czy japońską wołowinę wszystko, czego dusza zapragnie. A jednak choćby najbardziej wyrafinowane smaki nie mogły się równać z prostym, mamusinym barszczem.
Wszystkie te sosy, egzotyczne przyprawy, wymyślna prezentacja potraw to wszystko wydawało się Stanisławowi puste i bez duszy w porównaniu z domowym posiłkiem, w którym czuł ciepło matczynych dłoni oraz troskę, która nie mieściła się w żadnym przepisie. Ile by nie podróżował po świecie i czego by nie próbował, najlepiej smakowała kuchnia mamy.
Z zamyślenia wyrwała go Maria, która weszła do kuchni, starając się nie narobić hałasu. Postawiła filiżankę z herbatą przed synem i usiadła naprzeciwko. Widać było, iż coś ją niepokoi.
Stasiu, o której musisz jutro wyjechać? zapytała cicho.
Podniósł wzrok, uśmiechnął się lekko.
Rano, mamo. Samochód mi padł, więc pojadę z naszym sąsiadem, Jankiem. Odbierze mnie spod bloku.
Zerknął na matkę z troską. Podobało mu się, iż Maria wygląda zdrowo, pogodnie, z rumieńcem na policzkach. Nikt by jej nie dał więcej niż czterdzieści lat, choć dawno już przeszła pięćdziesiątkę.
To tylko parę godzin jazdy, nie ma powodów do obaw dodał uspokajająco.
Maria zastygła, jakby nagle usłyszała coś niepokojącego. Zacisnęła palce na brzegu stołu, szukając oparcia. Przez moment w pomieszczeniu słychać było tylko tykanie zegara wiszącego nad drzwiami.
Z Jankiem… szepnęła bladziutka. Stasiu, nie jedź z nim, proszę cię.
Zmarszczył brwi. Dawno nie widział jej tak przejętej zawsze opanowana, teraz wydawała się naprawdę zmartwiona.
choćby nie wiesz, kogo mam na myśli próbował żartować. Przecież Janek jeździ spokojnie, w życiu nie przekroczyłby prędkości, a auto ma porządne, volkswagena. No i tablice same siódemki, szczęśliwy numer! Nic się nie stanie, zobaczysz.
Maria podeszła do niego, kładąc chłodną dłoń na jego gorącej ręce.
Synku, zamów sobie taksówkę, dobrze? Serce mi nie daje spokoju. Proszę cię, uspokój mnie.
Parsknął śmiechem, chcąc rozwiać jej lęki.
Może taksówkarz kupił prawo jazdy na bazarze? Przestań się martwić, zaraz zadzwonię do ciebie, jak tylko dojadę. Zanim się obejrzysz, znów będę w domu na obiedzie.
Pocałował ją w policzek i objął mocno, wkładając w ten gest całą pewność siebie. Maria odpowiedziała przytuleniem, jakby próbowała zachować na zawsze ciepło jego rąk.
Wszystko będzie dobrze, mamo powtórzył jej w oczy. Obiecuję.
Potem wyszedł na dobrze znaną osiedlową uliczkę było późno, latarnie świeciły miękkim, żółtym światłem. Szło się przyjemnie, choć myśli wracały do zmartwionej matki.
W domu spakowana walizka czekała pod drzwiami. Jeszcze raz sprawdził zawartość, przygotował się do pobudki. Budzik na szafce wskazywał za piętnaście dziesiąta. Jutro wstaję o szóstej, nie zaspać powtarzał w myślach.
Zasnął długo patrząc w sufit, słuchając nocnych dźwięków miasta. Czuł, iż gdzieś tam, kawałek dalej, Maria też czuwa, nie mogąc zasnąć z niepokoju.
***
Poranek nie miał nic wspólnego z planami. Zbudził go rażący strumień słońca i cisza żadnego dźwięku budzika. Zerknął na zegar za pięć dziewiąta.
Jasna cholera! syknął, wyskakując z łóżka. Budzik bezużytecznie milczał. Czemu Janek mnie nie zawołał? Przecież się umawialiśmy!
Chwycił telefon był wyłączony. Przecież zostawił go na ładowarce! gwałtownie uruchomił aparat, a ekran natychmiast wypełniły powiadomienia.
Janek pisał od ósmej: Stasiek, gdzie jesteś? Czekam pod blokiem już piętnaście minut. Za dziesięć odjeżdżam sam daleko trzeba jechać, nie mogę dłużej czekać. Jedziesz czy nie? Daj znać. Jadę. Przepraszam, nie mogę czekać.
Stanisław zamarł. Janek faktycznie przyjechał i czekał. On jednak zaspał. Przed oczami stanęła mu zmartwiona twarz Marii z wczoraj. Przeczuwała coś złego, a on nie posłuchał.
Odruchowo chwycił klucze i wybiegł z mieszkania, nie myśląc nawet, czy spakował wszystko. Po drodze w głowie brzmiała tylko jedna myśl: byle wszystko było w porządku. Pokonał trasę do rodzinnego bloku w rekordowe półtorej minuty.
Drzwi wejściowe były uchylone. Wpadł do środka, wołając zdyszanym głosem:
Mamo, wszystko dobrze?!
Maria siedziała na kanapie, blada, z zapuchniętymi oczami. Gdy zobaczyła syna, z jej ust wyrwał się cichy szept:
Stasiu to ty? Chryste Panie dziękuję Ci!
Stanął jak wryty, nie rozumiejąc nic z tej sceny. Maria nigdy nie płakała widok jej łez zbił go z tropu, chciał ją natychmiast pocieszyć, ale nie wiedział jak.
Co się stało, mamusiu? zapytał w końcu cicho, siadając przy niej i biorąc jej dłoń, chłodną i drżącą.
W tej chwili z telewizora popłynął głos spikera:
Tragiczny wypadek pod Radomiem. Zderzyły się cztery auta. Przeżył tylko jeden kierowca, jadący audi
Obraz rozbitych aut, sygnały policji i pogotowia, porozrzucane rzeczy. Stanisław wpatrywał się w telewizor, aż rozpoznał jedno z aut białe audi, tablica z trzema siódemkami.
Zimny dreszcz przeszedł mu po plecach. To był samochód Janka.
Już wiedział Maria zobaczyła wypadek w wiadomościach, rozpoznała samochód sąsiada, a gdy nie odbierał telefonu, wyobraziła sobie najgorsze. Przerażenie, jakie musiała przeżyć, ścisnęło mu serce.
To ja, jestem cały odzywał się najspokojniej jak potrafił. Patrz stoję przed tobą, wszystko w porządku.
Przyniósł jej szklankę wody, objął ramieniem Maria trzymała się go kurczowo, jakby nie wierzyła, iż to naprawdę on. Z jej oczu płynęły łzy ulgi i zmęczenia.
Stasiu, tak się bałam szlochała prawie bezgłośnie. Myślałam, iż cię straciłam
Gładził jej włosy, starając się przywrócić spokój, ale widział, jak wyczerpana jest matka. gwałtownie zadzwonił pod numer ratunkowy.
Proszę przyjechać jak najszybciej, mama jest bardzo osłabiona, strach o syna… podał adres, dopytał co przygotować.
Gdy po dziesięciu minutach lekarz zapukał do drzwi, z ulgą wpuścił go do środka.
Czy ma pani zawroty głowy? Mdłości? pytał lekarz, mierząc ciśnienie i sprawdzając tętno Marii.
Po krótkich badaniach podsumował, poważnie patrząc na Stanisława:
Zalecam na wszelki wypadek obserwację szpitalną. Przy takim stresie i jej wieku, lepiej zostawić ją na dobie pod nadzorem.
Zawieziemy mamę do prywatnej kliniki zapewnił Stanisław, choćby nie pytając matki o zdanie. Warunki będą odpowiedniejsze.
Lekarz napisał skierowanie, podpisał i dorzucił z większą łagodnością:
Najważniejsze, by się już nie denerwować. Teraz wszystko będzie dobrze.
W szpitalu Marię od razu otoczono troską. Pomagali pielęgniarze, lekarz zadawał rutynowe pytania, badał puls, ciśnienie; podkreślił, iż trzeba wykonać szczegółowe badania, ale na razie nie ma zagrożenia. Stanisław przez cały czas trzymał jej rękę, czując pod palcami lodowaty chłód i bijące w dłoniach drżenie.
Nic ci już nie grozi, mamo powtarzał spokojnie, choć w sercu czuł ścisk.
Maria powoli odzyskiwała kolory, już nie patrzyła z takim przerażeniem. Delikatnie ścisnęła dłoń syna, jakby chciała powiedzieć: Słyszę cię. Wierzę, iż będzie dobrze.
Przeczuwałam, iż coś się stanie powiedziała cicho. Intuicja nigdy mnie nie zawiodła.
Stanisław przełknął ślinę. Jeszcze wyraźniej dotarło do niego, jak bardzo mama zawsze się o niego troszczyła. Poświęcała mu wszystko: czas, siły i własne zdrowie. On zaś o mało nie doprowadził do najgorszego do myśli o stracie ukochanego syna.
Przepraszam, mamo, iż cię tak przestraszyłem. Nigdy więcej nie zlekceważę twojego przeczucia szepnął, czując, iż w gardle staje mu gula.
Maria pogładziła go po policzku znajomo, tak jak wtedy, gdy był mały i upadł, albo dostał złą ocenę. W tych kilku gestach było więcej miłości niż w najpiękniejszych słowach.
Najważniejsze, iż żyjesz, synku powiedziała po prostu, a on poczuł, jak z jego serca schodzi napięcie.
Czas w szpitalu płynął powoli. Rano odwiedziny lekarzy, badania, cichy gwar. Maria dochodziła do siebie, coraz częściej się uśmiechała, odzyskiwała siły. Mimo to lekarze zalecili jeszcze parę dni obserwacji na wszelki wypadek.
Stanisław nocował przy jej łóżku na niewygodnym fotelu. Z początku nie mógł zasnąć, ale gwałtownie przywykł najważniejsze było widzieć, jak mama oddycha, otwiera rano oczy i się do niego uśmiecha.
Jednego wieczoru, gdy niskie, ciepłe światło zachodzącego słońca malowało na ścianach szpitalnej sali różowo-złote refleksy, Maria odezwała się cicho, ale dobitnie:
Wiesz, zawsze bałam się, iż kiedyś odejdziesz i nie wrócisz.
Spojrzał zdumiony nigdy nie pomyślał o tym w ten sposób.
Czemu, mamo?
Bo zawsze byłeś zbyt samodzielny mówiła z lekkim uśmiechem. Pamiętam, jak w przedszkolu sam wiązałeś buty, choć się rozplątywały, a w szkole nigdy nie pozwalałeś pomóc przy pakowaniu tornistra. Dumałam nad tobą, byłam dumna, ale czasem myślałam, iż cię tracę. Że mój synek idzie bez oglądania się za siebie…
Stanisław chwycił jej dłoń, delikatnie ściskając jak wtedy, gdy prowadziła go za rękę przez podwórko.
Zawsze tu będę, mamo. Nigdzie nie zamierzam znikać. Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu. Nie wiedziałem, iż tak bardzo się boisz… Przepraszam.
Maria uśmiechnęła się blado, wyraźnie spokojniejsza.
Teraz już wiesz. I to dobrze odparła.
Szczęśliwy znów ją objął, z wdzięcznością, która trudno było ubrać w słowa.
Mamo, nigdy cię nie opuszczę. Jesteś dla mnie najcenniejsza powiedział pewnym, cichym głosem.
Przez twarz Marii przemknęła ulga i odrobina radości. W jej oczach zachodziły łzy, ale tym razem były to łzy szczęścia.
Chciałabym tylko, żebyś był szczęśliwy, żebyś miał rodzinę, dzieci, żebyś wiedział, iż są wokół ciebie ludzie, którzy kochają i na których możesz polegać.
Stanął przed oczami obraz Hani dziewczyny poznanej niedawno w pracy. Spokojna, ciepła, rozumiała go bez słów. Z jakąś niechęcią mówił o niej matce, obawiając się, iż ta się zmartwi, iż będzie miał mniej czasu dla niej.
Poznałem dziewczynę, mamo powiedział ostrożnie. Nazywa się Hania. Czuję, iż z nią mógłbym być szczęśliwy. Ale bałem się powiedzieć ci wcześniej, byś nie martwiła się, iż się oddalę…
Maria się rozpromieniła.
Opowiedz mi o niej poprosiła.
Stanisław opowiadał długo, a z każdym słowem czuł ulgę, jakby zrzucał z siebie ciężar.
Kochany mój powiedziała na koniec Maria. Zawsze chciałam, byś był szczęśliwy. Ja tu zawsze będę, obok, choćby gdy założysz rodzinę.
Uśmiechnął się szeroko, ściskając jej dłoń jeszcze mocniej.
Nigdy o tobie nie zapomnę, mamo. Dziękuję za wszystko.
Patrząc na swoją matkę, Stanisław już wiedział: nie ma bogactwa czy prestiżu, który mógłby znaczyć więcej niż czułość i troska serca matki. Upłynęły lata a tamte słowa i chwile przez cały czas były czasem najważniejszym w całym życiu.










