Śniłam o szczęściu, planowałam przyszłość, a otrzymałam tylko upokorzenia!
Mam na imię Justyna Kowalska i mieszkam w Piwnicznej-Zdroju, gdzie Małopolska ukrywa swoje spokojne uliczki w cieniu jodeł. Spotkałam go ponownie na zjeździe absolwentów – po 20 latach. Michał stał przede mną, nieco szerszy w ramionach, z potarganymi włosami, ale jego oczy – duże, głębokie, pełne tej samej tęsknoty – przenikały mnie na wskroś, jak za młodu. Zaprosił mnie do tańca, jak wtedy, gdy byliśmy parą. Poczułam jego ciepło, jego oddech, jego siłę – i moje ciało zadrżało, jakby czas cofnął się wstecz. Tej nocy ponownie pojawił się w moich snach i zrozumiałam, iż dawna miłość nie zgasła.
Dlaczego się rozstaliśmy? Nie pamiętam. Przez trzy lata żyliśmy jak mąż i żona, planowaliśmy dom z ogrodem, mały sklepik z kwiatami i świecami, wymyślaliśmy imiona dzieci – Zosia, Adam… A potem zniknął – bez słowa, bez śladu, zostawiając mnie w pustce. Na zjeździe, po kilku kieliszkach wina i tańcach, oboje wiedzieliśmy, iż to szansa na nowy początek. Po pół roku przeprowadziłam się do niego do Olsztyna, do jego domu. Jego żona zmarła, a ja nigdy nie znalazłam kogoś, z kim mogłabym stworzyć rodzinne gniazdo. Na początku wszystko było dobrze, ale marzenia o szczęściu stały się koszmarem.
Chciałam miłości, a otrzymałam jedynie poniżenia. Michał miał dwóch synów – 16 i 18 lat, Bartka i Karola. Nie próbowałam stać się ich matką – to byłoby głupie. Chciałam jedynie przyjaźni, wzajemnego zrozumienia, by przyjęli mnie do swojego życia. Starałam się z całych sił: otaczałam ich opieką, gotowałam, kupowałam prezenty, ustępowałam dla pokoju w domu. Ale zamiast ciepła otrzymałam chłód. Wszystko stało się gorsze, gdy przyjeżdżali rodzice ich zmarłej matki. Szanując ich, jak tylko mogłam, wiedziałam, iż są częścią rodziny. Ale każda ich wizyta przemieniała się w próbę: patrzyli na mnie jak na obcą, czułam się jak cień.
Miałam 38 lat, nie przywykłam do nowego miasta, do obcych ludzi, do ich domu. Ciągłe próby, by wszystkim dogodzić, wyczerpywały mnie. Dusiłam się bałaganem, który zostawiali chłopcy, ich obojętnością. Starszy, Bartek, zaczął przyprowadzać swoją dziewczynę, gdy byłam w pracy. Bywali w naszej sypialni, na naszej pościeli, brudzili prześcieradła. Używała moich kremów, szczotki do włosów, kapci, demolowała kuchnię tak, iż godzinami czyściłam ślady jej chaosu. Młodszy, Karol, wiecznie narzekał: raz ubrania, które mu kupiłam, były nie takie, innym razem jedzenie nie jak od mamy. „Jesteś tylko gospodynią domową, siedzisz w domu, nic nie robisz”, rzucał mi w twarz. Znosiłam, ile mogłam. A gdy próbowałam rozmawiać z Michałem, machał ręką, jakby moje słowa były pustym dźwiękiem.
Chciałam zaprzyjaźnić się z sąsiadami – mówią, iż są bliżsi niż krewni. Ale i tam spotkało mnie rozczarowanie: wszyscy tylko mówili, jaka idealna była jego zmarła żona. A ja? Żyję, kochałam go przez całe te lata, rzuciłam wszystko – pracę, miasto, życie, do którego się przyzwyczaiłam – dla niego i jego rodziny. Postanowiłam: jeżeli urodzę dziecko, wszystko się zmieni, zaczną mnie szanować. Ale gdy o tym wspomniałam, Michał powiedział stanowczo: „Mam już dzieci, więcej nie chcę”. A ja? Zostałam z pustymi rękami, z marzeniem o macierzyństwie, które on zgniótł.
Po tym wszystkim wszystko się rozpadło. Michał zmienił się – nie był już tym chłopakiem z mojej młodości. Życie wypaliło w nim ciepło, patrzył na mnie z irytacją. Znajdował we mnie wady, czepiał się, jak jego synowie. Starałam się z ostatnich sił, ale wszystko było daremne. Miarka się przebrała, gdy wróciłam z pracy i zobaczyłam dziewczynę Bartka w moim szlafroku. Przechadzała się po domu jak jego właścicielka, a to było moje – intymne, jak bielizna, którą mogła założyć, gdy ja nie widziałam! Z trudem się powstrzymałam, spokojnie mówiąc: „Nie ruszaj moich rzeczy, proszę”. A ona śmiała mi się w twarz: „Bez przesady, nie przesadzaj!” Dlaczego mnie tak traktowała? Karmiłam ją, sprzątałam po niej jak po swojej, a ona pluła mi w duszę.
Pękłam, wybiegłam z pokoju. Michał wypadł z kuchni, czerwony ze złości, rzucił się na mnie z krzykiem. Stałam, osłupiała, nie wierząc własnym uszom. Wyzywał mnie od leniwych, krzyczał, iż mam się wynosić z jego domu, rzucał we mnie rzeczami – kubkiem, książką, co popadło. Łzy zalewały mi oczy, chwyciłam torebkę i wybiegłam na ulicę, jak stałam. Wsiadłam do pierwszego pociągu do Piwnicznej-Zdroju, do rodziców. Rankiem przysłał moje rzeczy kurierem – chłodno, bez kartki, jakby to były śmieci.
Czas leczy, mówią. Staram się o tym nie myśleć. Ból łagodnieje, ale rana pozostaje. Wierzę, iż znajdę kogoś, kto pokocha mnie – prawdziwą, z moimi marzeniami i bliznami. Michał był moją pierwszą miłością, ale nie przeznaczeniem. Chciałam szczęścia, a dostałam odłamki. Teraz jestem w rodzinnym Piwnicznej-Zdroju, wśród znajomych ulic, i uczę się na nowo oddychać, mając nadzieję, iż przede mną czeka światło, a nie nowe upokorzenia.