Nazywany „Royem Orbisonem znad Wisły” – Mariusz Kalaga od ponad 40 lat jest obecny na polskiej scenie muzycznej. Znany z charakterystycznego głosu i repertuaru łączącego muzykę rozrywkową i country, zdobył popularność m.in. dzięki utworom „Jedna z gwiazd”, „Co tu jest grane?” czy „Nie zapomnę tamtej nocy”. Od lat związany jest też z Piknikiem Country w Mrągowie, a w czerwcu tego roku był gwiazdą XIII Międzynarodowych Senioraliów w Krakowie. W rozmowie z „Głosem Seniora” opowiada o swojej muzycznej drodze, najważniejszych chwilach kariery, relacjach ze swoimi dziadkami oraz o tym, dlaczego warto zachować euforia życia niezależnie od wieku.

Diana Łetocha: Kiedy po raz pierwszy poczuł Pan, iż scena to miejsce, z którym chce pan związać całe swoje życie?
Swoją karierę zaczynałem dosyć wcześnie. Urodziłem się w Dąbrowie Górniczej i tam stawiałem pierwsze muzyczne kroki.
W wieku pięciu lat po raz pierwszy zaśpiewałem w przedszkolu, a w technikum budowlanym założyłem kabaret „Agrafka”. Po technikum chciałem studiować budownictwo, ale ostatecznie ukończyłem fizykę z astronomią na Uniwersytecie Śląskim. Pracę magisterską pisałem z akustyki. Cały czas grałem też z różnymi zespołami, często ze starszymi i bardziej doświadczonymi muzykami, którym próbowałem dorównać. Na studiach zacząłem poważniej traktować muzykę. Wygrałem festiwal studencki
i zdobyłem Złotego Gwoździa – nagrodę, która trafiała co rok do innego wykonawcy. Wtedy poczułem, iż muzyka naprawdę gra w mojej duszy.
Gdyby miał Pan wskazać jeden przełomowy moment w swojej karierze, który otworzył panu drzwi do szerokiej publiczności, co by to było?
Wskazałbym wspomniany festiwal studencki, ponieważ od tego czasu zaczęła się już moja kariera muzyczna na profesjonalnej scenie. Edukowałem się muzycznie w różnych zespołach, między innymi folklorystycznych. Byłem solistą w Zespole Pieśni
i Tańca „Dąbrowiacy”, a później w zespole pieśni i tańca „Siemianowicach”. Ogromnym wydarzeniem było dla mnie również zaśpiewanie w 1982 r. na placu Świętego Piotra podczas audiencji generalnej przed papieżem – św. Janem Pawłem II. Jedenaście tysięcy ludzi, mikrofony, mój głos, dźwięk pieśni , ,Czarna Madonna’’… Zawsze, gdy o tym mówię, mam dreszcze na plecach. Później ważnych wydarzeń na mojej muzycznej drodze było wiele: pierwszy Piknik Country w Mrągowie w 1993 r., setki kolejnych koncertów i wydawnictwa płytowe. Dziś wydanych płyt CD mam na swoim koncie już 21, kaset MC 10, płyt DVD 2, oraz 2 pendrivy ze 140 piosenkami.
Za Panem ponad 40 lat kariery. Co Pana zdaniem jest najważniejszym składnikiem sukcesu: talent, pracowitość, wytrwałość, a może szczęście?
Po trochu wszystkiego, co Pani wymieniła, bo nie ma na to jednej recepty. Wykonawców próbujących swoich sił na scenie jest bardzo wielu. Uważam jednak, iż w moim przypadku najważniejsze były prawda, szczerość i otwartość na ludzi. Kocham ludzi
i zawsze grałem, gram i będę grał dla nich– tak długo, jak wystarczy mi energii i jak długo Bóg pozwoli.

Od lat na Pańskich koncertach goszczą też seniorzy. Czego nauczyły pana rozmowy i spotkania z nimi?
Sam mam już 66 lat, więc też zaliczam się do seniorów. Zawsze jednak twierdzę, iż wiek to tylko cyfra. Wszystko jest w głowie i w sercu. Seniorzy to ukochana publiczność, bo są prawdziwi, autentyczni i szczerzy. W muzyce albo coś się podoba, albo nie. Dlatego ich odbiór i reakcja są dla mnie ogromnie ważne. To właśnie od publiczności czerpię pozytywną energię.
Coraz więcej osób mówi o samotności, zwłaszcza wśród seniorów. Czy Pana zdaniem muzyka może być lekarstwem na samotność?
Według mnie muzyka jest lekarstwem na wszystko. Wszystkim, którzy czują się samotni, proponuję wybrać gatunek muzyczny, który sprawia im przyjemność, i spróbować się w nim zanurzyć. Muzyka może wywołać różne emocje – czasem wzruszenie, czasem radość, nostalgię, refleksję albo smutek.
W czasach, gdy żyjemy coraz szybciej, jak ważne jest Pana zdaniem pielęgnowanie relacji między dziadkami i wnukami? Czy właśnie takie przesłanie chciał Pan przekazać w piosence „Ja twój dziadek, ty mój wnuk”?
Nie tylko w piosence „Ja twój dziadek, ty mój wnuk”, ale też w utworze „Babcia to wie”. Obie są poświęcone tym relacjom. Niestety zauważam, iż stają się one coraz rzadsze. Młodzi ludzie są tak zagonieni, iż czasem tylko sporadycznie odwiedzają babcię czy dziadka. A te więzi są niezwykle istotne. Moi rodzice ciężko pracowali, a ja większość czasu spędzałem z babcią
i dziadkiem. Przejąłem od nich wiele wartości: prawdę, szczerość, lojalność. Dlatego proponuję młodym ludziom, żeby nie stronili od dziadków. Nie ma dla mnie nic gorszego niż sytuacja, kiedy wnukowie przychodzą i zamiast porozmawiać czy pójść na spacer, siedzą na okrągło w telefonach.

Jakie są Pana najpiękniejsze wspomnienia związane z dziadkami?
Babcię zawsze bardzo mile wspominam. Kiedy wracałem ze szkoły, gotowała mi cudowne obiady. A kiedy jej nie było, dziadek znakomicie ją zastępował. Dziadek od strony taty był bardzo muzykalny. Grał na perkusji i kontrabasie. Do dziś mam odrestaurowaną główkę z jego kontrabasu. Zajmuje honorowe miejsce i często na nią zerkam. Kocham swoich rodziców – dziś mam już tylko mamę – ale o dziadkach również myślę bardzo często.
Gdyby miał Pan przekazać jedno przesłanie naszym czytelnikom „Głosu Seniora” dotyczące miłości, euforii życia i spełniania marzeń niezależnie od wieku, co chciałby Pan im powiedzieć?
Chciałbym, żeby euforia była przesłaniem każdego dnia, bo kiedy człowiek się raduje, łatwiej zapomina o troskach. Życzę wszystkim, żeby mieli wokół siebie dobrych ludzi. To takie energetyczne DNA – otwartość na innych i spotkania z ludźmi. Nie zamykajcie się w sobie i dużo się ruszajcie, bo aktywność to jedna z recept na dłuższe życie. Sam jeżdżę na rowerze, zimą na nartach, pływam, kiedy tylko mam możliwość. I nie rezygnujcie z młodości. Róbcie zawsze te same głupoty, tylko… wolniej. Przecież my się dopiero rozkręcamy!

Wywiad znajduje się również w najnowszym magazynie Głos Seniora 84 (s. 4-5)
Przeczytaj także: Artur Barciś o sukcesie: ,,Nie ma dróg na skróty”








