Mariola wyjeżdża na Nowy Rok do swoich rodziców a rodzina męża aż kipi złością, kiedy dowiaduje się, iż tym razem sami będą musieli zorganizować święta.
Myślisz, iż nie zauważam?
Mariola mówi to przy rozkładaniu zakupów ze sklepu, układając warzywa na blacie. Witold siedzi na kanapie z telefonem i choćby nie podnosi głowy.
O co ci chodzi?
O to, iż już siedem lat stoję przy garach w każde święta, podczas gdy twoja mama z Lidią siedzą sobie za stołem i komentują, jak się zestarzałam. Ja już więcej nie będę się w to bawić.
Witold wreszcie odkłada telefon, spogląda na nią.
O czym ty opowiadasz? Przecież to tradycja. Mama przyjeżdża, Lidka z mężem i dzieci. To nasza rodzina.
Twoja rodzina. Ja w niej jestem jak służąca. W tym roku jadę z Kostkiem do moich rodziców. Tata zrobił lodowisko, syn marzy, żeby pojeździć. Możesz jechać z nami albo zostać tutaj, wybierz.
Witold wstaje, twarz mu tężeje.
Ty tak poważnie mówisz? Przecież to przecież niemożliwe! Wszystko zaplanowane, mama już zrobiła większe zakupy, Lidka prezenty kupiła. Zepsujesz wszystkim święta!
Mariola obraca się gwałtownie.
W dłoniach trzyma siatkę z cebulą, rzuca ją na stół.
“Wszystkim”, Witold? Przestań. Mam trzydzieści osiem lat i nie chcę już żyć po to, żeby wszystkim było wygodnie oprócz mnie.
To twój obowiązek jako żony! Kto ugotuje?
Nie wiem. Może mama? Może Lidka? Albo ty, skoro jesteś taki gospodarz.
Witold mruży oczy, zakłada ręce na piersi.
Nie pojedziesz. Przejdzie ci, ochłonieš.
Mariola nic nie odpowiada. Odwraca się i znika w przedpokoju. Witold siedzi chwilę, potem wraca do telefonu. Jest przekonany, iż żona do trzech dni zmieni zdanie.
Ale nie zmienia.
Rano 30 grudnia Mariola zrywa Kostka wcześnie.
Szykuj się, jedziemy do dziadka.
Chłopiec zaraz się wybudza.
Do dziadka od lodowiska? A tata jedzie?
Nie. Tata zostaje.
Kostek marszczy brwi, ale za chwilę już się śmieje.
A mogę zadzwonić po Janka z klasy?
Jasne.
Witold wychodzi z sypialni, kiedy Mariola już dopina walizkę.
Oszalałaś? Co ty wyprawiasz?
Jadę zgodnie z zapowiedzią.
To bzdura! Opanuj się!
Mariola patrzy na niego lodowatym, spokojnym wzrokiem.
Właśnie teraz jestem sobą. Przez siedem lat to nie byłam ja.
Chwyta torbę, zawołuje syna. Witold stoi oniemiały w przedpokoju. Słyszy trzaskający zamek drzwi. Zostaje sam.
Wieczorem, 31 grudnia, około siedemnastej Witold miota się po kuchni z kurczakiem w rękach, nie wie, co robić. Lodówka prawie pusta Mariola nie zrobiła zakupów. Dzwoni do mamy.
Mamo, przyjedź szybciej, pomóż mi. Mariola wyjechała, zostałem sam.
Cisza po drugiej stronie, potem zimny głos.
Co znaczy wyjechała? Zupełnie ci odbiło? Ja w święta nie zamierzam stać przy garach! To zadanie synowej. Niech wraca!
Mamo, ale ja nie umiem…
To twój problem. Przyjadę o dwudziestej, jak planowaliśmy. Stół ma być gotowy.
Rozłącza się. Po dziesięciu minutach dzwoni Lidka, już wściekła.
Zgrywasz się? Mama mi wszystko powiedziała! Mariola wyjechała, a my co, mamy u ciebie siedzieć przy pustym stole? Może mam gotować w cudzej kuchni jak głupia?
Lidziu, proszę…
Nie ma żadnego proszenia! Jedziemy z dziećmi do mamy. I mamę też zabieramy. Będziemy świętować normalnie, bez twoich numerów. Radź sobie z tą swoją Mariolą sam!
Rozłącza się. Witold siada ciężko przy stole. Rozmrożony kurczak, niedomyte warzywa, zegarek pokazuje już wpół do szóstej. Zostaje kompletnie sam.
O dwudziestej Witold siedzi w samochodzie przed domem teścia. W ręku trzyma siatkę z butelką szampana i bombonierką. Nie wie, czy ktoś go w ogóle wpuści. Na podjeździe świecą się lampki, a na lodowisku chłopcy grają w hokeja. Kostek z rumieńcem kręci się wśród nich.
Witold wysiada, idzie pod drzwi. Otwiera je pan Stanisław.
No, jesteś. Wchodź, bo zmarzniesz.
W środku pachnie pieczystym i świerkiem. W kuchni Mariola z mamą kroją sałatki, przy nich krzątają się dwaj panowie Olek, szwagier Marioli, i sąsiad. Śmieją się, popijają coś gorącego z kubków. Mariola spogląda na Witolda spokojnie, bez gniewu i bez radości.
Usiądź.
Witold zajmuje miejsce przy stole. Teść podsuwa mu herbatę.
Zamierzasz pomóc, czy tylko popatrzeć?
Nie umiem gotować…
Teść podśmiechuje się.
Kto tam umie od urodzenia? Kartofle obierz, dam ci przykład.
Witold przekłada się do zlewu. Mariola bez słowa podaje mu nóż. Obiera ziemniaki, niezgrabnie. Olek poklepuje go po ramieniu.
Każdego można nauczyć. Ja pierwszy raz w wieku trzydziestu pięciu obierałem kartofle. Teraz na spokojnie, żona na kanapie, a ja w kuchni.
Witold zerka na Mariolę. Stoi wyprostowana, z lekko uniesionymi ramionami. Nie przygarbiona, nie zmęczona wolna. Uświadamia sobie, iż nie widział jej takiej od lat.
Nowy Rok mija głośno i radośnie. Kostek nie odstępuje dziadka na krok, co chwilę wyciąga go na lodowisko. Mariola w czerwonej sukience, jakiej nigdy u niej nie widział, śmieje się, popija szampana i opowiada siostrze zabawne historie. Ani razu nie wstaje od stołu, by komuś usłużyć.
Witold cały wieczór milczy, obserwuje żonę i widzi, iż tutaj jest kimś innym. Nie ofiarą, nie pomocy kuchennej dla swojej mamy i Lidki a kobietą, która odpoczywa wśród swoich.
Droga powrotna, 9 stycznia. Tym razem to on zaczyna rozmowę.
Przepraszam.
Mariola odwraca głowę, za oknem śnieżne pola.
Za co?
Za to, iż nie widziałem, jak ci ciężko. Że pozwalałem mamie i Lidzi rozsiadać ci się na karku. Bo myślałem, iż tak trzeba.
Mariola nie odzywa się przez chwilę.
Naprawdę to zrozumiałeś, czy tylko chcesz, żebym wróciła do starego?
Witold zaciska ręce na kierownicy.
Zrozumiałem. Zobaczyłem, jak tam wszyscy pomagają. Jak Olek myje naczynia i się śmieje. Jak w domu rodziców nie musisz zasługiwać na miejsce przy stole. Zrobiło mi się wstyd.
Mariola kiwa głową. Nie odpowiada, ale patrzy na niego. I to już wystarcza.
Mija rok. 30 grudnia, wieczór, dzwoni telefon. Witold odbiera matka.
Witek, jutro będziemy u was. Jak zwykle na dwudziestą. Powiedz Marioli, niech zrobi więcej jedzenia, bo my z Lidią bardzo głodni będziemy!
Patrzy na Mariolę, która pakuje rzeczy do torby. Kostek już śpi, plecak przygotowany przy drzwiach.
Mamo, wyjeżdżamy.
Jak to wyjeżdżacie? Przecież jutro święta!
Mamy nową tradycję. Spędzamy Nowy Rok tak, jak chcemy. Jedziemy z Petrakami do “Zimowej Bajki” pod Zakopanem. Chcesz możesz przyjechać.
Cisza, potem matka sapie z oburzeniem.
Oszalałeś?! Sami sobie! A ja? A Lidka? Jesteśmy dla was obcy?
Nie obcy. Ale nie będziemy już żyć według twoich zasad. Kocham cię, mamo, ale mam dość udawania, iż wszystko jest dobrze, kiedy Mariola haruje za nas wszystkich.
To ona… To ona ci tak namieszała w głowie! Kiedyś taki nie byłeś!
Kiedyś byłem ślepy.
Witold odkłada słuchawkę. Mariola się uśmiecha.
Żartujesz?
Nie żartuję.
Telefon znowu dzwoni matka, potem Lidka, znowu matka. Wyłącza dźwięk, chowa komórkę. Wyjeżdżają godzinę później, śnieg kręci się za oknami. Kostek śpi na tylnej kanapie, Mariola patrzy w okno, Witold czuje, iż pierwszy raz od lat nie jest nikomu nic dłużny.
Na miejscu witają ich Petrakowie śmiech, uściski, dowcipy. W domku pachnie świerkiem, na stole zwyczajne jedzenie, zrobione razem. Dzieci biegną zjeżdżać na górce, Mariola nalewa wina, siada z kubkiem przy kominku. Witold siada obok.
Myślisz, iż mama wybaczy?
Mariola wzrusza ramionami.
Nie wiem. Ale już to nie twoja sprawa. Wybrałeś.
Witold kiwa głową. Czuje żal, ale mocniej ulgę. Po raz pierwszy od lat nie musi robić niczego, na co nie ma ochoty.
Rano dzwoni Lidka. Nie do Witolda do Marioli.
Zniszczyłaś rodzinę. Mama dwa dni płakała. Dzieci pytają, czemu nie byliśmy u wujka Witka. Mam nadzieję, iż jesteś zadowolona, egoistko.
Mariola pokazuje mężowi. Witold kręci głową.
Nie odpowiadaj.
Ale Mariola odpisuje krótko:
Lidka, przez siedem lat robiłam dla was wszystko nigdy nie pomogłaś. Teraz się złościsz, iż przestałam? Pomyśl, kto tu jest egoistą.
Brak odpowiedzi.
W marcu organizują urodziny Kostka. Witold zaprasza matkę i Lidię. Przyjeżdżają, mają miny jak na pogrzebie. Przy zastawianiu stołu Mariola wychodzi z kuchni.
Jak ktoś chce pomóc przy sałatkach, wszystko jest przygotowane. Trzeba pokroić warzywa.
Lidka skrzyżowuje ręce.
Ja jestem gościem. Nie będę gotować.
Mariola wzrusza ramionami.
To stół będzie później. Sama zrobię, ale powoli.
Witold wstaje, idzie do kuchni. Zaraz za nim Kostek. Teściowa nerwowo miętosze serwetkę. Lidka wpatrzona w telefon. Mija dziesięć minut, piętnaście.
Z kuchni dochodzi śmiech i rozmowy. W końcu teściowa nie wytrzymuje, przyłącza się. Lidka siedzi jeszcze chwilę, potem też wstaje.
Mariola podaje jej nóż.
Pokrój ogórki. Cienko.
Lidka zaczyna kroić bez słowa. Teściowa zmywa, Witold smaży mięso. Kostek nakrywa. Pierwszy raz od lat robią to wszyscy razem bez oczekiwań, bez pretensji.
Zasiadają godzinę później. Jedzenie proste, ale smaczne. Lidka cały czas milczy, ale teściowa łagodnieje, uśmiecha się, gdy Kostek opowiada o szkole.
Na pożegnanie matka zatrzymuje się w przedpokoju, patrzy na Mariolę.
Zmieniłaś się.
Nie. Po prostu przestałam milczeć.
Teściowa kiwa głową, zakłada płaszcz i wychodzi. Lidka nie mówi słowa na pożegnanie. Mariola wie jednak, iż coś się ruszyło. Będzie już inaczej, bo Witold się zmienił. A gdy zmienia się jeden, zmienia się wszystko.
Wieczorem, kiedy Kostek już śpi, Mariola i Witold siedzą w kuchni. Dolewa jej herbaty.
Myślisz, iż ona zrozumiała?
Twoja mama? Nie wiem. Teraz to nieistotne. Ważne, iż ty zrozumiałeś.
Witold chwyta jej dłoń.
Rozumiem. I więcej nie wrócę do tego, co było.
Mariola się uśmiecha. Pierwszy raz od dawna nie czuje ciężaru na barkach. Nikomu już niczego nie udowadnia. Po prostu żyje tak, jak chce ona sama.
Za oknem pada śnieg. Gdzieś daleko teściowa siedzi w kuchni i głowi się, dlaczego syn się zmienił. Lidka narzeka mężowi, iż Mariola stała się bezczelna. Ale żadna z nich nie widzi najważniejszego: Mariola się nie zmieniła. Przestała być wygodna. To jej prawo prawo wywalczone nie awanturami, tylko prostym słowem “nie”. Świat się nie zawalił. Stał się uczciwszy.
Witold patrzy na żonę i wie, iż uratowała nie tylko siebie, ale ich oboje. Życie pod dyktando innych to nie życie. To powolne tonięcie. A oni wybrali żyć.














