Napiszę teraz pełną historię po polsku, z perspektywy Bożeny — matki, która oddała syna — jako "inne lico" (druga strona konfliktu).
—
Bożena z Ostrołęki nie wiedziała, iż jej syn ją znajdzie
Zanim ktokolwiek zapyta, powiem od razu: nie jestem tu po to, żeby się usprawiedliwiać. Nazywam się Bożena Wilk, mam sześćdziesiąt jeden lat, mieszkam pod Ostrołęką, w wiosce, o której nikt nie słyszał, jeżeli nie jedzie się tam specjalnie. Przez czterdzieści lat czekałam na pukanie do drzwi, którego się bałam i którego chciałam jednocześnie. We wrześniu w końcu usłyszałam.
Miałam szesnaście lat, kiedy zaszłam w ciążę. To był osiemdziesiąty ósmy rok, jeszcze przed przemianami, jeszcze te czasy, kiedy w małej miejscowości wszyscy wiedzieli o wszystkich wszystko — kto z kim chodzi na tańce, kto komu pożyczył pieniądze, kto ile wypił w sobotę. Ojciec pracował w tartaku i pił, matka szyła dla ludzi na maszynie Singera, żeby było na chleb. Ja od czternastego roku życia dorabiałam u sąsiadów przy oborze. On miał na imię Ryszard, przyjechał na praktyki z technikum w Białymstoku, miał dwadzieścia pięć lat i samochód, którym woził mnie nad Narew. Mówił, iż się pobierzemy. Wierzyłam, bo miałam szesnaście lat i nikt mnie nie nauczył nie wierzyć.
Kiedy brzuch było już widać spod swetra, ojciec zbił mnie tak, iż trzy dni nie mogłam wstać z łóżka. Matka płakała w kuchni, ale drzwi nie otworzyła. Wysłali mnie do siostry matki do Białegostoku, żebym urodziła z dala od wsi, z dala od gadania. W szpitalu, gdzie leżałam na sali z jeszcze trzema dziewczynami — jedna miała czternaście lat, pamiętam to do dziś — pielęgniarka starsza, w okularach, powiedziała mi wprost: dziecko, ty nic nie masz. Ani męża, ani mieszkania, ani zawodu. Podpisz zrzeczenie, oddaj go dobrym ludziom, a sama wróć do domu i zacznij od nowa. Podpisałam papier w gabinecie, gdzie na ścianie wisiał kalendarz z fabryki mebli w Hajnówce. Pamiętam ten kalendarz lepiej niż twarz lekarza.
Syna zobaczyłam jeden raz. Trzymałam go dziesięć minut, może piętnaście. Miał na główce białą czapeczkę, którą sama zrobiłam na drutach jeszcze przed porodem — nie wiedziałam wtedy, iż go nie zabiorę do domu, więc dziergałam jak każda matka. Pocałowałam go w czółko i pielęgniarka zabrała go z sali. Nazwali go tam, w dokumentach — imię dostał od ordynatora, nazwisko od ulicy, przy której stał dom dziecka, do którego miał trafić. Ja wtedy myślałam, iż trafi do dobrej rodziny, z ogrodem, z ojcem, który go nauczy jeździć na rowerze. Nie wiedziałam, iż trafi do internatu z dwunastoma łóżkami w sali.
Przez czterdzieści lat nie wiedziałam nic. Ani czy żyje, ani gdzie jest, ani jak wygląda. Co roku, dwudziestego trzeciego marca, w dzień jego urodzin, gotowałam dla siebie jeden talerz pierogów z jagodami — jego ulubione, gdybym w ogóle wiedziała, co lubi — i zjadałam sama przy kuchennym stole, patrząc w okno. Sąsiadka, pani Halina, myślała, iż mam jakiś dziwny zwyczaj. Nigdy jej nie powiedziałam dlaczego. Wyszłam za mąż za wdowca z dwójką dzieci, Stanisława, dobrego człowieka, który zmarł pięć lat temu na serce. Wychowałam jego dzieci jak swoje. Własnych więcej nie miałam — coś we mnie się wtedy, w tamtym szpitalu, zamknęło na klucz.
We wrześniu, w sobotę, usłyszałam pukanie. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam mężczyznę w moim wieku — no, młodszego, ale postawnego, w kurtce ocieplanej, z twarzą, która wydała mi się dziwnie znajoma, choć nigdy jej nie widziałam. Zapytał, czy jestem Bożena. Powiedziałam, iż tak, a kim on jest. I wtedy on powiedział, iż jest moim synem.
Nie krzyknęłam. Nie zemdlałam. Po prostu poczułam, jak krew ucieka mi z twarzy, i usiadłam na ławce koło drzwi, bo nogi mnie nie trzymały. Powtarzałam w głowie te same słowa od czterdziestu lat, wyobrażałam sobie tę scenę setki razy — a kiedy naprawdę nadeszła, nie miałam żadnych słów. Powiedziałam tylko: Boże, to ty. Wiedziałam od razu, iż to on — po nosie z tym samym garbkiem co u mnie, po uszach przylegających blisko do głowy, po palcach długich, wąskich, jakby stworzonych do gry na fortepianie, choć nikt z nas nigdy nie uczył się muzyki.
Zaprosiłam go do środka. Chata mała, ale czysta — piec kaflowy, stół po mamie, ikona w rogu, choć ja nie jestem szczególnie religijna, to został po babci zwyczaj, żeby przed nią zapalać lampkę. Ręce mi się trzęsły, kiedy stawiałam czajnik — brzęknął o kuchenkę tak głośno, iż aż się wzdrygnęłam. Postawiłam chleb na stole, choć nie wiedziałam, po co, bo przecież nie o chleb tu chodziło.
On zapytał, żebym opowiedziała. I opowiedziałam wszystko — o ojcu, o Ryszardzie, o szpitalu, o kalendarzu z fabryki w Hajnówce, o pielęgniarce w okularach. Powiedziałam, iż myślałam, iż trafi do rodziny z domem i ciepłem, a nie do internatu. Że modliłam się za niego co wieczór przy tej samej ikonie, prosząc tylko o jedno — żeby miał się dobrze, gdziekolwiek jest. Że próbowałam go szukać, pisałam do urzędu w Białymstoku, ale odpowiadali, iż dane są zastrzeżone, iż nic mi nie powiedzą. Że z czasem pomyślałam — jest już dorosły, ma swoje życie, po co mu stara baba z tej głuszy.
On milczał długo. Tak długo, iż czajnik zdążył zawrzeć i wygotować się prawie do sucha, a my siedzieliśmy dalej naprzeciwko siebie. Potem wstał, podszedł, położył mi dłoń na ramieniu i powiedział cicho: mamo, nie przyjechałem sądzić. Przyjechałem zobaczyć. I powiedzieć, iż żyję, iż mam się dobrze, iż mam córkę, dwanaście lat, ma na imię Zosia.
Wtedy się rozpłakałam tak, jak się nie płakało od czterdziestu lat — głośno, bez wstydu, jak dziecko, które długo się trzymało i już nie może. Wnuczka. Miałam wnuczkę.
Zaraz zaznaczę: to nie ja tu jestem bohaterką tej historii. Nie zrobiłam nic, żeby zasłużyć na przebaczenie — sama mu to powiedziałam. On odparł coś, czego nie zapomnę do końca życia: nie przebaczam ci, bo nie było winy. Była bieda. A biedy się nie przebacza, tylko się ją razem przeżywa.
Został trzy dni. Rąbał drewno, nosił wodę ze studni, choć mówiłam, iż jest gościem, iż ma odpocząć. Ale on musiał czymś zająć ręce — widziałam to po nim, iż inaczej by nie wytrzymał tego, co się w nim przewracało od środka. Wieczorami siedzieliśmy przy piecu i opowiadałam mu o swoim życiu — o gospodarstwie, o Stanisławie, o pasierbach, których wychowałam jak swoich. On patrzył na ikonę w kącie i chyba wtedy zrozumiał, iż ta lampka nie gasła przez czterdzieści lat.
Czwartego dnia odprowadziłam go na skraj wsi. Objął mnie, niezdarnie, mocno, po męsku. Powiedział, iż przyjedzie latem, iż przywiezie Zosię. Ja odpowiedziałam, iż doczekam. I doczekałam.
Sześć miesięcy później stanęli w progu razem — on i dwunastoletnia dziewczynka z warkoczykami, która trzymała się blisko ojca, zerkając na mnie z ciekawością i lekkim strachem. Miałam dla niej przygotowaną lalkę — uszytą z resztek materiału jeszcze dwadzieścia lat temu, kiedy szyłam dla dzieci sąsiadów i coś mnie skłoniło, żeby zrobić jedną odłożoną, nie wiedząc dla kogo. Podałam jej tę lalkę, a ona spojrzała na ojca, jakby pytała, czy może wziąć. Skinął głową. Wtedy powiedziała: dziękuję, babciu.
Upiekłam na tę okazję szarlotkę, zrobiłam bigos, który stał na kuchence od rana. Zosia opowiadała przy stole o szkole w mieście, o koleżankach, o zajęciach tańca, a ja słuchałam każdego słowa, jakbym się bała je przegapić.
Wieczorem, kiedy Zosia poszła oglądać podwórko i kurniki, powiedziałam synowi, iż latem może przyjechać do nich, do miasta, zobaczyć, jak żyją. Machnęłam ręką, iż przecież jestem wiejska, iż się zgubię w mieście. On odparł, iż nie zgubię się, iż przyzwyczaję.
W nocy wyszłam na ganek — nie mogłam spać, jak zresztą rzadko mogę. On już tam stał, patrzył w niebo, na gwiazdy, które nad Narwią wydają się bliższe niż gdziekolwiek indziej. Zapytałam, czy nie śpi. Powiedział, iż nie, iż myśli. O tym, jak się bał, iż go nie przyjmę do siebie, kiedy pierwszy raz zapuka. A ja przecież przyjęłam.
Osiemnastego grudnia, kiedy przyjechał po raz trzeci — już sam, bo Zosia miała ferie zimowe u koleżanki — usiedliśmy przy stole i podał mi kopertę. W środku była kartka z adresem notariusza w Ostrołęce i data spotkania. Powiedział, iż chce, żebym przepisała na niego pełnomocnictwo do opieki nad tą chatą i tym kawałkiem ziemi — nie dlatego, iż mu zależy na spadku, tylko dlatego, iż nie chce, żebym została sama, jeżeli coś mi się stanie, żeby mógł decydować w moim imieniu, sprowadzić lekarza, załatwić sprawy, nie czekając miesiącami na sąd. Osiem hektarów, które zostały po Stanisławie. Powiedział wprost: mamo, czterdzieści lat czekałaś, żeby ktoś się o ciebie upomniał. Teraz ja się upomnę.
Pojechaliśmy razem do notariusza w styczniu. Podpisałam papiery przy tym samym stole, przy którym on siedział, kiedy pierwszy raz do mnie wszedł. Odebrałam z urzędu skarbowego zaświadczenie o stanie własności, zaniosłam do kancelarii w teczce, którą trzymałam pod pachą całą drogę autobusem z Ostrołęki. Kiedy notariusz odczytał akt i podał mi długopis, ręka mi drżała mniej, niż się spodziewałam.
Nie proszę nikogo o przebaczenie tym tekstem. Po prostu chciałam powiedzieć, jak to wygląda z mojej strony — strony tej, która oddała, a nie tej, która została oddana. Czterdzieści lat modliłam się przy tej samej ikonie o jedno: żeby miał się dobrze. Teraz wiem, iż miał. I wiem, iż w marcu znowu ugotuję pierogi z jagodami — ale tym razem nie będę ich jadła sama.












