– Mamo, teraz na pewno nie ma sensu, żebyś przyjeżdżała. Zastanów się sama – droga daleka, całą noc w pociągu, a ty już nie jesteś młoda. Po co ci te kłopoty? Poza tym wiosna, więc w ogrodzie pewnie masz pełno pracy – mówi mi mój syn. – Synku, ale jak to po co? Tak dawno się nie widzieliśmy. Bardzo chciałabym też lepiej poznać twoją żonę, jak to mówią, przyjrzeć się synowej z bliska – mówię szczerze. – To zróbmy tak, poczekaj do końca miesiąca, wtedy na Wielkanoc będzie dużo wolnego, przyjedziemy wszyscy do ciebie – uspokajał mnie syn. Byłam już gotowa ruszać, ale uwierzyłam, zgodziłam się nie jechać i czekać ich w domu. Jednak nikt nie przyjechał. Kilka razy dzwoniłam do syna, ale odrzucał połączenia. Później oddzwonił i powiedział, iż jest bardzo zajęty, więc nie mam co na nich czekać. Bardzo się zmartwiłam. Przygotowywałam się przecież na przyjazd syna z synową. Ożenił się już pół roku temu, a ja jeszcze synowej na oczy nie widziałam. Syna, Olka, urodziłam dla siebie. Miałam już 30 lat, nie wyszłam za mąż i zdecydowałam się urodzić chociaż dziecko. Może to grzech, ale nigdy tej decyzji nie żałowałam, choć bywało ciężko – pieniędzy brakowało, żyliśmy skromnie, ale ja zawsze pracowałam na kilku etatach, żeby dziecku niczego nie zabrakło. Syn dorósł i wyjechał studiować do Warszawy. Żeby mu na początku pomóc, sama jeździłam do pracy do Niemiec, wysyłałam mu potrzebne na studia i życie pieniądze. Cieszyło mnie, iż mogę go wspierać. Od trzeciego roku zaczął już sam dorabiać. Po skończeniu studiów dostał pracę i utrzymywał się sam. Do domu wpadał rzadko, może raz w roku. Ja w Warszawie nigdy nie byłam. Myślałam, iż jak będzie brał ślub, na pewno pojadę. choćby zaczęłam odkładać pieniądze na ten wyjazd – udało mi się uzbierać 60 tysięcy złotych. Pół roku temu zadzwonił i powiedział mi tę wyczekiwaną nowinę – bierze ślub. – Mamo, ale nie przyjeżdżaj teraz, bo tylko się podpiszemy, wesele zrobimy później – uprzedził mnie Olek. Smutno mi było, ale cóż począć. Syn połączył mnie z synową przez wideo. Miła dziewczyna, śliczna i bogata – jej ojciec to jakiś duży przedsiębiorca. Cieszyłam się, iż powiodło mu się w życiu. Mijały miesiące, a syn nie przyjeżdżał i nie zapraszał mnie do siebie. Bardzo chciałam poznać synową i uściskać syna, więc spakowałam się, kupiłam bilet na pociąg, naładowałam domowej żywności, upiekłam chleb, zabrałam też trochę słoików i pojechałam. Zadzwoniłam do syna, zanim wsiadłam. – Oj mamo, coś ty zrobiła! Po co? Ja w pracy, choćby nie dam rady cię odebrać. Dobrze, tu masz adres, weź taksówkę – powiedział Olek. Rano dojechałam do Warszawy, zamówiłam taksówkę i cena mnie zszokowała. Ale stolica była piękna, podziwiałam widoki po drodze. Drzwi otworzyła mi synowa. choćby się nie uśmiechnęła, nie przywitała. Zaprosiła sztywno do kuchni. Syn już był w pracy. Rozpakowałam siatki – ziemniaki, buraki, jajka, suszone jabłka, marynowane grzybki, ogórki, pomidorki, słoiki konfitur. Synowa patrzyła na to bez słowa, po czym stwierdziła, iż niepotrzebnie to wszystko przywiozłam, bo oni takich rzeczy nie jedzą, nie gotuje w domu. – A co wy jecie? – zapytałam zdziwiona. – Dziennie mamy catering. Nie lubię gotować, bo potem długo czuć zapachy – odpowiedziała Iwona. Nie zdążyłam się oswoić z tymi słowami, gdy do kuchni weszło dziecko, chłopczyk może trzyletni. – Poznaj, to mój syn, Daniel – mówi synowa. – Danek? – dopytałam. – Nie. Daniel, nie lubię przekręcania imion. – Dobrze, jak mówisz, Iwonko. – Ja nie Iwonka, tylko Iwona. W mieście nikt nie przekręca imion, ale skąd pani może to wiedzieć… Chciało mi się płakać. I wcale nie o to, iż syn wziął żonę z dzieckiem – tylko, iż choćby nie powiedział mi o tym wcześniej. A to jeszcze nie był koniec niespodzianek. Spojrzałam na ścianę – duży portret ślubny. – O, nie było wesela, ale przynajmniej ładne zdjęcia zrobiliście – mówię, próbując zmienić temat. – Jak to nie było wesela? Było, na 200 osób. Tylko pani nie było, bo Olek powiedział, iż pani chora. Może i dobrze, iż tak wyszło – zmierzyła mnie wzrokiem synowa. – Będzie pani jadła śniadanie? – Tak… Iwona postawiła mi herbatę i kilka plasterków drogiego sera. Tak wyglądało według niej śniadanie. Ja tak nie umiem – po podróży wolę porządnie zjeść. Postanowiłam usmażyć jajka i zjeść domowy chleb, który sama upiekłam. Ale synowa kategorycznie zabroniła smażyć jajka, bo kuchnia będzie śmierdzieć. Chleba też nie tknęła, bo z Olkiem są na diecie. Odechciało mi się jeść. Strasznie mi było przykro, iż syn nie zaprosił mnie na wesele. Tyle lat czekałam na ten dzień, oszczędzałam pieniądze, a wszystko poszło na marne. Piłam cicho herbatę. Synowa milczała, atmosfera była ciężka. Wtem przybiegł chłopczyk, wtulił się we mnie. Chciałam go przytulić, ale Iwona zaraz mnie powstrzymała – nie wiadomo, z czym przyjechałam, a to dziecko. Nie miałam słodyczy dla chłopca, więc dałam mu słoiczek konfitur. Synowa wyrwała mi go z rąk: „Ile razy mówiłam, iż my cukru nie jemy! Jesteśmy na zdrowej diecie!” Poczułam, iż zaraz się rozpłaczę. Nie dokończyłam herbaty. Ubierałam się w korytarzu – synowa nie pytała nawet, dokąd idę. Wyszłam na dwór, usiadłam na ławce pod blokiem i popłakałam się jak nigdy w życiu. Po chwili widzę, jak synowa wychodzi z dzieckiem na spacer i wynosi cały mój prowiant do śmietnika. Brakowało mi słów. Gdy wyszła, zebrałam to wszystko i pojechałam na dworzec. Udało się kupić bilet na wieczór. Przy dworcu była knajpka. Zamówiłam sobie barszcz, kawałek smażonego mięsa, ziemniaki z surówką. Zapłaciłam sporo, ale zasłużyłam – chociaż raz dobrze zjeść. Zostawiłam siatki w przechowalni i miałam jeszcze kilka godzin, żeby przejść się po Warszawie. Miasto mi się spodobało. choćby trochę rozchmurzyłam się. W pociągu całą noc nie spałam – płakałam. Zrobiło mi się przykro, bo syn nie zadzwonił, nie zapytał nawet, gdzie jestem. Prędzej śnieg spadnie w lipcu, niż pomyślałabym, iż moje dziecko tak mnie potraktuje. Jest moim jedynym synem, pokładałam w nim tyle nadziei, a okazało się, iż jestem mu niepotrzebna. Teraz zastanawiam się, co zrobić z tymi pieniędzmi, które odkładałam na jego wesele. Oddać Olkowi te 60 tysięcy, żeby wiedział, iż mama zawsze o nim myślała? Czy jednak nie dawać, bo na to nie zasłużył?

newskey24.com 4 godzin temu

Nie, naprawdę nie trzeba teraz przyjeżdżać. Pomyśl, mamo. Droga daleka, cała noc w pociągu, a ty już nie jesteś młoda. Po co ci ten kłopot? I wiosna przecież, w ogródku pewnie pełno roboty mówił do mnie mój syn.

Synku, ale jak to po co? Przecież dawno cię nie widziałam. I na twoją żonę bardzo chcę popatrzeć, jak to mówią, trzeba się z synową lepiej poznać przyznałam szczerze.

To może umówmy się tak, poczekaj jeszcze do końca miesiąca, wtedy wszyscy razem przyjedziemy do ciebie na Wielkanoc, akurat będzie trochę wolnego uspokoił mnie syn.

Szczerze mówiąc, już byłam w zasadzie gotowa do wyjazdu, ale zaufałam mu i zgodziłam się zostać w domu, czekając na ich przyjazd.

Ale nikt do mnie nie przyjechał. Parę razy dzwoniłam do syna, ale nie odbierał. Potem sam oddzwonił, powiedział, iż jest bardzo zajęty, więc nie powinnam na nich czekać.

Było mi bardzo przykro. Przygotowywałam się na wizytę syna z synową. On ożenił się już pół roku temu, a ja do tej pory synowej nie widziałam na oczy.

Mojego syna, Marcina, urodziłam, jak mówią, dla siebie. Miałam już trzydzieści lat, nigdy nie wyszłam za mąż. Postanowiłam, iż chociaż dziecka się doczekam.

Może to nieładnie, ale nigdy nie żałowałam tej decyzji. Nieraz było mi ciężko, bo ledwo starczało na życie. Pracowałam gdzie mogłam, żeby tylko mojemu synowi niczego nie brakowało.

Marcin dorósł, pojechał na studia do Warszawy. Żeby go wesprzeć, wyjeżdżałam choćby do pracy w Niemczech, by przesłać mu pieniądze na naukę i wynajem w stolicy. Matczyne serce cieszyło się, iż mogę mu pomóc.

Już na trzecim roku studiów Marcin zaczął pracować, zarabiał na siebie. Po studiach znalazł stałą pracę i już sam się utrzymywał.

Do domu wracał rzadko, raz w roku. A ja w Warszawie ani razu w życiu nie byłam.

Pomyślałam, iż może jak będzie się żenił, to tam pojadę, choćby zaczęłam odkładać na ten dzień pieniądze. Uzbierałam 20 tysięcy złotych.

Pół roku temu zadzwonił wreszcie z wiadomością bierze ślub.

Mamo, ale nie przyjeżdżaj, bo tylko podpiszemy, a wesele zrobimy później ostrzegł mnie.

Było mi smutno, no ale trudno. Przedstawił mnie synowej przez wideorozmowę. Dziewczyna wydawała się porządna, bardzo ładna i jak mówił z bogatej rodziny. Jej ojciec to podobno ktoś ważny. Cieszyłam się tylko, iż mu się powiodło.

Mijał czas, a syn do mnie nie jechał, nie zapraszał też do siebie. Bardzo chciałam zobaczyć synową, przytulić syna. Spakowałam się, kupiłam bilet, zabrałam domowe jedzenie, sama chleb upiekłam, parę słoików ogórków i wyruszyłam. Zadzwoniłam do Marcina, zanim wsiadłam do pociągu.

Mamo, po co? Jestem w pracy, choćby cię nie zdążę odebrać. Dobrze, tu masz adres, zamów sobie taksówkę powiedział tylko.

Rano przyjechałam do Warszawy, zamówiłam taksówkę i przeraziłam się trochę ceną. Ale wschodzące słońce nad Warszawą poprawiło mi humor; wyglądała pięknie.

Drzwi otworzyła mi synowa. Bez uśmiechu, bez powitania, tylko zaprosiła, żebym przeszła do kuchni. Marcina już nie było, wyjechał do pracy z samego rana.

Zaczęłam rozpakowywać torby ziemniaki, buraki, jajka, suszone jabłka, kiszone grzybki, ogórki, trochę dżemu. Synowa patrzyła na to wszystko obojętnie i oznajmiła, iż niepotrzebnie to przywiozłam, oni tego nie jedzą, ona gotować nie zamierza.

To co wy jecie? zapytałam zdziwiona.

Zamawiamy jedzenie z dostawy. Nie gotuję, bo brzydki zapach zostaje w kuchni odpowiedziała mi Zosia.

Zanim zdążyłam się otrząsnąć z tego wszystkiego, do kuchni wbiegł chłopczyk, może trzy, cztery lata.

Poznaj, to mój syn, Antoni powiedziała synowa.

Antoś? dopytałam.

Nie, Antoni, nie przekręcaj. Nie lubię, jak się zmienia imiona.

Jak powiesz, Zosiu.

Nie Zosiu, tylko Zofia. W mieście nikt nie przekręca imion, ale skąd ty masz to wiedzieć…

Chciało mi się płakać. I choćby nie dlatego, iż syn wziął za żonę kobietę z dzieckiem, ale przez to, iż nic mi o tym nie powiedział.

To nie był koniec. Spojrzałam na ścianę wisiał wielki portret ślubny.

O, dobrze, iż chociaż zdjęcia zrobiliście, skoro nie było wesela rzekłam, próbując rozładować atmosferę.

Jak to nie było wesela? Było, na dwieście osób. Tylko ciebie nie było, Marcin mówił, iż byłaś chora. Może i dobrze, iż tak wyszło zmierzyła mnie wzrokiem Zofia.

Będziesz jadła śniadanie?

Będę…

Postawiła mi przed nosem kubek herbaty i parę plasterków sera. Dla niej to było śniadanie.

A mi aż żal się zrobiło, przecież po podróży człowiek głodny. Chciałam usmażyć jajka, do tego mój domowy chleb. Ale synowa zabroniła smażyć, bo zapach kuchni zostaje.

Chleba też nie chciała jeść, wyjaśniła, iż razem z Marcinem zdrowo się odżywiają.

Już sama przestałam chcieć cokolwiek jeść, żal mi było, bo syn wstydził się zaprosić mnie na swoje wesele. Tyle lat czekałam na tę chwilę, pieniądze odkładałam, a wyszło, jak wyszło.

Piłam więc tylko herbatę. Synowa milczała, niezręczna cisza aż wisiała w powietrzu. Wtedy Antoni przybiegł się do mnie przytulić. Chciałam go objąć, ale Zofia odsunęła dziecko, mówiąc, iż nie wiadomo z czym przyszłam, a to przecież dziecko.

Dla chłopca miałam tylko słoiczek dżemu malinowego. Wręczyłam, mówiąc, iż do naleśników będzie miał pyszność.

Synowa wyrwała mi słoik z ręki i powiedziała: Ile razy mam powtarzać? Jesteśmy na diecie, żadnego cukru nie jemy!

Ledwo powstrzymałam łzy. Nie wypiłam do końca herbaty, wyszłam do przedpokoju, zaczęłam się ubierać. Zofia choćby nie zapytała, dokąd się wybieram.

Wyszłam przed blok, usiadłam na ławce i pozwoliłam sobie na łzy. Jeszcze nigdy nie było mi w życiu tak przykro.

Po chwili zobaczyłam, jak Zofia wychodzi z Antonim na spacer, a wszystkie moje przetwory wynosi do śmietnika.

Słów zabrakło. Kiedy odeszli, spakowałam rzeczy z powrotem do torby i poszłam na dworzec. Udało mi się kupić bilet na wieczór, bo ktoś zwrócił.

Koło dworca była jadłodajnia. Zamówiłam sobie barszcz, kawałek schabu, ziemniaki z surówką. Byłam bardzo głodna. Zapłaciłam sporo, ale przecież zasłużyłam, żeby choć raz dobrze zjeść.

Torby oddałam do przechowalni i kilka godzin spacerowałam po Warszawie. Miasto bardzo mi się spodobało, choćby trochę się rozweseliłam.

W pociągu nie zmrużyłam oka płakałam. Było mi bardzo przykro, bo syn choćby nie zadzwonił, nie zapytał, co się ze mną dzieje.

Nigdy bym nie przypuszczała, iż mój jedyny syn może mnie tak potraktować. Całe życie pokładałam w nim nadzieje, a okazało się, iż stałam się dla niego niepotrzebna.

Teraz zastanawiam się, co zrobić z tymi dwudziestoma tysiącami złotych, które uzbierałam na jego wesele. Oddać je Marcinowi, niech wie, iż matka zawsze o nim myślała? A może nic mu nie dawać, bo przecież sobie nie zasłużył?…

Idź do oryginalnego materiału