Mama zachorowała na Alzheimera. Mam troje rodzeństwa - brata w Gdańsku, siostrę w Anglii, brata pod Krakowem. Na rodzinnej grupie na WhatsAppie piszą: "Jak mama? Trzymamy kciuki"

planetapolska.com 3 godzin temu

Mama zachorowała na Alzheimera. Mam troje rodzeństwa - brata w Gdańsku, siostrę w Anglii, brata pod Krakowem. Opiekuję się sama, codziennie, od trzech lat.

Na rodzinnej grupie na WhatsAppie piszą: "Jak mama? Trzymamy kciuki". Ostatni raz ktoś przyjechał w październiku - na godzinę, bo "korki na obwodnicy".

Mama nie poznała mnie we wtorek. Stałam nad nią z miseczką kaszy manny, a ona cofnęła się na poduszce i zapytała cienkim, przestraszonym głosem: "Pani, a gdzie jest moja Renatka?".

Odstawiłam miskę na szafkę nocną, usiadłam na brzegu łóżka i powiedziałam spokojnie: "To ja, mamo. Renatka". Patrzyła na mnie jeszcze dobrą minutę, zanim coś w jej oczach drgnęło i wróciło. "Ach, Renatka" - szepnęła i pozwoliła się nakarmić.

Potem poszłam do łazienki, zamknęłam drzwi i płakałam, siedząc na brzegu wanny, tak cicho, żeby nie usłyszała. Bo mama słyszy płacz. choćby teraz, kiedy nie poznaje mojej twarzy.

Trzy lata temu, kiedy lekarz w poradni neurologicznej w Lublinie powiedział "choroba Alzheimera, stadium umiarkowane", byliśmy tam we czwórkę. Ja, Grzegorz, Dariusz i mama. Agnieszka była na telefonie - z Leeds, gdzie mieszka od jedenastu lat.

Lekarz mówił o postępującej utracie pamięci, o konieczności stałej opieki, o tym, iż z czasem mama nie będzie mogła sama jeść, sama chodzić do toalety, sama wstać z łóżka. Grzegorz, mój starszy brat, kiwał głową i robił notatki w telefonie.

Dariusz patrzył w podłogę. A ja patrzyłam na mamę, która w tamtym momencie jeszcze rozumiała każde słowo i siedziała z wyprostowanymi plecami, jakby chciała pokazać, iż damy radę.

"Zrobimy grafik" - powiedział Grzegorz na parkingu przed przychodnią. "Każdy bierze tydzień w miesiącu. Aga może przyjeżdżać na dłużej w lecie, a w międzyczasie będzie łożyć na opiekunkę".

Na rodzinnej grupie na WhatsAppie - "Rodzina Korczyńskich", z emotką domu - Agnieszka napisała tego wieczoru: "Oczywiście, liczcie na mnie. Mama jest najważniejsza". Dariusz dodał kciuk w górę. Mama dostała od Grzegorza zdjęcie wnuczki z podpisem "Babciu, będę cię odwiedzać!".

Grafik przetrwał dwa miesiące.

Grzegorz przyjechał raz, na weekend. Zmienił mamie żarówkę w przedpokoju, naprawił cieknący kran i przez dwa dni rozmawiał przez telefon z klientami, bo prowadzi firmę transportową w Gdańsku i "nie może sobie pozwolić na wyłączenie się z biznesu". Kiedy wyjeżdżał w niedzielę po obiedzie, mama pomachała mu z okna. Potem zapytała mnie trzy razy tego samego popołudnia, kiedy Grzesiek przyjedzie.

Dariusz miał trudniej - to przyznaję. Marta, jego żona, przechodziła wtedy operację kolana, a trójka ich dzieci pozostało mała, najmłodsza dopiero poszła do zerówki. Mieszkają pod Krakowem, dobre trzy godziny drogi.

Przyjeżdżał co kilka tygodni, na sobotnie popołudnie. Siadał przy mamie, trzymał ją za rękę, opowiadał o dzieciach. Mama go kochała - z całej czwórki Dariusz zawsze był tym najcichszym, najłagodniejszym. Ale pod koniec każdej wizyty patrzył na zegarek i mówił: "Muszę, Renatka. Marta nie daje rady sama z dziećmi".

A potem przestał przyjeżdżać co kilka tygodni. Zaczął co dwa miesiące. Potem co trzy.

Z Agnieszką było inaczej. Ona rzeczywiście wysyłała pieniądze. Najpierw regularnie, co miesiąc, potem rzadziej - ale wysyłała. Wystarczało na pampersy, na leki, na opłacenie pielęgniarki, która przychodziła trzy razy w tygodniu na dwie godziny, żebym mogła chociaż wyskoczyć na zakupy.

Agnieszka robiła, co mogła - na odległość. Problem z odległością jest taki, iż po pewnym czasie staje się wygodna. Łatwiej napisać "Jak mama?" na grupie niż zobaczyć na własne oczy, iż mama siedzi w fotelu i rozmawia z ojcem, który nie żyje od dwunastu lat.

A ja? Ja mam pięćdziesiąt osiem lat, pracuję na pół etatu w wydziale administracji urzędu miasta i od trzech lat nie byłam nigdzie dalej niż Biedronka na rogu. Mój dzień wygląda tak samo od tysiąca dni: budzik o piątej, leki dla mamy, śniadanie, toaleta, przebranie, pielęgniarka albo nie, praca zdalna albo cztery godziny w urzędzie, obiad, spacer po korytarzu bo na zewnątrz mama się boi, znowu leki, kolacja, kąpiel, moczenie bielizny, układanie do snu. I te same pytania, które mama zadaje po czterdzieści razy dziennie: "Gdzie jest tata?", "Kiedy przyjadą dzieci?", "A zjadłam już?".

Kocham mamę. Powtarzam to sobie każdego ranka, kiedy budzik dzwoni o piątej i mam ochotę rzucić telefonem w ścianę.

Na WhatsAppie rodzinnym piszą. O tak, piszą regularnie. Grzegorz co tydzień wysyła pytanie: "Jak mama się czuje? Potrzebujecie czegoś?". Agnieszka wstawia emotki serduszek i pisze "Ściskam mamę!".

Dariusz reaguje kciukiem na każdą moją wiadomość. Kiedy napisałam w styczniu, iż mama miała upadek i rozbiła sobie kolano, Grzegorz odpisał w dwanaście minut: "Ojej, uważajcie na siebie!". Agnieszka napisała: "Może warto zamontować poręcze w łazience? Mogę dopłacić". Dariusz dał smutną buźkę.

Poręcze zamontowałam sama, z filmiku na YouTube i wiertarki pożyczonej od sąsiada.

W październiku przyjechał Dariusz. Na godzinę, bo "korki na obwodnicy były straszne, a Marta czeka z dziećmi w centrum na zakupach". Usiadł przy mamie, pogłaskał ją po ręce, mama spojrzała na niego i powiedziała: "Jaki pan miły". Dariusz pobladł. Pocałował ją w czoło, wyszedł na klatkę schodową i stał tam pięć minut. Potem wrócił, powiedział "muszę lecieć" i pojechał.

Na grupie tego wieczoru napisał: "Mama wygląda dobrze, jest zadbana. Renata, jesteś wspaniała".

Nie odpisałam.

Nie odpisałam, bo gdybym zaczęła pisać, nie skończyłabym na jednym zdaniu. Bo chciałam napisać: "Nie jestem wspaniała, Dariusz. Jestem zmęczona. Jestem tak zmęczona, iż rano nie czuję nóg.

Że zapominam, czy jadłam. Że lekarz powiedział mi, iż mam objawy wypalenia opiekuńczego i iż powinnam iść na terapię, a ja nie mam kiedy, bo kto zostanie z mamą. Że mam pięćdziesiąt osiem lat i ostatni raz byłam u fryzjera w kwietniu. Nie w tym kwietniu. W tamtym".

Ale nie napisałam. Bo na rodzinnej grupie jest się "wspaniałą" albo milczy.

Przełom nastąpił w marcu, ale nie tak, jak mogłoby się wydawać. Nie było żadnej awantury, żadnych krzyków, żadnego trzaskania drzwiami. Był zwykły wtorek i mama siedziała w fotelu przy oknie, patrząc na kwitnące bzy za balkonem. Miała jasny moment - jeden z tych coraz rzadszych dni, kiedy jej oczy są przytomne i widzą.

"Renatka" - powiedziała nagle, wyraźnie, moim imieniem. "A dlaczego Grzesiek nie przyjeżdża? I Dariuszek? I Agnieszka? Czy ja coś zrobiłam?"

Stałam z tacką herbaty i nie mogłam się ruszyć. Bo mama pytała poważnie. Naprawdę chciała wiedzieć.

"Nie, mamo" - powiedziałam. "Nic nie zrobiłaś. Są zajęci".

"Aha" - powiedziała i znowu wróciła do bzów za oknem. "To dobrze. Byle zdrowi".

Tego wieczoru nie napisałam nic na grupie. Zamiast tego otworzyłam laptop i znalazłam numer do ośrodka wsparcia dla opiekunów osób z demencją. Zadzwoniłam następnego dnia. Umówiłam się na rozmowę. Psycholożka, która ze mną rozmawiała, powiedziała coś, co pamiętam do dziś: "Pani Renato, nie można czekać, aż ktoś pozwoli pani być zmęczoną. Zmęczenie nie potrzebuje pozwolenia".

Na kolejnej rodzinnej grupie napisałam krótko: "Zapisałam się na grupę wsparcia dla opiekunów. Mam spotkania w czwartki. Potrzebuję, żeby ktoś był z mamą w czwartki od 16 do 19".

Grzegorz odpisał: "Super, iż dbasz o siebie! Może jakaś opiekunka na te godziny?".

Agnieszka: "Mogę dopłacić!".

Dariusz dał kciuk w górę.

Wyłączyłam telefon i poszłam do mamy. Siedziała dalej przy oknie, chociaż bzy już zniknęły w ciemności. Poprawiłam jej koc na kolanach, a ona złapała mnie za rękę i trzymała mocno. Nie wiem, czy mnie poznawała. Ale trzymała.

Następnego czwartku zadzwoniłam do sąsiadki z parteru, pani Zosi, emerytowanej nauczycielki, która od lat pytała, czy może pomóc. Powiedziałam: "Pani Zosiu, mogłaby pani posiedzieć z mamą trzy godziny?". Pani Zosia przyszła z własnym termosem herbaty i krzyżówką. Mama powiedziała do niej "Dzień dobry, pani sąsiadko" - i to wystarczyło.

Wracałam z grupy wsparcia przed siódmą. Był ciepły, marcowy wieczór, pachniało mokrą ziemią i czymś zielonym, co dopiero co zaczynało rosnąć. Szłam powoli, pierwszy raz od trzech lat nie śpiesząc się do domu. Nie dlatego, iż nie chciałam wracać. Dlatego, iż wreszcie mogłam - na chwilę - nie biec.

Na grupie "Rodzina Korczyńskich" było nowe powiadomienie. Grzegorz wstawił zdjęcie wnuczki w kąpieli: "Babcia Stasia, spójrz jaka rybka!".

Mama dawno nie wie, co to WhatsApp. Ale Grzegorz dalej wysyła. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];

Idź do oryginalnego materiału