– Mama zachorowała i zamieszka u nas. Będziesz musiała się nią opiekować! – oznajmił mąż Świecie — Przepraszam, co? — zapytała spokojnie Światłana, odkładając telefon, na którym właśnie sprawdzała służbowy czat. Sergiusz stał w drzwiach kuchni, z założonymi na piersi rękami. Wyglądał tak, jakby właśnie podjął ostateczną i niepodlegającą dyskusji decyzję. — Powiedziałem, iż mama zamieszka z nami na pewien czas. Potrzebuje stałej opieki. Lekarz twierdzi, iż co najmniej dwa, trzy miesiące, może i dłużej. Świa poczuła, jak w środku powoli coś się zaciska. — A kiedy o tym zdecydowałeś? — zapytała, starając się brzmieć spokojnie. — Dziś rano rozmawiałem z siostrą i z lekarzem. Wszystko już postanowione. — Czyli wy troje ustaliliście, a ja mam się po prostu dowiedzieć i zgodzić? Sergiusz lekko się zmarszczył — jak ktoś, kto spodziewa się oporu, ale i tak jest zaskoczony. — Świeto, przecież rozumiesz. To moja mama. Komu innemu miałaby się powierzyć? Siostra jest w Gdańsku, ma małe dzieci, pracuje… A my mamy dużą mieszkanie, ty pracujesz zdalnie, jesteś częściej w domu… — Pracuję pięć dni w tygodniu, całą dniówkę, od dziewiątej do siedemnastej, czasem dłużej. Dobrze o tym wiesz. — No i co? — rozłożył ręce. — Mama nie jest wymagająca. Musi tylko ktoś być w pobliżu. Podać leki, odgrzać obiad, pomóc w łazience… Dasz radę. Światłana patrzyła na męża i czuła w piersi chłodną pustkę zamiast złości — póki co tylko jasne zrozumienie: on naprawdę sądzi, iż to oczywiste. Że jej praca i życie prywatne są mniej ważne od „potrzeby mamy”. — Rozważaliście opiekunkę? — zapytała cicho. Sergiusz skrzywił się. — Wiesz, ile to kosztuje? Dobra opiekunka to trzy i pół tysiąca miesięcznie. Skąd tyle weźmiemy? — Myślałeś o urlopie bezpłatnym? Albo pracy na pół etatu przez jakiś czas? Popatrzył na nią tak, jakby poprosiła o lot na Księżyc. — Świeta, ja mam odpowiedzialne stanowisko. Nie puszczą mnie na dwa–trzy miesiące. Poza tym — nie jestem lekarzem. Nie umiem zadbać tak, jak trzeba… — A ja niby umiem? — zapytała Światłana z pełnym spokojem. Sergiusz zamilkł. Chyba dotarło do niego, iż rozmowa zboczyła z zaplanowanego scenariusza. — Ty jesteś kobietą — powiedział w końcu z taką szczerością, iż Świecie prawie zrobiło się śmieszno. — Tobie opieka przychodzi naturalniej. Pokiwała głową — bardziej do siebie niż do niego. — Naturalniej… — No… tak. Odłożyła telefon ekranem do stołu. Spojrzała na dłonie — lekko się trzęsły. — Dobrze — powiedziała. — Zróbmy tak. Ty bierzesz urlop bezpłatny na dwa miesiące. Ja pracuję. Opiekujemy się mamą razem. Ja wieczorami i w weekendy, ty za dnia. Okej? Sergiusz otworzył usta, potem zamknął. — Świeta… serio? — Całkiem. — Ale mówiłem — mnie nie puszczą! — To bierzemy opiekunkę. Mogę się dorzucić — pół na pół ewentualnie sześćdziesiąt na czterdzieści, jeżeli uznasz, iż mniej zarabiam. Ale nie zgodzę się sama dźwigać odpowiedzialności za opiekę nad twoją mamą. Nie zgodzę. Zapadła gęsta cisza, w której tylko zegar tykał na ścianie. Sergiusz odkaszlnął. — Czyli odmawiasz? — Nie — Światłana podniosła na niego wzrok. — Odmawiam roli darmowej całodobowej opiekunki, przy jednoczesnej pełnej pracy i bez uzgadniania tego ze mną. To dwie różne rzeczy. Długo patrzył na nią, jakby nie dowierzał. — Wiesz, iż to moja mama? — Wiem — odparła cicho. — Dlatego proponuję rozwiązania, które pozwolą nam wszystkim zachować twarz i zdrowie. Także twojej mamie. Sergiusz gwałtownie wyszedł z kuchni. Drzwi do pokoju trzepnęły — nie mocno, ale znacząco. Światłana została przy stole, patrząc na zimną herbatę. W myślach krążyła jedna, spokojna i wyraźna myśl: „No to się zaczęło”. Wiedziała, iż to dopiero początek. Wiedziała, iż zaraz będzie telefon do siostry, potem do mamy, później jeszcze raz do siostry. Że za godzinę, półtorej pojawi się teściowa, bo mieszka dziesięć minut od nich i oczywiście „wszystko usłyszy”. Że będzie długa, emocjonalna rozmowa o tym, jaka to ona jest „chłodna, niewdzięczna, egoistka, która zapomniała, czym jest rodzina”. A potem — coś prostego i wyzwalającego. Że już nie zamierza przepraszać za to, iż chce spać więcej niż cztery godziny na dobę. I za to, iż jej praca to nie hobby. I za to, iż ona też ma prawo do własnego życia — nie zamienionego w nieustanny dyżur pielęgniarski. Otworzyła okno. Nocne, zimne powietrze wdarło się do kuchni, pachnąc mokrym asfaltem i dalekim dymem. Świeta głęboko odetchnęła. „Niech mówią, co chcą — pomyślała. — Najważniejsze, iż już powiedziałam pierwsze „nie””. A to „nie” było najważniejszym, jakie wypowiedziała od dwunastu lat małżeństwa. *** Na drugi dzień rano Światłanę obudził dźwięk przekręcanego zamka w drzwiach. Potem znowu „wojna bez ogłoszenia”… [Oryginalna treść dialogów i fabuły zachowana.] *** Mama męża zamieszkała u nas, a cały dom na mojej głowie? Gdy postawiłam granice, wszystko się zmieniło: historia o asertywności, rodzinnych obowiązkach i nowym początku z teściową pod jednym dachem

polregion.pl 3 godzin temu

Mama jest chora i na razie zamieszka z nami, będziesz musiała się nią zajmować! oświadczył mężowi Zofii.

Przepraszam, co? Zofia powoli odłożyła telefon, na którym przed chwilą sprawdzała służbową grupę.

Tomasz stał w progu kuchni, ramiona skrzyżowane na piersi, wzrok twardy, jakby właśnie ogłosił ostateczny, niepodlegający żadnym negocjacjom wyrok.

Mówię, iż mama potrzebuje ciągłej opieki, lekarz zalecił co najmniej dwa-trzy miesiące pod stałą obserwacją. Może choćby dłużej. To już ustalone.

Coś w środku Zofii kurczyło się powoli i bezlitośnie.

A kiedy ty to ustaliłeś? zapytała, pilnując, by jej głos był spokojny.

Rozmawiałem dziś rano z siostrą i lekarzem. Decyzja zapadła.

Czyli we trójkę wszystko ustaliliście, a moją rolą jest tylko się dowiedzieć i zaakceptować?

Tomasz zmarszczył brwi, jakby spodziewał się sprzeciwu, ale jednak go zaskoczył.

Zosiu, przecież sama rozumiesz. To moja mama. Kto się nią zajmie? Siostra w Gdańsku z dwójką maluchów i pracą. Mamy dużą mieszkanie, a ty jesteś w domu prawie codziennie

Pracuję pięć dni w tygodniu, Tomek. Na pełny etat. Od dziewiątej do siódmej, czasem później. Przecież o tym wiesz.

No i co z tego? rozłożył ręce. Mama nie jest wymagająca, wystarczy, iż ktoś będzie przy niej w razie czego, poda leki, odgrzeje zupę, pomoże do łazienki Poradzisz sobie.

Zofia patrzyła na męża i czuła chłodną pustkę, która powoli wypełniała jej klatkę piersiową. To nie była jeszcze złość bardziej bolesna świadomość, iż dla niego jej praca, zmęczenie, wolny czas to szczegóły, wobec potrzeby mamy.

Myśleliście o opiekunce? zapytała cicho.

Tomasz skrzywił się.

Przecież wiesz, ile to kosztuje! Dobra opiekunka to minimum trzy i pół tysiąca złotych miesięcznie. Skąd to wyczarujemy?

Rozważałeś urlop bezpłatny? Albo chociaż skrócenie pracy chociaż na pół etatu?

Spojrzał na nią tak, jakby zaproponowała mu skok z dachu.

Zosia, ja mam odpowiedzialne stanowisko! Kto mnie puści na dwa, trzy miesiące? Do tego przecież nie jestem pielęgniarzem! Nie umiem robić zastrzyków, mierzyć ciśnienia, pilnować leków

Ja chyba też nie mam dyplomu pielęgniarki? zapytała spokojnie, bez emocji.

Tomasz zawahał się. Po raz pierwszy wieczorem dotarło do niego, iż ten scenariusz nie idzie według jego planu.

Jesteś kobietą powiedział w końcu, z tak szczerą pewnością, iż Zofia prawie się roześmiała. Masz to instynktownie po prostu. Zawsze jakoś lepiej radziłaś sobie z chorymi.

Kiwnęła głową, bardziej do siebie niż do niego.

No więc instynkt.

No tak.

Telefon przeleżał na stole ekranem do dołu. Zofia popatrzyła na drżące lekko palce.

W porządku, powiedziała powoli. Proponuję tak: bierzesz dwa miesiące bezpłatnego urlopu, ja pracuję. Opiekę nad mamą dzielimy na pół. Ja po pracy i w weekendy, ty w ciągu dnia. Zgoda?

Tomasz otworzył usta. Zamknął.

Zosiu mówisz serio?

Całkowicie.

Ale przecież mnie nie puszczą!

W takim razie opiekunka. Połowę kosztów biorę na siebie. Albo choćby sześćdziesiąt procent, jeżeli twoja pensja jest mniejsza. Ale nie biorę na siebie pełnej odpowiedzialności za twoją mamę. Po prostu nie.

Zapadła lepka cisza. Na ścianie tykał zegar, wyjątkowo głośno.

Tomasz chrząknął.

Czyli odmawiasz?

Nie Zofia spojrzała mu prosto w oczy. Odmawiam bycia darmową, całodobową opiekunką, nie rezygnując z pracy i bez jakiejkolwiek rozmowy. To różnica.

Wpatrywał się w nią długo, jakby chciał sprawdzić, czy to na serio.

Przecież to moja mama. W jego głosie zabrzmiała zraniona duma dorosłego syna, którego po raz pierwszy ktoś poprosił o odpowiedzialność za matkę.

Rozumiem, odparła cicho. Właśnie dlatego próbuję znaleźć rozwiązanie, które wszystkim pozwoli nie zwariować. Zwłaszcza twojej mamie.

Tomasz gwałtownie wyszedł z kuchni.

Drzwi do pokoju trzasnęły lekko, ale wyraźnie.

Zofia została sama przy stole, wpatrzona w zimną herbatę. Jedna myśl chodziła jej po głowie, coraz realniejsza i spokojniejsza: No i zaczęło się. Wiedziała, iż to dopiero początek.

Wiedziała, iż teraz Tomasz zadzwoni do siostry. Do matki. Potem znów do siostry. Że za godzinę pojawi się teściowa bo mieszka dziesięć minut pieszo i wszystko słyszy. Będzie długi, podniesiony ton. Nazwą ją zimną, wyrodną, samolubną, kobietą, która nie wie, co to prawdziwa rodzina.

Ale jeszcze ważniejsze Zofia nagle zrozumiała coś bardzo prostego.

Nie zamierza już przepraszać za to, iż potrzebuje więcej niż cztery godziny snu. Że jej praca to nie hobby. Że ma prawo do życia, w którym nie musi być wyłącznie szpitalną salą.

Podniosła się, otworzyła okno na oścież.

Chłodne powietrze nocne wpadło do kuchni, niosąc mokry zapach asfaltu i dalekiego dymu.

Zofia wciągnęła powietrze głęboko.

Niech mówią, co chcą, pomyślała. Ważne, iż powiedziałam pierwsze nie.

I to nie zabrzmiało w niej najgłośniej od dwunastu lat ich małżeństwa.

Następnego ranka Zofię obudził dźwięk przekręcanego klucza. Cichy, niemal przepraszający ruch zamka, potem powolne kroki i zduszony kaszel.

Leżała nieruchomo, słuchając, jak w przedpokoju ktoś ściąga płaszcz, ustawia torbę, zdejmuje buty. Codzienny rytuał, ale dziś brzmiał jak początek cichej wojny.

Tomku głos pani Haliny był słaby, ale nakazujący. Jesteś w domu?

Tomasz, ewidentnie nie śpiący całą noc, odpowiedział zbyt radośnie:

Jestem, mamo. Chodź do kuchni, już wstawiłem wodę na herbatę.

Zofia zacisnęła oczy. choćby nie uprzedził, iż dziś przywiezie ją tu. Po prostu zrobił to.

Zebrała się, narzuciła szlafrok, wyszła do korytarza.

Halina stała pośrodku, skulona w starym, granatowym płaszczu, trzymając reklamówkę z lekami i termos. Uśmiechnęła się do synowej blado, zmęczona, z charakterystycznym cieniem wyższości.

Dzień dobry, Zosiu. Przepraszam, iż tak wcześnie. Lekarz stwierdził, iż im szybciej się przeprowadzę, tym lepiej.

Zofia skinęła głową.

Dzień dobry, pani Halino.

Tomasz wszedł z kuchni z tacą herbata, sucharki, leki na spodeczku.

Mamo, połóż się w dużym pokoju. Rozłożyłem ci kanapę.

A rzeczy kto rozpakuję? Halina spojrzała na synową. Zosiu, pomożesz?

Ból pulsował Zofii w skroniach.

Oczywiście powiedziała. Po pracy.

Po pracy? Halinie podniósł się głos. A kto ze mną dziś zostanie?

Tomasz chrząknął.

Mama, rano idę do pracy, ale na obiad się zwolniłem. Zosiu zwrócił się błagalnie, może weźmiesz wolne?

Zofia patrzyła mu w oczy długo, bardzo długo.

Dziś mam prezentację projektu przed klientem. To nie do odwołania.

To może potem? Halina już zdejmowała płaszcz. Po prezentacji?

Wrócę około siódmej, może pół do ósmej.

Zapadła cisza.

Halina powoli opadła na stołek w przedpokoju.

Czyli przez cały dzień będę sama?

Tomasz spojrzał na żonę niemal błagalnie.

Zofia przemówiła spokojnie:

Pani Halino, rano przygotuję jedzenie na cały dzień. Leki porozkładam godzinowo, wszystko podpiszę. Gdyby coś się stało proszę dzwonić. Odbiorę choćby podczas prezentacji.

Halina zacisnęła usta.

A jak się przewrócę? Albo źle wezmę leki?

Wtedy proszę zadzwonić po pogotowie. To będzie rozsądniejsze, niż czekać, aż przez miasto przyjadę.

Tomasz otworzył usta, ale nic nie powiedział.

Halina zwróciła się do syna.

Tomku słyszałeś?

Mamo, szeptał, Zosia ma rację. Nie jesteśmy lekarzami. W razie poważnych spraw tylko pogotowie.

Zofia aż się zatrzymała w myślach. Pierwszy raz od ilu lat? Usłyszała na głos: Zosia ma rację.

Halina podniosła się powoli.

No dobrze. jeżeli tak się umówiliście to trudno.

Ruszyła do pokoju, ciągnąc torebkę. Drzwi zamknęły się delikatnie, demonstracyjnie.

Tomasz obrócił się do żony.

Chociaż mogłabyś

Nie, przerwała. Nie mogłam. I nie będę.

Przeszła do kuchni, nalała sobie wody i wypiła duszkiem.

Tomasz stanął z tyłu.

Zosiu wiem, iż ci ciężko. Ale to moja mama.

Wiem.

I naprawdę źle się czuje.

Wierzę.

Więc czemu

Zofia spojrzała mu w oczy.

Bo jeżeli teraz się zgodzę na wszystko, to już tak będzie zawsze. Rozumiesz?

Milczał.

Kocham cię, powiedziała cicho. I nie chcę, żeby nasza rodzina się rozpadła przez to, iż jedna osoba postanowiła, iż druga nie ma prawa do własnego życia.

Tomasz spuścił głowę.

Porozmawiam jeszcze z Anką. Może chociaż na weekendy przyjedzie.

Byłoby dobrze.

Podniósł na nią oczy.

A nie będziesz się na mnie gniewać?

Zosia lekko się uśmiechnęła pierwszy raz od doby.

Już się gniewam. Ale próbuję nie przenosić tego na przyszłość.

Kiwnął głową.

Postaram się to jakoś naprawić.

Zjawiła się pora. Za dwie godziny prezentacja.

Zofia zamknęła się w sypialni. Tomasz został w kuchni, patrząc na pusty kubek.

Dzień minął zaskakująco spokojnie. Prezentacja udała się rewelacyjnie klient zachwycony, obiecał choćby premię za szybkość. Wychodząc z biura o w pół do siódmej, poczuła lekkość w środku.

W metrze napisała do Tomka:

Jak mama?

Odpowiedź przyszła niemal od razu:

Śpi. Jestem od trzeciej w domu. Obiad gotowy. Czekamy na ciebie.

Spojrzała w okno metra, gdzie odbijała się własna twarz.

Czekamy na ciebie.

Słowo, które tak dawno nie brzmiało domowo.

Naprawdę czekali.

Na stole sałatka, pieczony dorsz, ziemniaki. Halina w fotelu z książką. Zobaczywszy synową, odłożyła lekturę.

Zosiu przyszłaś.

Przyszłam.

Usiądź, zjedz. Tomek sam zrobił wszystko. choćby pozmywał.

Zofia spojrzała na męża.

Wzruszył ramionami ot, nic wielkiego.

Usiadła do stołu.

Halina odchrząknęła.

Pomyślałam może jednak warto poszukać opiekunki. Na dzień chociaż. Tomek się zamęcza w pracy.

Zofia spojrzała spokojnie.

To byłoby bardzo rozsądne.

Zadzwonię do Anki, dodał Tomasz. Może się dorzuci. Obiecała przemyśleć.

Halina westchnęła.

Nie wierzyłam, iż dożyję czasu, gdy ktoś obcy będzie mi zmieniał pieluchę

Tu nikt nie jest obcy, mamo, powiedział cicho Tomasz. Jesteśmy rodziną. Tylko iż każdy z nas ma teraz swoje granice.

Zofia spojrzała na teściową.

Ta, milcząc, kiwnęła głową.

Chyba czas się nauczyć.

Wtedy zadzwonił telefon Haliny.

Spojrzała na ekran, westchnęła.

Anka twoja siostra.

Tomasz odebrał.

Cześć Tak, mamo Tak, już wszyscy w domu Słuchaj Potrzebujemy twojej pomocy. Nie tylko kasy. Przyjedź na weekend. Porozmawiamy razem.

Odłożył telefon.

Spojrzał na Zofię.

Przyjedzie.

Zofia powoli skinęła głową.

Dobrze.

Pierwszy raz od lat poczuła, iż powrót do domu jej niestraszny.

Nie dlatego, iż w domu zrobiło się cicho.

Tylko dlatego, iż dom wreszcie zaczął słuchać.

Minęły trzy tygodnie.

Halina przestała kaszleć nocami tak dramatycznie. Leki działały, opuchlizna na nogach zeszła, kilka razy sama doczłapała do kuchni po herbatę. Ale najważniejsze w mieszkaniu zapadła spokojna cisza. Nie duszna, milcząca cisza strachu, ale równowaga ludzi, którzy uczą się dogadywać.

W sobotę rano przyjechała Anka z Gdańska.

W progu stanęła z dwiema dużymi torbami, kilkuletnią córką na rękach i nieśmiałym uśmiechem.

Mamo, hej Zosiu, Tomku Przepraszam, iż tyle się zbierałam.

Halina, siedząc w fotelu pod oknem, odwróciła się powoli, jakby bała się zniszczyć delikatność tej chwili.

Jedak dotarłaś.

Obiecałam przecież, Anka odstawiła torby, podała córkę Tomkowi i podeszła do matki. Jak zawsze.

Zofia stała w kuchennych drzwiach, obserwowała wszystko w ciszy.

Anka kucnęła przy matce.

Mamo, długo wczoraj z Tomkiem rozmawialiśmy przez telefon. Ustaliliśmy tak.

Wyjęła z kieszeni złożoną kartkę.

Opiekunka z medycznym przygotowaniem. Przychodzi codziennie od dziewiątej do siedemnastej. Pięć dni w tygodniu. Weekendy my się zmieniamy.

Halina drżącą ręką wzięła kartkę, przeczytała, spojrzała na syna.

A pieniądze?

Dzielimy się po równo. Ja, ty i Zosia. Każdy daje tyle samo, odpowiedział spokojnie Tomasz.

Po równo jakby smakowała to słowo Halina.

Anka pokiwała głową.

Nikt z nas nie może rzucić pracy i być cały dzień w domu. Ty potrzebujesz opieki, więc musimy zapłacić za profesjonalną pomoc.

Zofia odezwała się po raz pierwszy:

Jutro przychodzi pani Wiesia opiekunka, pięćdziesiąt osiem lat, dwadzieścia lat w zawodzie. Przychodzi poznać się z panią Haliną.

Halina długo milczała.

W końcu spojrzała prosto, bez spięcia:

Zosiu mogłaś po prostu powiedzieć nie i odejść. Wiele kobiet by tak zrobiło.

Zofia wzruszyła ramionami.

Mogłam. Ale wtedy wszyscy byśmy przegrali. Przede wszystkim pani.

Halina spuściła wzrok na swoje ręce.

Całe życie uważałam, iż jako matka mogę szukała słów żądać. Teraz widzę, iż muszę dopiero się uczyć.

Anka ścisnęła dłoń matki.

Nikt nie każe ci się zmieniać, mamo. Po prostu żyć tak, żeby każdemu było lżej oddychać.

Halina spojrzała na córkę, na syna, w końcu na Zofię.

Przepraszam cię, Zosiu wyszeptała. Naprawdę myślałam iż mam prawo wymagać.

Zosia poczuła, jak coś puszcza jej w piersi, od dawna ściśnięty, bolesny kłąb.

Przyjmuję przeprosiny, pani Halino.

Halina słabo, ale szczerze się uśmiechnęła.

No to poznajmy panią Wiesię. W końcu już nie jestem królową w tym domu.

Tomasz roześmiał się lekko pierwszy raz od wielu tygodni.

Nie królowa, nie bóg. Po prostu mama. Nasza. Będziemy o ciebie dbać nie przez poświęcenie, tylko z rozsądkiem.

Wieczór, gdy Anka z córką pojechały na dworzec, a Halina zasnęła w swoim pokoju, Zofia i Tomasz siedzieli w półmroku kuchni nad kieliszkami wina.

Wiesz, powiedział Tomasz, myślałem iż odejdziesz.

Zofia spojrzała zaskoczona.

Naprawdę?

Gdy powiedziałaś nie tamtego wieczoru… byłem pewien, iż to koniec. Że spakujesz się i zostawisz mnie z tym wszystkim.

Obróciła kieliszek w dłoni.

Byłam blisko. Naprawdę.

Co cię powstrzymało?

Długo milczała, po czym odpowiedziała:

Zrozumiałam, iż dopóki nie odejdę, mogę jeszcze sprawdzić, czy potrafisz wziąć odpowiedzialność nie tylko w słowach.

Tomasz spuścił wzrok.

Wiele się nauczyłem przez te tygodnie. I przez cały czas się uczę.

Wiem.

Podniósł oczy.

Dziękuję, iż dałaś mi szansę.

Uśmiechnęła się łagodnie.

Dziękuję, iż ją wykorzystałeś.

Stuknęli się cicho kieliszkami, niemal uroczyście.

Za oknami sypał śnieg pierwszy prawdziwy śnieg tej zimy. Płatki wirowały w świetle lamp, miękko pokrywając chodniki.

U Haliny w oknie żarzyła się cicha lampka.

A w sypialni Zofii i Tomasza po raz pierwszy od wielu miesięcy nie unosił się zapach leków i zmartwień. Wreszcie pachniało domem. Ich domem.

Idź do oryginalnego materiału