Mam już dosyć niańczenia waszego synka powiedziała synowa i wyjechała nad Bałtyk.
U pani Walerii Szymańskiej był syn.
Porządny, pracowity chłopak. Jedynie żona, którą sobie znalazł, była dziwna. Raz nie chciała gotować, innym razem sprzątać. Ostatnio jakby ją ktoś zaczarował wybuchała przy każdej okazji.
Wczoraj znowu była awantura.
Paweł, ty jesteś dorosłym facetem, a zachowujesz się jak dzieciak! powiedziała mężowi Sylwia.
Paweł zgłupiał. Przecież nie prosił o wiele! Tylko żeby Sylwia wybrała mu skarpety, wyprasowała koszulę, przypomniała o zaświadczeniu do przychodni.
Mama zawsze mi pomagała wymamrotał.
No to jedź do mamy! wybuchła Sylwia.
Następnego dnia spakowała walizkę.
Paweł powiedziała zupełnie spokojnie. Jadę do Gdańska. Na miesiąc. A może na dłużej.
Jak to na dłużej?!
Tak właśnie. Mam dość niańczenia dorosłego faceta.
Paweł zaczynał się denerwować, ale Sylwia nie słuchała. Wyjęła telefon, zadzwoniła:
Pani Walerio? Tu Sylwia. jeżeli bez niańki się nie obejdzie proszę, na jakiś czas zamieszkać u nas. Zapasowe klucze są pod wycieraczką.
I wyjechała.
Paweł został w pustym mieszkaniu i nie miał pojęcia, co zrobić. Lodówka pusta, skarpetki brudne, górka naczyń w zlewie.
Po paru dniach zadzwonił do mamy:
Mamo, Sylwia zwariowała! Wyjechała nie wiadomo dokąd! Co teraz?!
Waleria Szymańska westchnęła. Znów kłopoty z synową.
Zaraz przyjadę, Pawełek. Wszystko będzie dobrze.
Przyjechała po godzinie. Z torbą zakupów i typowym matczynym nastawieniem: zaraz wszystko naprawimy.
Ale gdy przekroczyła próg, zaniemówiła.
Wszędzie bałagan. W sypialni stosy ubrań. Na kuchni brudne naczynia. W łazience brudne rzeczy.
I wtedy Waleria zrozumiała: jej trzydziestoletni syn naprawdę nie umie żyć sam.
Przecież całe życie robiła wszystko za niego. I wyhodowała wielkie dziecko.
Mamo jęczał Paweł co na obiad? Gdzie moje koszule? Kiedy Sylwia wróci?
Waleria zaczęła sprzątać, milcząc. Ale w głowie miała tylko jedno: co ja narobiłam?
Całe życie chroniła syna przed codziennością. Przed trudnościami. Przed życiem!
A teraz bez kobiet nie potrafi się ruszyć.
A Sylwia? Sylwia po prostu uciekła przed tym wielkim, bezradnym dzieckiem.
I trudno jej się dziwić.
Trzy dni Waleria mieszkała u syna.
Każdego dnia była coraz bardziej świadoma: wychowała wielkie dziecko.
Rano Paweł wstawał i od razu marudził:
Mamo, co na śniadanie? Gdzie koszula? Masz czyste skarpety?
Waleria prasowała, gotowała, sprzątała. I patrzyła.
Wyobraźcie sobie: trzydziestolatek nie potrafił włączyć pralki! Nie miał pojęcia, ile kosztuje chleb! choćby herbatę parzył nieudolnie to poparzył się wrzątkiem, to rozsypał cukier.
Mamo skarżył się wieczorami Sylwia całkiem zgłupiała! Wcześniej udawała, iż mnie kocha. Teraz jest obca!
A pomagasz jej czasem, Pawełku? ostrożnie zapytała Waleria.
Ale jak? Przecież pracuję! Zarabiam! To chyba wystarczy?
A w domu?
Co w domu? Jestem zmęczony po pracy! Chcę odpocząć. A ona ciągle czegoś chce. Żeby naczynia umyć, po zakupy pójść. Ale to przecież kobiece sprawy!
Najciekawsze było to, iż Waleria nagle usłyszała samą siebie. Słowa, które powtarzała mu przez całe dzieciństwo:
Pawełku, nie ruszaj mama posprząta! Nie chodź do sklepu mama szybciej kupi! Jesteś chłopcem, masz inne rzeczy na głowie!
I wyhodowała potwora.
Im więcej obserwowała, tym bardziej się bała.
Paweł wracał do domu padał na kanapę. Czekał na obiad. Czekał na opowieści. Czekał na rozrywkę.
A gdy obiad nie pojawiał się sam, zaczynał kaprysić:
Mamo, co z jemy? Przecież jestem głodny!
Jak dziecko.
Najgorsze były jego rozmowy o Sylwii.
Ona jest jakaś rozdrażniona narzekał Paweł. Ciągle zła. Może powinna iść do lekarza? Hormony sprawdzić?
A może po prostu jest zmęczona? zaproponowała Waleria.
Od czego? Pracujemy oboje. Ale dom to już jej obowiązek.
Obowiązek?! wybuchła nagle Waleria. Kto ci tak powiedział?!
Paweł zgubił się. Nigdy nie słyszał, by mama się tak złościła.
Czwartego wieczoru Waleria nie wytrzymała.
Paweł siedział na kanapie, przeglądał telefon i co chwila wzdychał, iż bez żony jest mu nudno. W kuchni sterta naczyń, na podłodze skarpetki, w sypialni niepościelone łóżko.
Mamo zawołał niepewnie co na kolację?
Waleria stała przy kuchni, gotowała barszcz. Jak zawsze. Od trzydziestu lat.
I nagle pomyślała: dość.
Paweł powiedziała, wyłączając gaz. Musimy porozmawiać.
No mów choćby nie odrywając wzroku od telefonu, odpowiedział.
Odłóż telefon. I popatrz na mnie.
W głosie miała coś, co sprawiło, iż Paweł posłuchał.
Synu zaczęła cicho czy rozumiesz, czemu Sylwia od ciebie odeszła?
Przesadziła, poniosło ją. Kobiety są emocjonalne. Odpocznie, wróci.
Nie wróci.
Jak to nie wróci?!
Bo ma dosyć niańczenia dużego dziecka.
Paweł zerwał się z kanapy:
Mamo! Co ty mówisz?! Jakie dziecko? Przecież pracuję, zarabiam!
I co z tego? Waleria wyprostowała się. W domu ręce ci odpadają? Oczy cię oślepły?
Paweł zbladł.
Jak możesz to mówić? Przecież jestem twoim synem!
Właśnie dlatego muszę! usiadła na krześle, dłonie jej się trzęsły.
Mamo, chyba coś ci dolega? przestraszył się Paweł.
Dolega! zapłakała gorzko. Miłość mnie boli. Ślepa, matczyna miłość. Myślałam, iż cię chronię. A wychowałam egoistę! Trzydziestoletniego faceta, który bez kobiety jest jak bez rąk! Który uważa, iż cały świat mu coś jest winien!
Ale przecież zawahał się Paweł.
Ale nic! przerwała Waleria. Myślisz, iż Sylwia ma być twoją drugą mamą? Prać, gotować, sprzątać za ciebie? Za co?
Przecież pracuję.
I ona pracuje! A dodatkowo prowadzi dom! Ty co robisz? Leżysz na kanapie i czekasz na obsługę!
W oczach Pawła pojawiły się łzy.
Mamo, tak wszyscy żyją
Nie wszyscy! krzyknęła. Normalni faceci pomagają żonom! Zmywają, gotują, wychowują dzieci! A ty? choćby nie wiesz, gdzie leży proszek do prania!
Paweł siedział z twarzą w dłoniach.
Sylwia ma rację powiedziała cicho Waleria. Ma dosyć bycia twoją matką. I ja też mam dosyć.
Jak to masz dosyć?
Tak. Waleria poszła do przedpokoju, wyjęła torebkę. Jadę do siebie. Zostajesz sam. Spróbuj w końcu być dorosły.
Mamo, co ty?! Sam? Kto będzie gotować? Sprzątać?
Ty! krzyknęła. Ty będziesz! Jak każdy dorosły!
Ale ja nie umiem!
Nauczysz się! Albo zostaniesz samotnym, niedojrzałym nieudacznikiem!
Waleria założyła płaszcz.
Nie odchodź! błagał Paweł. Co ja sam zrobię?
To, co powinieneś robić od dwudziestu lat odpowiedziała. Żyć samodzielnie.
I wyszła.
Paweł został w brudnym mieszkaniu. Po raz pierwszy w życiu całkiem sam.
Twarz w twarz z rzeczywistością.
Siedział na kanapie do północy.
Burczało mu w brzuchu. Ze zlewu śmierdziały naczynia. Skarpetki leżały wszędzie.
No dobra mruknął, pierwszy raz od trzydziestu lat poszedł sam zmywać naczynia.
Nie szło mu za dobrze. Talerze wyślizgiwały się z rąk, płyn do naczyń szczypał. Ale się udało.
Potem próbował zrobić jajecznicę. Przypalił. Jeszcze raz tym razem dało się zjeść.
Rano uświadomił sobie: mama miała rację.
Minął tydzień.
Paweł codziennie uczył się żyć sam. Prać, gotować, sprzątać. Chodzić do sklepu, przeliczać złotówki, planować dzień.
Okazało się to naprawdę praca.
I wtedy zrozumiał, jak czuła się Sylwia.
Sylwia? zadzwonił w sobotę.
Tak? jej głos był zimny.
Miałaś rację powiedział od razu. Zachowywałem się jak wielkie dziecko.
Sylwia milczała.
Tydzień żyję sam. I zrozumiałem przerwał. Zrozumiałem, jak ci było ciężko. Przepraszam.
Sylwia długo nic nie mówiła.
Wiesz odezwała się wreszcie twoja mama do mnie dzwoniła wczoraj. Przeprosiła. Że źle cię wychowała.
Sylwia wróciła po miesiącu.
Wróciła do wysprzątanego mieszkania, męża, który sam zrobił kolację i przywitał ją kwiatami.
Witaj w domu powiedział.
A Waleria Szymańska dzwoniła do nich raz w tygodniu. Pytała co słychać, ale w gości się nie pchała.
I pewnego wieczoru, gdy Paweł zmywał naczynia po kolacji, a Sylwia parzyła herbatę, powiedziała:
Wiesz, podoba mi się nasze nowe życie.
Mi też powiedział, wycierając ręce w ścierkę. Szkoda, iż tak długo do tego dochodziliśmy.
Ale najważniejsze, iż już doszliśmy uśmiechnęła się Sylwia.
I to była prawda.












